Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Siedząca obok niej Lea wyszeptała kilka słów. Dość znajomych. Deana pogroziła jej palcem.
— Znam nieco mowę Harundynów, dziewczyno. Na twoje szczęście nie obrażam się z byle powodu.
Trzecia z kobiet, jasnowłosa Kailean, oparła łokcie na stole, a głowę na dłoniach.
— Znasz dużo języków… pani — mruknęła niewinnym tonem.
Deana uśmiechnęła się, widząc takie swobodne zachowanie. Tego właśnie jej brakowało. Rozmowy z ludźmi, którzy nie patrzą na nią jak na wcielenie boga. Te kobiety były świadome swojej siły, a jeśli zachowywały się ostrożnie, to nie była to ostrożność podszyta strachem.
— W tej chwili cztery. Pracuję nad suanari i Mową Ognia. Jestem, hm, byłam Pieśniarką Pamięci d’yahirrów. Myślę, że najbliżej mi do takiej bibliotekarki, która zamiast ksiąg używa tego. — Postukała się po skroni. — Zresztą, chyba dlatego tak dobrze dogaduję się z Aweloney. Ale to inna historia. Opowiadajcie, proszę, skąd jesteście i co tu robicie?
Wymieniły zdumione spojrzenia i prawie jednocześnie wzruszyły ramionami. Ich historie były proste: sierota niechcąca być ciężarem dla przybranej rodziny, wnuczka plemiennej czarownicy odbywająca jakiegoś rodzaju duchową pielgrzymkę, córka koczowniczki z Małych Stepów, która postanowiła sama tkać swój los. Wszystkie te opowieści spinał węzeł czaardanu, ni to bractwa, ni wojennego rodu, któremu przewodził Genno Laskolnyk. Ot, po prostu.
Deana zerknęła na blondynkę.
— Dlaczego wszyscy uważają, że jesteś najlepszym szermierzem w grupie?
Dziewczyna zamrugała, jakby zaskoczona, i potrząsnęła głową.
— Ja? Nie, nie… mylisz się, pani.
— Nie sądzę. Gdy wspomniałam, że jestem mistrzynią talherów — Deana klepnęła rękojeść szabli — i że mogłabym pokonać w walce jednocześnie nawet dwóch albo trzech z was, większość zerknęła w twoją stronę. Jesteś taka dobra?
Kailean zarumieniła się lekko, ale po chwili spojrzała na nią hardo.
— Radzę sobie.
— No domyślam się, Genno Laskolnyk nie jeździłby przecież z byle kim. Z łuku dobrze szyjesz?
— Nie najgorzej. Z mężczyzn Landeh jest lepszy, ale nie ma go z nami. A z dziewczyn Lea ostatnio dużo ćwiczyła i prawie mi dorównuje.
— Prawie?!
— No co? Prawdę mówię. Na sto kroków trafisz w stodołę. I to nawet w ten węższy bok. Tak co trzecią strzałą.
Obserwując, jak ta dwójka zaczyna się kłócić, Deana złowiła spojrzenie Dagheny, błądzące po jej zasłoniętej twarzy.
— To musi być trudne — odezwała się wojowniczka z czaardanu, a głos miała dziwny, nietypowo matowy i płytki. — Nie móc pokazać twarzy, oczu, ust. Nawet ukochanemu. Nosić cały czas maskę. Patrzeć, jak ludzie zerkają na ciebie z ukosa, jak wykonują znaki odpędzające zło. Żyć niczym bestia w klatce.
Deana poczuła to nagle, jakby szarpnięcie, jakby sani w jej wnętrzu szykował się do obdarowania jej bojowym transem. Wstała gwałtownie, pochyliła się nad stołem i złapała dziewczynę za rękę. Tamta szarpnęła się, próbując uwolnić nadgarstek, a pozostałe dwie zerwały się z krzeseł, wyraźnie zaskoczone.
— Co masz w dłoni? Amulet? Plemienny talizman? — Lewą ręką wyszarpnęła talher z pochwy i oparła go o szyję Dagheny. — Lepiej to puść. Natychmiast.
Mały woreczek upadł na stół.
— Co to?
— Pamiątka.
Deana nie sięgnęła do zawiniątka, tylko lekko szturchnęła je klingą.
— Cenna? Czy jeśli każę ją spalić, będziesz ci żal? Wnuczka plemiennej szamanki, tak? Czy ty wiesz — wydyszała, czując, jak rośnie w niej gniew — czy wiesz, że parę kroków stąd pół tuzina magów pilnuje, żeby nikt nie próbował rzucać czarów w tym namiocie? To, że jeszcze tu nie wpadli, zawdzięczamy chyba tylko temu, że naprawdę nie używałaś magii. Przynajmniej nie takiej, w której tkasz czary. Co to jest?
Daghena spojrzała na nią, mrużąc oczy, pozostałe dwie dziewczyny przysunęły się bliżej towarzyszki. Ich twarze wyglądały jak kamienne maski, a pięści były zaciśnięte. Deana mogła się przyjrzeć lojalności wojennego bractwa do woli.
— Nie próbujcie niczego głupiego, dziewczyny. Jeden krzyk, jeden szczęk żelaza, a pół setki zbrojnych wpadnie tu z bronią w ręku. A ciebie — Płomień Agara spojrzała na Daghenę, mając nadzieję, że tamta dostrzeże choć błysk jej oczu — zapytam ostatni raz. Co to jest? Mów albo oddam to moim magom.
— Babka — powiedziała szybko Kailean. — To jest jej babka. Duch. Nie jest groźna, tylko tam siedzi i czasem coś doradzi. Albo rozejrzy się po świecie jej oczyma i odezwie jej ustami. Tak jak przed chwilą.
Deana poczuła, jak spływa z niej całe napięcie i złość. Duch przodka. Zwykła plemienna magia. D’yahirrowie i inne plemiona nie używali takiej, bo Prawa Harudiego mówiły jasno, że miejsce ludzkich dusz jest w Domu Snu. Wiedzący Issaram korzystali tylko z aspektowanych Źródeł i Strumieni, które dawały się okiełznać ludzkim umysłem, nie grożąc jednocześnie opętaniem. Ale też Issaram nie prowadzili żadnej religijnej wojny z ludami, które zaklinały dusze przodków w przedmiotach. Chcecie uniemożliwiać im stanięcie przed Matką, wasza sprawa. To nie był grzech, tylko zwykła głupota.
— Pomyśleć, że zaprosiłam do stołu trzy kobiety, a przyszły cztery — mruknęła, chowając szablę. — Nie próbuj więcej szamańskich sztuczek w tym obozie. Na Południu rozpala się stosy z błahszych powodów.
Usiadła i wskazała na woreczek.
— Zabierz ją proszę i powiedz, że przepraszam. Przestraszyła mnie. Ostatnio zrobiłam się nerwowa.
Woreczek znikł jak zdmuchnięty, a jego właścicielka przez chwilę wpatrywała się w Deanę uważnie.
— Nie wyglądasz na kogoś, kogo łatwo przestraszyć.
— To dlatego, że noszę ekchaar. I dlatego, że Issaram nawet tutaj otacza nimb… bezlitosnych zabójców, a ja robię wszystko, by go nie rozwiać.
Deana przez chwilę rozważała, czy jednak nie sięgnąć po wino. Wreszcie westchnęła ciężko i oparła się pokusie. Zerknęła na swoich gości.
— Imperium aż tak bardzo interesuje się tutejszym powstaniem? Bo to jedyny powód, dla którego wysłałoby tu Genno Laskolnyka. By sprawdził, ile ludzie Krwawego Kahelle są warci.