Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— Zanim cię zabiję — powiedział Thom — wyjaśnij mi coś. Dlaczego? — pytał cichym, zduszonym głosem, cały odrętwiały w środku.
— Wielka Gra — odparł szybko pytany. Akcent miał typowy dla ulicy, podobnie jak ubranie, odrobinę jednak zbyt porządne, za mało znoszone. Mieszkańcy podgrodzia zazwyczaj za bardzo nie szafowali groszem. — Nic do ciebie nie mam, rozumiesz? To tylko gra.
— Gra? Ja się nie mieszam do Daes Dae’mar! Kto chciałby mnie zabić w imię Wielkiej Gry?
Mężczyzna zawahał się. Thom przybliżył nóż. Gdyby leżący mrugnął oczyma, rzęsy musnęłyby czubek ostrza.
— Kto?
— Barthanes — padła chrapliwa odpowiedź. — Lord Barthanes. Nie mieliśmy cię zabić. Barthanes chce informacji. Zamierzaliśmy tylko sprawdzić, co ty wiesz. Mógłbyś dostać za to sowitą zapłatę w złocie, złotą koronę za to, co wiesz. Może nawet dwie.
— Łżesz! Byłem tej nocy we dworze Barthanesa, tak blisko niego jak przy tobie. Gdyby chciał czegoś, nigdy nie wyszedłbym stamtąd żywy.
— Powiem ci, że od wielu dni szukaliśmy ciebie albo obojętnie kogo, kto wie choć krztynę o tym andorańskim lordzie. Twoje imię poznałem dopiero wczoraj, na dole w gospodzie. Lord Barthanes to hojny człowiek. Dostaniesz pięć koron.
Mężczyzna usiłował odsunąć głowę od noża, Thom przycisnął go silniej do ściany.
— Jaki andorański lord?
Wiedział jednak, o kogo chodzi. Światłości dopomóż, wiedział.
— Rand. Z domu al’Thor. Wysoki. Młody. Mistrz miecza, w każdym razie nosi miecz przysługujący takiemu. Wiem, że przyszedł się z tobą spotkać. Razem z jakimś ogirem, rozmawialiście. Powiedz mi, co wiesz. Sam bym dorzucił koronę, może nawet dwie.
— Ty durniu — wydyszał Thom.
„To z tego powodu umarła Dena? O Światłości, ona nie żyje”.
Miał wrażenie, że zaraz się rozpłacze.
— Ten chłopiec jest pasterzem.
„Pasterz w paradnym kaftanie, przy którym Aes Sedai uwijają się niczym pszczoły wokół pączka róży”.
— To zwykły pasterz. — Zwarł uchwyt na włosach mężczyzny.
— Czekaj! Czekaj! Możesz zarobić więcej niż pięć koron, nawet dziesięć. Najpewniej ze sto. Wszystkie domy chcą się czegoś dowiedzieć o tym Randzie al’Thorze. Dwa albo trzy już się ze mną kontaktowały. Dzięki twojej wiedzy i temu, że ja wiem, kto chce ją nabyć, obydwaj moglibyśmy napchać kieszenie. Jest też pewna kobieta, dama, na którą nieraz się natknąłem, gdy rozpytywałem o niego. Gdybyśmy się dowiedzieli, kim ona jest... też byśmy mogli to sprzedać, a jakże.
— W tym wszystkim popełniłeś jeden, poważny błąd — odparł Thom.
— Błąd?
Ręka mężczyzny sunęła już w stronę pasa. Bez wątpienia miał drugi sztylet. Thom zignorował to.
— Nie trzeba było tykać dziewczyny.
Dłoń mężczyzny pomknęła do pasa i wtedy jego ciałem targnęły konwulsyjne drgawki — nóż barda dosięgnął celu.
Thom pozwolił, by ciało osunęło się na podłogę, chwilę stał bez ruchu i dopiero wtedy nachylił się z wysiłkiem, by uwolnić ostrze. Gdy drzwi otworzyły się z gwałtownym trzaskiem, odwrócił się błyskawicznie z drapieżnym grymasem na twarzy.
Zera uskoczyła w tył, z dłonią przy gardle, spojrzała na niego wytrzeszczonymi oczyma.
— Ta głupia Ella właśnie mi powiedziała — zaczęła niepewnie — że dwóch ludzi Barthanesa wypytywało o ciebie minionej nocy, a po tym, com usłyszała tego ranka... Wydawało mi się, żeś mówił, że już nie bierzesz udziału w grze.
— Znaleźli mnie — odparł znużonym głosem.
Wzrok Zery oderwał się od niego i natychmiast jej oczy rozszerzyły się, gdy zobaczyła ciała dwóch mężczyzn. Pośpiesznie weszła do środka, zamykając za sobą drzwi.
— Niedobrze, Thom. Będziesz musiał wyjechać z Cairhien. — Powiodła wzrokiem w stronę łóżka i w tym momencie oddech uwiązł jej w gardle. — Och, nie. Och, nie. Och, Thom, tak mi przykro.
— Jeszcze nie mogę wyjechać, Zera. — Zawahał się, po czym delikatnie okrył Denę kocem, zakrywając jej twarz. — Najpierw muszę zabić jeszcze jednego człowieka.
Karczmarka otrząsnęła się i oderwała wzrok od łóżka. Jej głos ledwie wydobywał się z gardła.
— Jeśli chodzi ci o Barthanesa, to się spóźniłeś. Wszyscy już o tym gadają. On nie żyje. Służący znaleźli go dziś rano, rozdartego na kawałki, w jego własnej izbie sypialnej. Rozpoznali go tylko dzięki temu, że jego głowa wbita była na szpikulec w kominku. — Położyła mu dłoń na ramieniu. — Thom, nie uda ci się zataić, żeś tam był ubiegłej nocy, w każdym razie przed nikim, kto będzie chciał to wiedzieć. Dodaj jeszcze do tego tych dwóch i już nikt w Cairhien nie uwierzy, że nie byłeś w to zamieszany.
Ostatnie słowa zostały wypowiedziane tonem odrobinę pytającym, jakby i ona nie wierzyła.
— Myślę, że to chyba nie ma znaczenia — odparł tępym głosem. Nie potrafił się powstrzymać, by nie patrzeć na okryty kocem kształt spoczywający na łóżku. — Być może wrócę do Andoru. Do Caemlyn.
Ujęła go za ramiona, odwracając od łóżka.
— Och, wy mężczyźni — westchnęła — zawsze myślicie mięśniami albo sercem, nigdy zaś głową. Dla ciebie Caemlyn jest równie niedobre jak Cairhien. Tu, czy tam, zginiesz albo wylądujesz w lochu. Myślisz, że ona by tego chciała? Ratuj życie, jeśli chcesz uczcić jej pamięć.
— Czy zajmiesz się... — Nie potrafił powiedzieć na głos.
„Starzeję się — pomyślał. — Robię się miękki”.
Wyciągnął ciężką sakiewkę z kieszeni i splótł na niej dłonie Zery.
— To powinno starczyć... za wszystko. I nie mów nic, jak zaczną o mnie wypytywać.
— Dopatrzę wszystkiego — zapewniła go ciepłym głosem. — Musisz iść, Thom. Już zaraz.
Zgodził się z nią niechętnie i zaczął wolno upychać wybrane rzeczy do sakwy. Gdy oddawał się tej czynności, Zera po raz pierwszy przyjrzała się z bliska ciału tłustego mężczyzny, które wylewało się z wnętrza szafy. Wydała zduszony okrzyk. Spojrzał na nią pytająco, nigdy dotąd, tak długo jak ją znał, nie była skora do omdleń na widok krwi.
— To nie są ludzie Barthanesa, Thom. Przynajmniej ten nim nie jest. — Skinieniem głowy wskazała tłustego mężczyznę. — W Cairhien jest tajemnicą poliszynela, że on pracuje dla rodu Riatin. Dla Galldriana.
— Galldrian — powtórzył beznamiętnie.
„W co ten przeklęty pasterz mnie wciągnął? W co nas obu wciągnęły Aes Sedai? Ale to ludzie Galldriana ją zamordowali”.
Coś z tych myśli musiało się uwidocznić na twarzy, bo Zera zareagowała ostrym:
— Dena chce, byś żył, ty durniu! Spróbuj zabić króla, a zginiesz, nim zbliżysz się do niego na odległość stu piędzi, o ile w ogóle uda ci się podejść tak blisko!
Od strony murów miasta dobiegła ich wrzawa, tak głośna, jakby połowa Cairhien nagle zaczęła krzyczeć. Thom zmarszczył brwi i wyjrzał przez okno. Ponad dachami podgrodzia, za szczytami szarych murów, ku niebu wznosiła się kolumna gęstego dymu. Daleko od murów. W pobliżu tego pierwszego czarnego słupa kilka szarych smug szybko zespoiło się w drugi, obok natychmiast pojawiły się następne wstęgi. Ocenił odległość i zrobił głęboki wdech.
— Może ty też się zastanowisz nad wyjazdem. Zdaje się, że ktoś podpala spichlerze.
— Przeżyłam niejedne zamieszki. Idź już, Thom. Rzucił ostatnie spojrzenie na zakryte ciało Deny, pozbierał rzeczy i już miał wyjść, gdy Zera powiedziała jeszcze:
— Masz w oczach niebezpieczny wyraz, Thomie Merrilin. Wyobraź sobie Denę, siedzącą tu całą i zdrową. Pomyśl, co by powiedziała. Czy ona by pozwoliła, byś poszedł i dał się zabić bez żadnego powodu?