Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Twoim bratem! — zawołała pani Bonacieux.
— Tak, i tylko ty znasz moją tajemnicę; jeśli powiesz o tym komukolwiek, jestem zgubiona i ty, być może, również.
— O, mój Boże!
— Posłuchaj. Mój brat, który przybył mi na pomoc, mając zamiar uprowadzić mnie nawet siłą, jeśli będzie trzeba, napotkał w drodze wysłannika kardynała, który jechał po mnie; ruszył za nim. Znalazłszy się w oddalonym i pustym miejscu wyjął szpadę żądając od wysłannika, by mu oddał swe papiery; wysłannik chciał się bronić, mój brat go zabił.
— Och! — rzekła pani Bonacieux z drżeniem.
— Był to jedyny sposób, pamiętaj o tym. Mój brat postanowił użyć fortelu zamiast siły; wziął papiery, oświadczył, że on właśnie jest wysłannikiem kardynała, i za godzinę czy dwie zjawi się pojazd, który zabierze mnie z polecenia Jego Eminencji.
— Rozumiem; ten powóz przyśle twój brat.
— Właśnie, ale to nie wszystko; list, który otrzymałaś i który uważasz za list pani de Chevreuse...
— Tak?...
— Jest sfałszowany.
— Jak to?
— Jest sfałszowany: to pułapka, żebyś nie stawiała oporu, kiedy przyjadą po ciebie.
— Ale d’Artagnan przyjedzie.
— Mylisz się, d’Artagnan i jego przyjaciele są pod La Rochelle.
— Skąd wiesz o tym?
— Mój brat spotkał wysłanników kardynała przebranych za muszkieterów. Zawołają cię do bramy, będziesz myślała, że to przyjaciele, zabiorą cię i uwiozą do Paryża.
— O, mój Boże! Tracę głowę wśród tych wszystkich bezeceństw. Czuję, że oszaleję, jeśli to potrwa dłużej — mówiła pani Bonacieux podnosząc ręce do głowy.
— Poczekaj...
— Co?
— Słyszę tętent konia, to mój brat odjeżdża; chcę pożegnać go raz jeszcze, chodźmy.
Milady otworzyła okno i dała znak pani Bonacieux, żeby się zbliżyła. Młoda kobieta usłuchała.
Rochefort jechał galopem.
Kawaler podniósł głowę, ujrzał obie kobiety i w biegu skinął Milady przyjaźnie ręką.
— Ten zacny Jerzy! — rzekła Milady z miną czułą i melancholijną, zamykając okno.
Powróciła na swoje miejsce i usiadła, niby to pogrążona w rozmyślaniach.
— Droga pani! — powiedziała pani Bonacieux — przepraszam, że ci przeszkadzam, ale co radzisz mi czynić? Dobry Boże! Masz więcej doświadczenia niż ja, ja cię usłucham.
— Przede wszystkim — rzekła Milady — mogę się mylić, może d’Artagnan wraz z przyjaciółmi rzeczywiście przybędzie ci na pomoc.
— Och, to byłoby zbyt piękne! — zawołała pani Bonacieux. — To zbyt wielkie szczęście dla mnie.
— Rozumiesz więc, byłaby to tylko kwestia czasu, wyścig, kto przybędzie pierwszy. Jeśli pierwsi zjawią się twoi przyjaciele, jesteś uratowana; jeśli ludzie kardynała, jesteś zgubiona.
— O, tak, zgubiona bez litości! Co więc robić? Co robić?
— Pozostałby jeszcze sposób prosty, naturalny...
— Jaki, powiedz!
— Poczekać w okolicy, w ukryciu, i upewnić się, kim są ludzie, którzy przyjadą po ciebie.
— Ale gdzie czekać?
— O, to drobnostka; ja zatrzymam się i ukryję w odległości kilku mil stąd, tam zaczekam, aż zjawi się mój brat; cóż, wezmę cię ze sobą, ukryjemy się i będziemy czekać razem.
— Nie pozwolą mi odjechać, jestem tu jak uwięziona.
— Ponieważ sądzą, że wyjeżdżam z rozkazu kardynała, nie uwierzą, że masz ochotę udać się ze mną.
— A więc?
— Powóz jest przy bramie, mówisz mi do widzenia, wchodzisz na stopień, by mnie uściskać po raz ostatni; służący mego brata, który przyjedzie po mnie, jest uprzedzony, da znak pocztylionowi i ruszamy galopem.
— Ale d’Artagnan, a jeśli przyjedzie d’Artagnan?
— Alboż nie będziemy wiedzieć?
— Jakim sposobem?
— Nic łatwiejszego. Wysyłamy do Béthune służącego mego brata, a jak powiedziałam, możemy mu zaufać; przebiera się, wynajmuje mieszkanie naprzeciw klasztoru; jeśli przyjadą wysłannicy kardynała, nie rusza się z miejsca; jeśli d’Artagnan i jego przyjaciele, zaprowadzi ich do nas.
— Zna ich więc?
— Oczywiście, czyż nie widywał pana d’Artagnana u mnie?
— O, tak, tak, masz rację; wszystko będzie dobrze, doskonale, ale nie oddalajmy się stąd.
— Najwyżej o siedem czy osiem mil; będziemy tuż przy granicy i na pierwszy alarm przekroczymy granicę Francji.
— A na razie co robić?
— Czekać.
— A jeśli przyjadą?
— Powóz mego brata przybędzie wcześniej.
— Gdybym jednak była daleko, kiedy przyjadą po panią, przy obiedzie czy przy śniadaniu na przykład?
— Jest jeden sposób.
— Jaki?
— Powiedz poczciwej przeoryszy, że nie chcesz się ze mną rozstawać i prosisz, by pozwoliła nam jadać razem.
— Pozwoli?
— Czyżby w tym było coś niestosownego?
— Doskonale, w ten sposób nie rozstaniemy się ani na chwilę!
— Zejdź więc do niej i powiedz o tym; czuję, że mi się w głowie mąci, przejdę się po ogrodzie.
— Dobrze, ale gdzie panią znajdę?
— Tu, za godzinę.
— Tu, za godzinę; o, jaka pani dobra, dziękuję pani!
— Jakżebym mogła nie zajmować się panią? Nawet gdybyś nie była piękna i urocza, pamiętałabym, że jesteś przyjaciółką jednego z najbliższych moich przyjaciół.
— Drogi d’Artagnan, jakże będzie ci wdzięczny!
— Spodziewam się. Wszystko zatem umówione, schodzimy.
— Pani idzie do ogrodu.
— Tak.
— Proszę pójść tym korytarzem, a potem schodkami.
— Doskonale, dziękuję.
Kobiety rozstały się wymieniając czarujące uśmiechy.
Milady powiedziała prawdę; w głowie jej się mąciło od chaotycznych projektów. Potrzebowała samotności, by uporządkować myśli. Nie widziała jasno przyszłości, ale trzeba jej było tylko nieco ciszy i spokoju dla nadania mglistym pomysłom dokładnej formy, ścisłego planu.
Najpilniejszą sprawą było porwanie pani Bonacieux, umieszczenie jej w bezpiecznym miejscu; w najgorszym razie będzie w niej miała zakładniczkę. Milady zaczęła się obawiać zakończenia tego straszliwego pojedynku, w który jej przeciwnicy wkładali tyle wytrwałości co ona zaciekłości.
Czuła zresztą, tak jak czuje się nadejście burzy, że nastąpi wkrótce i będzie straszliwe.
Przede wszystkim więc, jak powiedzieliśmy, należało nie wypuszczać z rąk pani Bonacieux. Pani Bonacieux to życie d’Artagnana; więcej nawet niż własne życie, to życie ukochanej kobiety; jeśli szczęście Milady nie dopisze, będzie mogła prowadzić o nią układy i bez wątpienia uzyska dobre warunki. Ta sprawa była więc załatwiona: pani Bonacieux wyjedzie z nią nie podejrzewając niczego; kiedy ukryją się już w Armentières, łatwo potrafi jej wmówić, że d’Artagnan nie przybył do Béthune. Najdalej za dwa tygodnie powróci Rochefort; przez dwa tygodnie obmyśli plan zemsty nad czterema przyjaciółmi. Nie będzie się nudzić, dzięki Bogu, czeka ją najsłodsza rozrywka, jakiej zaznać może kobieta z jej charakterem: doprowadzi swój plan zemsty do doskonałości.
Tak rozmyślając rozglądała się dokoła, by zapamiętać topografię ogrodu. Milady była niby dobry generał, który przewiduje wszystko, zwycięstwo lub klęskę, i zależnie od przebiegu bitwy gotów iść naprzód lub nakazać odwrót.
Po godzinie usłyszała łagodny głos, który ją wzywał; była to pani Bonacieux. Zacna przeorysza zgodziła się oczywiście na wszystko i miały właśnie jeść razem kolację.
Wchodząc na dziedziniec usłyszała odgłos pojazdu zatrzymującego się przed bramą.