Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Jak to? — spytała Milady. — Pani wyjeżdża wkrótce?
— Przynajmniej mam nadzieję, że tak się stanie — rzekła nowicjuszka z akcentem radości, którego nie starała się bynajmniej ukryć.
— Dowiedziałam się, że wycierpiała pani wiele przez kardynała — ciągnęła Milady. — Byłby to jeszcze jeden powód do sympatii między nami.
— Więc nasza dobra matka powiedziała pani prawdę, pani jest również ofiarą tego niegodziwego kapłana?
— Pst! — rzekła Milady — nawet tu nie mówmy o nim w ten sposób; wszystkie moje nieszczęścia płyną z tego, że podobne słowa powiedziałam do kobiety, którą uważałam za swoją przyjaciółkę i która mnie zdradziła. Pani jest także ofiarą zdrady?
— Nie — powiedziała nowicjuszka — ale mego przywiązania do kobiety, którą kochałam, za którą oddałabym życie wówczas i dziś jeszcze.
— I ta kobieta opuściła cię, tak?
— Byłam dość niesprawiedliwa, żeby tak sądzić, ale od kilku dni mam dowody, że jest inaczej, i dziękuję Bogu; nie chciałabym uwierzyć, że o mnie zapomniała. Ale pani — ciągnęła nowicjuszka — pani jest wolna i gdybyś chciała uciec, zależałoby to tylko od ciebie.
— A dokąd mam się udać, bez przyjaciół, bez pieniędzy, zagubiona w tej części Francji, której nie znam, gdzie nigdy nie byłam?...
— O! — zawołała nowicjuszka — jeśli idzie o przyjaciół, znajdziesz ich pani wszędzie, gdzie się tylko pojawisz, wydajesz się tak dobra i jesteś tak piękna!
— Co nie przeszkadza bynajmniej — rzekła Milady z łagodnym uśmiechem, który przydawał jej twarzy anielskiego wyrazu — że jestem samotna i prześladowana.
— Posłuchaj — powiedziała nowicjuszka — nie trzeba tracić wiary w Opatrzność. Zawsze przychodzi taka chwila, kiedy dobro, które uczyniłaś, przemawia za tobą przed Bogiem; być może szczęście to dla pani, że spotkałaś mnie, choć jestem nikim i żadnej nie mam władzy; jeśli stąd wyjdę, stanie się to dzięki pomocy kilku potężnych przyjaciół, którzy ratując mnie, mogą również uratować ciebie.
— Och, skoro powiadam, że jestem sama — rzekła Milady mając nadzieję, że skłoni nowicjuszkę do mówienia, jeśli będzie mówiła o sobie — to nie dlatego, że nie znam wysoko postawionych osób; ale ci ludzie sami drżą przed kardynałem; nawet królowa nie waży się występować przeciw strasznemu ministrowi; mam dowody, że Jej Królewska Mość, choć ma tak dobre serce, niejeden raz musiała ustępować wydając Jego Eminencji osoby, których usług zaznała.
— Może się wydawać, że królowa je opuściła, ale nie trzeba wierzyć pozorom: im bardziej są one prześladowane, tym więcej myśli o nich królowa i często w chwili, kiedy najmniej się tego spodziewają, widzą dowody jej serdecznej pamięci.
— Ach — rzekła Milady — wierzę w to! Królowa jest tak dobra.
— Och, więc znasz tę piękną i szlachetną panią, jeśli mówisz o niej w ten sposób! — zawołała nowicjuszka z zapałem.
— To znaczy — rzekła Milady, która posunęła się nieco zbyt daleko — nie mam szczęścia znać jej osobiście; ale znam jej najbliższych przyjaciół: znam pana de Putange, w Anglii poznałam pana Dujart[*], znam pana de Tréville.
— Pana de Tréville! — zawołała nowicjuszka — pani zna pana de Tréville?
— Tak, oczywiście, znam go bardzo dobrze.
— Kapitana muszkieterów królewskich?
— Kapitana muszkieterów królewskich.
— O, zobaczy pani, wkrótce będziemy się znać świetnie, zostaniemy przyjaciółkami niemal; skoro pani zna pana de Tréville, bywała pani u niego?
— Często! — rzekła Milady, która widząc, że kłamstwo wywarło pożądany skutek, postanowiła iść po tej drodze.
— Musiałaś zatem poznać niektórych jego muszkieterów?
— Wszystkich tych, których stale przyjmuje — odparła Milady, dla której rozmowa zaczęła stawać się coraz bardziej zajmująca.
— Wymień pani kilka nazwisk i zobaczymy, czy są to moi przyjaciele.
— Znam pana de Souvigny[*], pana de Courtivron[*], pana de Férussac[*] — powiedziała Milady z pewnym zakłopotaniem.
Nowicjuszka słuchała; potem, kiedy Milady umilkła, zadała jej pytanie:
— A czy nie zna pani szlachcica nazwiskiem Atos?
Milady zbladła jak prześcieradło, na którym leżała, i choć bardzo panowała nad sobą, nie mogła powstrzymać okrzyku; chwyciła za rękę młodą kobietę i pożerała ją spojrzeniem.
— Ach, co pani? O, mój Boże! — zapytała biedna kobieta. — Czy powiedziałam coś takiego, co panią zraniło?
— Nie, ale to nazwisko zaskoczyło mnie, ponieważ znam również tego szlachcica i wydało mi się szczególne znaleźć kogoś, kto zna go dobrze.
— O, tak, doskonale! I nie tylko jego, ale i jego przyjaciół, panów Portosa i Aramisa.
— Doprawdy? Ja znam ich również! — zawołała Milady, która poczuła, jak chłód wstępuje w jej serce.
— Jeśli ich pani zna, powinna pani wiedzieć, że są zacni i uczciwi; dlaczego nie zwrócisz się do nich, jeśli ci trzeba pomocy?
— To znaczy — wyjąkała Milady — nie jestem blisko z żadnym z nich; znam ich, ponieważ dużo o nich słyszałam od ich przyjaciela, pana d’Artagnana.
— Znasz pana d’Artagnana! — zawołała nowicjuszka chwytając Milady za rękę i nie spuszczając z niej oka.
Potem, widząc dziwny wyraz oczu Milady, zapytała:
— Przepraszam panią, znasz go, co panią z nim łączy?
— Ależ — odparła Milady z zakłopotaniem — jestem jego przyjaciółką.
— Zwodzisz mnie, pani — rzekła nowicjuszka. — Byłaś jego kochanką.
— To pani nią była! — zawołała z kolei Milady.
— Ja! — rzekła nowicjuszka.
— Tak, pani; poznaję cię teraz; jesteś panią Bonacieux.
Młoda kobieta cofnęła się pełna zdumienia i lęku.
— Och, nie zaprzeczaj, odpowiedz — mówiła Milady.
— A więc tak, pani — rzekła — czy jesteśmy rywalkami?
Twarz Milady oświetlił tak dziki płomień, że w innej sytuacji pani Bonacieux uciekłaby przerażona; ale cała była pochłonięta zazdrością.
— Proszę, niech pani powie — rzekła pani Bonacieux z energią, o jaką nie można by jej podejrzewać. — Byłaś czy jesteś jego kochanką?
— O, nie! — zawołała Milady z zakłopotaniem, które nie dopuszczało wątpliwości. — Nigdy! Nigdy!
— Wierzę ci — powiedziała pani Bonacieux. — Ale czemu ten okrzyk?
— Jak to, więc pani nie rozumie? — rzekła Milady, która odzyskała już równowagę i spokój umysłu.
— Jakże mam rozumieć? Nic nie wiem.
— Nie rozumie pani, że pan d’Artagnan jest moim przyjacielem, że mi się zwierzał?
— Doprawdy?
— Nie rozumie pani, że wiem wszystko, wiem o twoim porwaniu z domku w Saint-Cloud, o jego rozpaczy, rozpaczy jego przyjaciół, ich bezcelowych poszukiwaniach od owej chwili! Jakże nie mam być zdumiona, kiedy nieoczekiwanie znalazłam ciebie, ciebie, o której mówiliśmy tak często, ciebie, którą kocha ze wszystkich sił duszy, ciebie, którą dzięki niemu pokochałam, zanim jeszcze cię poznałam. O, droga Konstancjo, więc odnajduję cię wreszcie, widzę cię!
I Milady wyciągnęła ramiona do pani Bonacieux, a ona wierząc jej słowom widziała teraz w tej kobiecie, która przed chwilą wydała jej się rywalką, jedynie szczerą i oddaną przyjaciółkę.