Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Och, wybacz mi, pani, wybacz! — zawołała padając jej w ramiona. — Tak go kocham!
Obie kobiety trwały przez chwilę w uścisku. Gdyby siły Milady były tak potężne, jak jej nienawiść, pani Bonacieux nie wyszłaby z tego uścisku żywa. Ale nie mogąc jej zadusić, Milady uśmiechnęła się.
— O, moja śliczna, moja miła! — powiedziała Milady. — Jestem tak szczęśliwa, że cię widzę. Pozwól, że spojrzę na ciebie.
Mówiąc te słowa rzeczywiście pochłaniała ją wzrokiem.
— Tak, to ty. Ach, poznaję cię z jego opisu, poznaję doskonale.
Biedna kobieta nie mogła przypuszczać, jak okrutne myśli kryje to czyste czoło, te błyszczące oczy, z których można było wyczytać tylko zainteresowanie i współczucie.
— Więc wie pani, co wycierpiałam — rzekła pani Bonacieux — skoro ci powiedział, co sam wycierpiał; ale cierpieć dla niego to szczęście.
Milady powtórzyła machinalnie:
— Tak, to szczęście.
Myślała o czym innym.
— A zresztą moje męki się kończą; jutro, dziś może, zobaczę go i wówczas przeszłość nie będzie już istnieć.
— Dziś wieczór? Jutro? — zawołała Milady, która ocknęła się słysząc te słowa. — Co masz na myśli? Spodziewasz się jakich nowin od niego?
— Spodziewam się jego samego.
— Jego samego! D’Artagnan tutaj!
— On sam.
— Ale to niemożliwe; jest z kardynałem pod La Rochelle, wróci dopiero po wzięciu miasta.
— Tak pani sądzi, ale czy jest coś niemożliwego dla mojego d’Artagnana, szlachetnego i prawego szlachcica?
— O, nie mogę uwierzyć!
— Więc niech pani przeczyta — rzekła w przystępie dumy i radości nieszczęsna kobieta pokazując list Milady.
— Pismo pani de Chevreuse! — rzekła do siebie Milady. — Ach, byłam pewna, że są w porozumieniu!
Przeczytała pośpiesznie te kilka linijek:
“Moje drogie dziecko, bądź gotowa; nasz przyjaciel przybędzie wkrótce, by zabrać Cię z więzienia, gdzie musiałaś pozostawać dla własnego bezpieczeństwa; przygotuj się więc do wyjazdu i zdaj się na nas we wszystkim.
Nasz przemiły Gaskończyk okazał się równie dzielny i wiemy jak zawsze, powiedz mu, że pewna osoba jest mu bardzo wdzięczna za ostrzeżenie.”
— Tak, tak — rzekła Milady — to jasne. Czy wie pani, o jakie ostrzeżenie chodzi?
— Nie, przypuszczam jednak, że uprzedził królową o jakimś nowym zamyśle kardynała.
— Tak, na pewno — rzekła Milady, oddając list pani Bonacieux i opuszczając w zamyśleniu głowę na piersi.
W tej chwili rozległ się tętent galopującego konia.
— Och — zawołała pani Bonacieux rzucając się do okna. — Czyżby to był już on?
Milady pozostała w łóżku, osłupiała ze zdumienia, tyle nieoczekiwanych rzeczy zdarzyło się jej nagle, że po raz pierwszy traciła głowę.
— On, on! — szepnęła. — Byłby to on?
Nie ruszyła się z łóżka.
— Niestety, nie! — rzekła pani Bonacieux. — To jakiś nie znany mi mężczyzna; zdaje się, że zmierza do klasztoru; tak, zwalnia biegu, zatrzymuje się przy bramie, dzwoni.
Milady wyskoczyła z łóżka.
— Czy jesteś pani pewna, że to nie on? — rzekła.
— O tak, jestem zupełnie pewna.
— Możeś pani źle widziała?
— O, rozpoznam go po kapeluszu, po skraju płaszcza!
Milady ubierała się.
— Mniejsza z tym; ów człowiek tu zmierza, powiadasz?
— Tak, już wjechał.
— To albo do pani, albo do mnie.
— O, mój Boże! Jakże pani podniecona!
— Tak, muszę wyznać, że nie jestem tak ufna jak pani. Lękam się wszystkiego ze strony kardynała.
— Cicho! — rzekła pani Bonacieux. — Ktoś idzie!
Drzwi się otworzyły i weszła przeorysza.
— Czy to pani przybywa z Boulogne? — zapytała zwracając się do Milady.
— Tak, to ja — odparła Milady starając się odzyskać zimną krew. — Kto o mnie pyta?
— Jakiś mężczyzna; nie chce podać swego nazwiska, przybywa od kardynała.
— Chce się ze mną widzieć? — zapytała Milady.
— Chce się widzieć z damą, która przybyła z Boulogne.
— Niech więc wejdzie, matko, proszę.
— O mój Boże, mój Boże! — rzekła pani Bonacieux — obawiam się jakiejś złej nowiny!
— Ja także.
— Zostawię panią teraz, ale gdy tylko ten nieznajomy wyjdzie, pozwól, żebym wróciła.
— Oczywiście, bardzo proszę.
Przełożona i pani Bonacieux wyszły.
Milady została sama z oczyma utkwionymi we drzwiach; po chwili rozległ się brzęk ostróg na schodach, kroki zbliżyły się, drzwi otwarły i ukazał się w nich mężczyzna.
Milady wydała okrzyk radości; był to hrabia Rochefort, zły duch Jego Eminencji.
Rozdział XXXII
DEMON W DWÓCH POSTACIACH
— Ach! — zawołali jednocześnie Rochefort i Milady. — Ach! Kogo widzę!
— Tak, to ja!
— Pan przybywa?... — zapytała Milady.
— Z La Rochelle, a pani?
— Z Anglii.
— Buckingham?
— Nie żyje lub jest ciężko ranny; kiedy wyjeżdżałam, nic nie uzyskawszy, jakiś fanatyk go zamordował.
— O — rzekł Rochefort z uśmiechem — bardzo szczęśliwy przypadek! Jego Eminencja będzie zadowolony! Czyś go uprzedziła?
— Napisałam do niego z Boulogne. Ale pan skąd się tu wziąłeś?
— Jego Eminencja był niespokojny i posłał mnie do pani.
— Przyjechałam dopiero wczoraj.
— I co pani robiła od wczoraj?
— Nie traciłam czasu.
— Och, jestem tego pewien!
— Czy wie pan, kogo tu spotkałam?
— Nie.
— Zgadnij.
— Jakże mogę wiedzieć?
— Tę młodą kobietę, którą królowa wyciągnęła z więzienia.
— Kochankę d’Artagnana?
— Tak, panią Bonacieux, której schronienia nie znał kardynał.
— Znakomicie — rzekł Rochefort. — Oto znów przypadek idący w parze z tamtym; pan kardynał jest doprawdy wybrańcem losu!
— Czy pojmujesz moje zdumienie, kiedy znalazłam się twarzą w twarz z tą kobietą?
— Czy ona panią zna?
— Nie.
— Więc uważa cię za osobę obcą?
Milady uśmiechnęła się.
— Jestem jej najlepszą przyjaciółką!
— Na honor — rzekł Rochefort — tylko ty, droga hrabino, potrafisz dokazywać takich cudów!
— Udało mi się wybornie, kawalerze — powiedziała Milady. — Czy wiesz co się tu dzieje?
— Nie.
— Jutro lub pojutrze przyjadą tu po nią z rozkazem królowej.
— Doprawdy! A kto taki?
— D’Artagnan i jego przyjaciele.
— W samej rzeczy, tyle już robią hałasu, że będziemy musieli odesłać ich do Bastylii.
— Dlaczego to się jeszcze nie stało?
— No cóż, pan kardynał ma do nich słabość, której nie mogę zrozumieć.
— Naprawdę?
— Tak.
— Dobrze więc, powiedz mu, co następuje, Rochefort: powiedz mu, że ci czterej ludzie słyszeli naszą rozmowę w oberży “Pod Czerwonym Gołębnikiem”, powiedz mu, że po jego odjeździe jeden z nich przyszedł do mnie i odebrał mi siłą glejt podpisany przez Jego Eminencję; że uprzedzili lorda Wintera o moim przyjeździe do Anglii: że omal znowu nie przeszkodzili mi w wykonaniu zadania, jak zeszłym razem, kiedy szło o spinki; powiedz mu, że spośród tych czterech ludzi dwaj są naprawdę niebezpieczni, a mianowicie d’Artagnan i Atos; powiedz mu, że trzeci z nich, Aramis, jest kochankiem pani de Chevreuse; tego trzeba pozostawić przy życiu, znamy jego tajemnicę, może się przydać. Jeśli idzie o czwartego, Portosa, to głupiec, pyszałek i osioł, nie warto się nim nawet zajmować.