Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
I tak oto Fain zmuszony był lec twarzą do posadzki, w izbie nie wyposażonej w żadne meble z wyjątkiem parawanów zdobiących ściany, a tymczasem oficer opowiadał jego lordowskiej mości, Turakowi, o nim i o darze. Służący wnieśli stół, na którym miała stanąć szkatuła, żeby jego lordowska mość nie musiał się pochylać — Fain zobaczył jedynie pośpiesznie pomykające kamasze. Niecierpliwie czekał na swój moment. Kiedyś w końcu nadejdzie ten czas, kiedy to nie on będzie musiał się kłaniać.
Potem żołnierzy odprawiono, a Fainowi kazano powstać. Zrobił to nieśpiesznie, przypatrując się zarówno ogolonej głowie, długim paznokciom i niebieskiej, jedwabnej szacie ozdobionej brokatowymi kwiatami, składającym się na postać jego lordowskiej mości, jak i stojącemu obok mężczyźnie, który czaszkę miał wygoloną tylko w połowie, natomiast resztę jasnych włosów splecioną w długi warkocz. Fain był przekonany, że jegomość w zieleni to tylko służący, może nawet i ważny, ale z kolei i służący potrafili się niekiedy przydać, szczególnie wtedy, gdy pan miał o nich wysokie mniemanie.
— Imponujący dar. — Wzrok Turaka podźwignął się ze szkatuły i przeniósł na Faina. Jego lordowska mość roztaczał wokół siebie woń róż. — Jednakowoż pytanie nasuwa się samo: jakim sposobem człowiek takiego pokroju wszedł w posiadanie szkatuły, na jaką wielu pośledniejszych lordów pozwolić by sobie nie mogło? Czy jesteś złodziejem?
Fain obciągnął swój zniszczony, nie grzeszący czystością kaftan.
— Czasami człowiek bywa zmuszony udawać nędzniejszego niż jest w istocie, wasza lordowska mość. Dzięki obecnej lichej prezencji mogłem przynieść dar, nie będąc molestowanym. Ta szkatuła jest stara, wasza lordowska mość, równie stara jak Wiek Legend, a kryje w sobie skarb, jaki nieliczne dotąd oczy widziały. Niedługo, całkiem już niedługo, wasza lordowska mość, będę potrafił ją otworzyć i podarować ci to, co pomoże zagarnąć te ziemie, tak daleko, jak tylko sobie zażyczysz, aż po Grzbiet Świata, Pustkowie Aiel, aż po krainy, które leżą dalej. Nic ci się nie oprze, wasza lordowska mość, jak tylko...
Urwał w momencie, gdy Turak jął szkatułę gładzić dłonią obdarzoną długimi paznokciami.
— Widywałem podobne szkatuły, szkatuły pochodzące z Wieku Legend — oznajmił jego lordowska mość — żadnej jednak równie misternej. Obmyślone są tak, iż tylko ten, który zna wzór, potrafi je otworzyć, ja jednak... Ach!
Wbił silniej palce w skomplikowane spirale i wypukłości, rozległ się głośny szczęk i Turak podniósł wieko. Przez jego twarz przebiegł cień, w którym można było wyczytać rozczarowanie.
Fain do krwi wgryzł się we wnętrze swoich warg, żeby nie warknąć. Jego mocna pozycja w przetargu uległa osłabieniu, bo to nie on otworzył szkatułę. Niemniej cała reszta mogła jeszcze pojść zgodnie z planem, o ile zmusi się do cierpliwości. Tylko już od jak dawna przymuszał się do cierpliwości...
— To skarby z Wieku Legend? — rzekł Turak, podnosząc kręty Róg jedną ręką, a drugą zakrzywiony sztylet z rubinem osadzonym w złotej rękojeści.
Fain zacisnął dłonie w pięści, by nie rzucić się na niego i nie wyrwać sztyletu z jego ręki.
— Wiek Legend — cicho powtórzył Turak, obwodząc czubkiem ostrza srebrne litery, którymi inkrustowana była złota czasza Rogu.
Brwi uniesione w zdziwieniu stanowiły pierwszy widomy znak emocji, jaki Fain u niego spostrzegł, po chwili jednak oblicze Turaka było znowu gładkie.
— Czy masz jakiekolwiek pojęcie, co to takiego?
— To Róg Valere, wasza lordowska mość — odparł bez zająknienia Fain, widząc z zadowoleniem, że mężczyźnie z warkoczem opada szczęka.
Turak tylko skinął głową, jakby przytakiwał samemu sobie.
Jego lordowska mość odwrócił się. Fain zamrugał i otworzył usta, ale zaraz, na gwałtownie dany przez jasnowłosego mężczyznę znak, ruszył za nim bez słowa.
Znalazł się w innej izbie, w której całe pierwotne umeblowanie zastąpiono parawanami i pojedynczym krzesłem, ustawionym naprzeciwko okrągłej komody. Spojrzenie Turaka, wciąż trzymającego Róg i sztylet, padło na komodę i zaraz się cofnęło. Nic nie powiedział, natomiast drugi Seanchanin rzucił ostrym głosem kilka rozkazów i w mgnieniu oka w drzwiach ukrytych za parawanami pojawili się ludzie w prostych wełnianych szatach, dźwigający jeszcze jeden stół. Towarzyszyła im młoda kobieta o włosach tak jasnych, że nieomal białych, niosła całe naręcze niewielkich podpórek z polerowanego drewna, rozmaitych wielkości i kształtów. Biały jedwab jej szaty był tak cienki, że Fain widział dokładnie prześwitujące pod nim ciało, jednakże jego oczy nie dostrzegały nic prócz sztyletu. Róg był środkiem wiodącym do celu, sztylet natomiast stanowił jego, Faina, udział.
Turak musnął palcami jedną z podpórek trzymanych przez dziewczynę, a ta umieściła ją na środku stołu. Mężczyźni odwrócili krzesło tak, by stanęło naprzeciwko stołu zgodnie z zaleceniami człowieka z warkoczem. Włosy niższych rangą służących opadały luźno do ramion. Umknęli z izby, kłaniając się tak głęboko, że nieledwie wciskali głowy między kolana.
Turak najpierw wsparł Róg na podpórce, w pozycji pionowej, następnie ułożył przed nim sztylet, a potem podszedł do krzesła i usiadł.
Fain nie mógł już dłużej wytrzymać. Wyciągnął rękę w stronę sztyletu.
Jasnowłosy mężczyzna złapał jego nadgarstek w miażdżący uścisk.
— Nie ogolony psie! Wiedz, że ucina się dłoń, która samowolnie sięga po własność jego lordowskiej mości.
— To moje — warknął Fain.
„Cierpliwości! Jakże długo...”
Turak, niedbale rozwalony na krześle, wystawił w górę pomalowany na niebiesko paznokieć i Fain został odsunięty na bok, dzięki czemu jego lordowska mość mógł bez żadnych przeszkód oglądać Róg.
— Twoje? — zdziwił się Turak. — W szkatule, której nie umiałeś otworzyć? Jeśli uda ci się dostatecznie wzbudzić moją ciekawość, to może zwrócę sztylet. Ten przedmiot mnie nie interesuje, nawet jeśli pochodzi z Wieku Legend. Pierwej jednak odpowiedz na jedno pytanie. Dlaczego przyniosłeś Róg Valere właśnie mnie?
Fain jeszcze chwilę patrzył tęsknie na sztylet, potem wyswobodził nadgarstek i roztarł go drugą ręką, jednocześnie wykonując ukłon.
— Abyś to ty w niego zadął, wasza lordowska mość. Potem będziesz mógł wziąć całą tę ziemię, jeśli zechcesz. Zburzysz Białą Wieżę, a Aes Sedai zetrzesz na proch, nawet one bowiem swą potęgą nie zatrzymają umarłych bohaterów przed ich powrotem z grobu.
— Ja mam w niego zadąć. — Głos Turaka nie zdradzał żadnych emocji. — I zburzyć Białą Wieżę. Jeszcze raz, dlaczego? Twierdzisz, żeś posłuszny, że oczekujesz i że będziesz służył, ale to ziemia łamiących przysięgi. Czemu ofiarowujesz mi tę ziemię? Czyżbyś wdał się w jaki prywatny spór z tymi... kobietami?
Fain bardzo się starał mówić przekonującym tonem.
„Cierpliwy, niczym robak wywiercający sobie drogę do wyjścia na zewnątrz”.
— Wasza lordowska mość, rodzina moja zwykła przekazywać pewną tradycję, z pokolenia na pokolenie. Służyliśmy jego wysokości królowi; Arturowi Paendragowi Tanreallowi, a kiedy zamordowały go te wiedźmy z Tar Valon, nie wyparliśmy się swych przyrzeczeń. Gdy inni pokonali i zrównali z ziemią dokonania Artura Hawkwinga, nadal dotrzymywaliśmy przysiąg, mimo że za nie cierpieliśmy. Oto nasza tradycja, wasza lordowska mość, przekazywana z ojca na syna, z matki na córkę, przez te wszystkie lata, które upłynęły od zamordowania króla. Oczekujemy powrotu armii Artura Hawkwinga przegnanych na drugi brzeg oceanu Aryth, oczekujemy powrotu potomnych Artura Hawkwinga, aby zniszczyli Białą Wieżę i odebrali to, co należało się Jego Wysokości, Królowi. A kiedy potomni Hawkwinga powrócą, będziemy służyć i wspierać ich radą, tak jak to czyniliśmy za życia Jego Wysokości, Króla. Wasza lordowska mość, gdyby nie to obramowanie, sztandar, który powiewa nad tym dachem, byłby sztandarem Luthaira, syna Artura Paendraga Tanrealla posłanego wraz z jego armiami za ocean.