Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Milady nasłuchiwała.
— Czy słyszysz? — rzekła.
— Tak, to pojazd.
— Mojego brata.
— O, mój Boże!
— Odwagi!
Zadzwoniono do bramy klasztornej; Milady się nie omyliła.
— Pójdź do swego pokoju — rzekła do pani Bonacieux. — Masz zapewne jakieś klejnoty, które chciałabyś zabrać.
— Mam jego listy.
— Weź je zatem i przyjdź do mnie, zjemy szybko kolację; może będziemy jechać przez część nocy, trzeba się pokrzepić.
— Wielki Boże! — rzekła pani Bonacieux, kładąc rękę na piersi. — Duszę się, nie mogę postąpić kroku.
— Odwagi, odwagi! Pomyśl, że za kwadrans będziesz uratowana, i pamiętaj, że robisz to dla niego.
— O tak; wszystko dla niego. Przywróciłaś mi odwagę jednym słowem; idź, zaraz się zjawię.
Milady poszła szybko do swego pokoju, gdzie zastała służącego Rocheforta i udzieliła mu wskazówek.
Miał czekać przy bramie; jeśli przypadkiem pojawią się muszkieterowie, powóz ruszy galopem, okrąży klasztor i zatrzyma się we wsi położonej z drugiej strony lasu. Milady pójdzie przez ogród i przedostanie się do wsi pieszo; powiedzieliśmy już, że Milady znała doskonale tę część Francji.
Jeśli muszkieterowie się nie zjawią, rzeczy pójdą tak, jak to było omówione: pani Bonacieux wejdzie na stopień, żeby się z nią pożegnać, i Milady zabierze ją ze sobą.
Weszła pani Bonacieux; żeby rozproszyć wszelkie podejrzenia, Milady powtórzyła w jej obecności niektóre rozkazy lokajowi.
Milady zapytała o pojazd; był to powóz zaprzężony w trzy konie i prowadzony przez pocztyliona; służący Rocheforta miał jechać na przedzie wierzchem.
Milady niepotrzebnie obawiała się podejrzeń pani Bonacieux, biedna kobieta była zbyt czysta, by podejrzewać ją o tak wielką przewrotność; nazwisko hrabiny Winter, które usłyszała od przeoryszy, było jej zupełnie nie znane, i nie wiedziała nawet, że hrabina tak bardzo i tak fatalnie zaciążyła na jej życiu.
— Widzisz więc — rzekła Milady, kiedy służący wyszedł — wszystko jest gotowe. Przeorysza nic nie podejrzewa i sądzi, że przyjechano po mnie z polecenia kardynała. Ten człowiek wyda ostatnie rozkazy; niech pani zje cokolwiek, wypije odrobinę wina i ruszajmy.
— Tak — rzekła machinalnie pani Bonacieux — ruszajmy.
Milady dała jej znak, by usiadła, nalała jej do małej szklanki wina hiszpańskiego i położyła na talerzu kawałek kurczęcia.
— Spójrz — rzekła — jak wszystko nam sprzyja; zapada noc; o wschodzie słońca będziemy już w naszym schronieniu, nikt nie domyśli się, gdzie jesteśmy. Odwagi, zjedzże cokolwiek.
Pani Bonacieux przełknęła machinalnie kilka kęsów i umoczyła usta w winie.
— Nuże, nuże a — mówiła Milady podnosząc szklankę do ust — uczyń jak ja.
Miała właśnie wychylić szklankę, ale ręka jej zawisła w powietrzu: usłyszała zbliżający się galop; niemal w tej samej chwili dobiegło ją rżenie koni.
Te odgłosy zmąciły jej radość, jak odgłos burzy budzi nas pośrodku pięknego snu; zbladła, podbiegła do okna, podczas gdy pani Bonacieux wstała drżąc na całym ciele i oparła się o krzesło, żeby nie upaść.
Nie widać było nic jeszcze, tylko tętent przybliżał się wciąż bardziej.
— O, mój Boże! — rzekła pani Bonacieux. — Co to za hałas?
— To nasi przyjaciele lub wrogowie — rzekła Milady ze swym straszliwym spokojem. — Zostań na swoim miejscu, powiem ci.
Pani Bonacieux stała niema, nieruchoma i blada jak posąg.
Hałas wzmagał się, konie znajdowały się zapewne w odległości stu pięćdziesięciu kroków; jeśli nie widać ich było jeszcze, to dlatego, że droga zakręcała w tym miejscu. Jednakże hałas stawał się coraz wyraźniejszy i można było policzyć konie po nierównych uderzeniach kopyt.
Milady wypatrywała oczy; było dość jasno, by mogła rozpoznać jadących.
Nagle na zakręcie drogi ujrzała obszyte galonami kapelusze i powiewające pióra; naliczyła dwóch, potem pięciu, wreszcie ośmiu jeźdźców; jeden z nich wyprzedzał innych o dwie długości konia.
Milady jęknęła zduszonym głosem. W tym, który jechał na przedzie, poznała d’Artagnana.
— O, mój Boże, mój Boże! — zawołała pani Bonacieux. — Co się stało?
— To mundur gwardzistów pana kardynała; nie mamy chwili do stracenia! — zawołała Milady. — Uciekajmy, uciekajmy!
— Tak, tak, uciekajmy! — powtórzyła pani Bonacieux nie mogąc postąpić kroku; strach przykuł ją do miejsca.
Tętent koni rozległ się pod oknem.
— Chodźmy, chodźmy wreszcie! — zawołała Milady próbując pociągnąć młodą kobietę za sobą. — Mam klucz, możemy jeszcze uciec przez ogród, ale pośpieszmy się, za pięć minut będzie za późno.
Pani Bonacieux spróbowała iść, zrobiła dwa kroki i upadła na kolana.
Milady pochyliła się, żeby ją podnieść, ale nie mogła sobie poradzić.
W tej chwili rozległ się turkot powozu ruszającego galopem na widok muszkieterów, potem huknęły wystrzały.
— Pytam po raz ostatni, idziesz? — zawołała Milady.
— O, mój Boże, mój Boże! Widzi pani przecie, że nie mam sił, że nie mogę iść, uciekaj sama!
— Ja miałabym uciekać sama? Zostawić cię tutaj? Nie, nie, nigdy! — zawołała Milady.
Nagle przystanęła, płomień błysnął jej w oku; pobiegła do stolika, otworzyła z niezwykłą szybkością kamień w swym pierścieniu i wrzuciła zawartość do szklanki pani Bonacieux.
Było to czerwone ziarenko, które rozpuściło się natychmiast.
Potem wzięła szklankę pewną dłonią i powiedziała:
— Wypij, to wino doda ci sił, wypij.
Zbliżyła szklankę do ust młodej kobiety, która wypiła machinalnie.
— Ach, nie tak chciałam się zemścić — rzekła Milady stawiając szklankę z piekielnym uśmiechem. — Ale na honor, człowiek robi, co może.
I wybiegła z pokoju.
Pani Bonacieux widziała, jak wychodzi, nie mając sił iść za nią; czuła się jak człowiek, któremu się śni, że ktoś biegnie za nim, i na próżno próbuje uciekać.
Minęło kilka minut, rozległo się straszliwe uderzenie do bramy. Pani Bonacieux spodziewała się, że Milady wróci, ale Milady nie wracała.
Zimny pot przerażenia oblewał płonące czoło pani Bonacieux. Wreszcie usłyszała zgrzyt otwieranych krat, tupot butów i brzęk ostróg na schodach; głosy zbliżały się coraz bardziej i wydawało się jej, że słyszy swe imię.
Nagle krzyknęła z radości wielkim głosem i rzuciła się ku drzwiom: rozpoznała głos d’Artagnana.
— D’Artagnanie, d’Artagnanie! — zawołała. — To ty? Tutaj, tutaj!
— Konstancjo, Konstancjo! — odparł młodzieniec. — Gdzie jesteś? Mój Boże!
W tej samej chwili drzwi celi pchnięto raczej, niż otworzono, kilku mężczyzn wbiegło do pokoju; pani Bonacieux osunęła się na fotel, nie mogąc zrobić najmniejszego ruchu.
D’Artagnan rzucił dymiący pistolet, który trzymał w ręce, i padł na kolana przed kochanką; Atos zatknął swój pistolet za pas; Portos i Aramis włożyli nagie szpady do pochew.
— Och, d’Artagnanie, mój ukochany d’Artagnanie! Przybywasz więc wreszcie, nie zawiodłeś mnie, to ty!
— Tak, tak, Konstancjo, jesteśmy razem.
— Och, ona na próżno mówiła, że nie przyjedziesz, miałam wciąż nadzieję; nie chciałam uciekać; och, jak dobrze zrobiłam, jakże jestem szczęśliwa!
Atos, który siedział spokojnie, na słowo ona podniósł się nagle.
— Ona? Jaka ona? — zapytał d’Artagnan.