Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— Wasza lordowska mość — odezwał się Fain.
Mężczyzna z warkoczem, Huan, schwycił go za ramię, ale Fain wyrwał mu się. Huan zacisnął gniewnie usta, gdy Fain wykonał swój najgłębszy do tej pory ukłon.
„Będę zabijał go powoli, o tak”.
— Wasza lordowska mość, jest kilku takich, którzy mnie ścigają. Chcą zabrać Róg Valere. To Sprzymierzeńcy Ciemności i gorsi jeszcze od nich, wasza lordowska mość, nie może ich ode mnie dzielić więcej jak dzień albo dwa drogi.
Turak upił łyk czarnego płynu ze smukłej filiżanki, trzymanej w czubkach obdarzonych długimi paznokciami palców.
— W Seanchan niewielu znajdziesz Sprzymierzeńców Ciemności. Ci, którzy uchodzą słuchaczom prawdy, zawierają znajomość z toporem kata. Poznanie Sprzymierzeńca Ciemności mogłoby być zabawne.
— Wasza lordowska mość, oni są niebezpieczni. Towarzyszą im trolloki. Prowadzi ich jeden taki, który zwie się Rand al’Thor. Młody to człek, ale nikczemny ponad wszelką miarę, nikczemny jak sam Cień, obdarzony kłamliwym, przebiegłym językiem. W wielu miejscach różne rzeczy o sobie twierdził, jednakże zawsze tam, gdzie on akurat jest, pojawiają się trolloki, wasza lordowska mość. Trolloki zawsze tam przybywają i... mordują.
— Trolloki — zadumał się Turak. — W Seanchan nie było żadnych trolloków. Jednakże armie nocy miały innych popleczników. Inne stwory. Często się zastanawiam, czy grolm umiałby zabić trolloka. Każę pilnować przed tymi twoimi trollokami i Sprzymierzeńcami Ciemności, o ile to nie jest jakieś nowe kłamstwo. Już przykrzy mi się od nudy na tej ziemi.
Westchnął i wciągnął do nozdrzy opary unoszące się z filiżanki.
Fain pozwolił, by wykrzywiony Huan wywlókł go z izby, ledwie słuchając głoszonego warkliwym głosem wykładu o tym, co się stanie, jak jeszcze raz nie opuści lorda Turaka po tym, gdy zostanie mu udzielone zezwolenie. Ledwie zauważył, kiedy wypchnięto go na ulicę z monetą w garści i zaleceniem ponownego przyjścia następnego ranka. Rand al’Thor należał już do niego.
„Nareszcie zobaczę go martwym. A wtedy świat zapłaci za to, co mi zrobił”.
Zaśmiewając się w duchu wprowadził konie do miasta, w poszukiwaniu jakiejś gospody.
35
Stedding Tsofu
Nadrzeczne wzgórza, na których wznosiło się Cairhien, ustąpiły miejsca terenom nizinnym, często porośniętym lasami, gdy Rand i cała grupa mieli już za sobą połowę dnia jazdy. Shienarańscy żołnierze nadal jeszcze wieźli swe zbroje na grzbietach jucznych koni. Skierowali się w strony, w których nie było żadnych gościńców, tylko nieliczne polne drogi. Zagrody i wsie też napotykało się rzadko. Verin nakłaniała do pośpiechu, natomiast Ingtar — który bezustannie utyskiwał, że pozwolili się wywieść w pole, że Fain nigdy by nie zdradził, dokąd się naprawdę wybiera i jednocześnie nie przestawał narzekać, że jadą w kierunku przeciwnym do Głowy Tomana, jakby po trosze żywił przekonanie, że od Głowy Tomana bynajmniej nie dzielą ich miesiące jazdy, nawet jeśli pojadą tam drogą inną niż ta, którą obrali — Ingtar był jej posłuszny. Nad ich głowami powiewał sztandar Szarej Sowy.
Rand jechał z determinacją, zawzięty, unikając rozmów z Verin. Zrobi to, co musi — spełni tę powinność, mówiąc słowami Ingtara — a potem będzie mógł się uwolnić od Aes Sedai, raz na zawsze. Perrin zdawał się częściowo podzielać jego nastrój, podczas jazdy pustym wzrokiem wpatrywał się w dal. Gdy wreszcie zatrzymali się na noc na skraju lasu, z całkowitą ciemnością siedzącą im już prawie na karkach, Perrin wypytał Loiala o stedding. Trolloki nigdy nie wchodzą do stedding, a jak to jest z wilkami? Loial odparł mu zwięźle, że jedynie istoty z Cienia rodem nie kwapią się z wchodzeniem do stedding. A także Aes Sedai, rzecz jasna, jako że w stedding nie mogą ani dotykać Prawdziwego Źródła, ani też przenosić Jedynej Mocy. Sam ogir również wyglądał na ostatniego, który by miał chęć jechać do Stedding Tsofu. Natomiast Mat wyraźnie się do tego garnął, wręcz rozpaczliwie. Jego skóra przybrała taką barwę, jakby od roku nie zaznała słońca, a policzki zaczynały zaklęsać, wbrew zapewnieniom, że gotów byłby biegać na wyścigi. Zanim otulił się w koce, Verin przyłożyła dłonie do jego ciała, dokonując uzdrawiania, rankiem powtórryła raz jeszcze tę czynność, gdy już dosiadali koni, nie przyczyniając się jednak do żadnej zmiany w wyglądzie Mata. Nawet Hurin marszczył brwi, kiedy na niego spoglądał.
Następnego dnia słońce stało już wysoko na nieboskłonie, gdy Verin wyprostowała się nagle w siodle i rozejrzała dokoła. Jadący obok niej Ingtar drgnął nerwowo.
Rand nie zauważył, by w otaczającym ich lesie zaszła jakaś zmiana. Poszycie było niezbyt gęste, a droga łatwa pod baldachimem z gałęzi dębów, orzecha, czarnego eukaliptusa i brzóz, tu i ówdzie przeszytego na wylot przez wysoką sosnę lub drzewo skórzane, urozmaiconego też białymi maźnięciami kory papierowca. W miarę jednak dalszej jazdy poczuł znienacka dreszcz, taki jak po wskoczeniu do któregoś ze stawów Wodnego Lasu w samym środku zimy. Dreszcz przeszył go i zniknął w mgnieniu oka, pozostawiając po sobie uczucie świeżości, a jednocześnie przytępione i niewyraźne wrażenie zatraty czegoś, aczkolwiek Rand nie potrafił sobie uzmysłowić, co to takiego mogło być.
Wszyscy jeźdźcy po osiągnięciu tego miejsca wzdrygali się albo wydawali jakiś okrzyk. Hurinowi opadła szczęka, a Uno wyszeptał:
— Cholerny, przeklęty...
Potrząsnął głową, jakby już nic więcej nie mógł wymyślić. W żółtych oczach Perrina pojawił się wyraz zrozumienia.
Loial najpierw długo i powoli nabierał powietrza do płuc, po czym je wypuścił.
— Jak... cudownie... wrócić do stedding.
Rand rozejrzał się dookoła, marszcząc czoło. Oczekiwał, że w stedding będzie jakoś inaczej, a wyjąwszy ten jeden dreszcz, las niczym się nie różnił od tego, przez który jechali cały dzień. No i oczywiście to niespodziane uczucie, że jest się wypoczętym. W tym właśnie momencie zza drzewa wyłoniła się dziewczyna-ogir.
Mimo że niższa od Loiala — co oznaczało, że przewyższała Randa tylko głową i ramionami — miała taki sam szeroki nos i wielkie oczy, identyczne szerokie usta i włochate uszy. Obdarzona była jednak krótszymi brwiami, a w porównaniu z Loialem rysy jej twarzy wyglądały na łagodniejsze, kępki na uszach delikatniejsze. Ubrana w długą, zieloną suknię i zielony płaszcz haftowany w kwiaty, niosła bukiet srebrnych dzwonków, jakby właśnie zajmowała się ich zbieraniem. Spojrzała na nich spokojnie, wyczekująco.
Loial gramolił się ze swego wysokiego konia i wykonał pośpieszny ukłon. Rand i reszta kompanii poszli w jego ślady, może nie aż tak żwawo, i nawet Verin skłoniła głowę. Loial przedstawił ich ceremonialnie, nie wymienił jednak nazwy swego stedding.
Dziewczyna — Rand był przekonany, że ogir nie jest starsza od Loiala — przyglądała im się badawczo przez chwilę, potem uśmiechnęła się.
— Witajcie w Stedding Tsofu.
Również jej głos stanowił łagodniejszą wersję głosu Loiala: delikatniejsze buczenie mniejszego trzmiela.
— Jestem Erith, córka Ivy córki Alar. Witajcie. Tak niewielu mieliśmy gości, odkąd mularze opuścili Cairhien, a tu nagle tylu jednocześnie. Ależ skąd! Gościliśmy przecież kilku wędrowców, wyjechali, gdy... Och, za dużo gadam. Zaprowadzę was do starszych. Tylko... — Omiotła ich wzrokiem w poszukiwaniu osoby nimi dowodzącej i zatrzymała się ostatecznie na Verin. — Aes Sedai, tylu towarzyszy ci mężczyzn, wszyscy uzbrojeni. Czy zechciałabyś, proszę, pozostawić niektórych po zewnętrznej stronie? Wybacz mi, zbyt wielu uzbrojonych ludzi w stedding zawsze budzi niepokój.