Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— Jestem tylko starym bardem — powiedział od drzwi.
„A Rand al’Thor tylko pasterzem, obydwaj jednak robimy to, do czego jesteśmy zmuszeni”.
— Komu niby miałbym zagrażać?
Gdy zamykał drzwi, odgradzające go od niej i od Deny, na jego twarzy pojawił się wilczy grymas, uśmiech pozbawiony cienia wesołości. Bolała go noga, prawie jednak tego nie czuł, gdy zacisnąwszy zęby, pośpiesznie schodził ze schodów i wybiegał z gospody.
Padan Fain ściągnął wodze na szczycie wzgórza górującego nad Falme, w jednym z nielicznych, rzadkich zagajników, które się dotąd ostały w tej okolicy. Juczny koń, dźwigający na grzbiecie bezcenne brzemię, uderzył go w nogę. Kopnął zwierzę w żebra, nie patrząc — parsknęło i szarpnęło za powróz, którym go uwiązał do siodła. Kobieta ze swego konia nie zechciała zrezygnować, podobnie jak żaden z podążających za nim Sprzymierzeńców Ciemności za nic nie chciał, by go pozostawiono na wzgórzach w towarzystwie samych trolloków, bez tej ochrony, jaką dawała im jego obecność. Bez trudu poradził sobie z obydwoma problemami. Mięso w garnku trolloków wcale nie musiało być końskie. Podczas przeprawy przez drogi, do bramy znajdującej się w dawno opustoszałym stedding na Głowie Tomana, Sprzymierzeńców Ciemności porządnie wytrzęsło, ci zaś, którzy to przeżyli, na widok trolloków gotujących sobie wieczorną strawę stali się nad podziw posłuszni.
Fain stał na skraju lasku i z szyderczym uśmiechem przyglądał się pozbawionemu murów miastu. Jego granice wytyczały stajnie, wybiegi dla koni i podwórce dla powozów, gdzie właśnie wjeżdżała z głośnym turkotem nieduża karawana kupiecka, jednocześnie inne wozy wytaczały się, wzniecając drobiny pyłu z ziemi ubitej wieloma latami ciągłego ruchu. Po przyodziewku sądząc, woźnice i kilku towarzyszących im uzbrojonych jeźdźców zaliczali się do miejscowych, zbrojni mieli miecze przywieszone na pendentach, niektórzy nawet włócznie i łuki. Żołnierze, których udało mu się wypatrzeć, a nie było ich wielu, zdawali się zupełnie nie zwracać uwagi na uzbrojonych ludzi, których rzekomo przecież podbili.
Podczas jednego dnia i jednej nocy spędzonych na Głowie Tomana zdołał co nieco się dowiedzieć na temat ludzi, których zwano Seanchanami. Tyle przynajmniej, ile wiedział ujarzmiony przez nich lud. Nigdy nie było trudno znaleźć kogoś poruszającego się w pojedynkę, a tacy zawsze udzielali odpowiedzi na zadane w stosowny sposób pytania. Ludzie zbierali kolejne informacje dotyczące najeźdźców, jakby naprawdę wierzyli, że w końcu coś z pomocą tej wiedzy zdziałają, niektórzy jednak próbowali taić uzyskane wiadomości. Kobiety, ogólnie rzecz biorąc, pozornie nie pragnęły nic więcej, jak tylko żyć po dawnemu, niezależnie od tego, kto sprawował nad nimi władzę, zauważały jednak szczegóły, które umykały mężczyznom, a ponadto mówiły chętniej, gdy tylko przestawały krzyczeć. Najszybciej z wszystkich mówiły dzieci, rzadko jednak coś użytecznego.
Trzy czwarte z tego, co usłyszał, odrzucił jako niedorzeczności i plotki, urastające do rozmiarów legend, teraz jednak wycofał się z niektórych wniosków. Wyglądało, że do Falme mógł wejść każdy. Wzdrygnął się, spostrzegłszy prawdę w jeszcze innej „niedorzeczności”, gdy z miasta wyjechało dwudziestu żołnierzy. Nie widział wyraźnie wierzchowców, ale z pewnością nie były to konie. Cwałowały z płynną gracją, ciemne skóry iskrzyły się w porannym słońcu, jakby pokryte łuską. Wyciągając szyję, odprowadził je wzrokiem do samego horyzontu, a gdy zniknęły, uderzeniami pięt zmusił konia, by ruszył w stronę miasta.
Rdzenni mieszkańcy Falme, kręcący się wśród stajni, zaparkowanych wozów i ogrodzonych płotami zagród dla koni, nie obdarzyli go więcej niż jednym lub dwoma spojrzeniami. Również on nie interesował się nimi, jechał dalej, by znaleźć się w środku miasta, na brukowanych ulicach opadających w stronę portu. Port widział wyraźnie, a w nim zakotwiczone wielkie, dziwaczne kształty statków Seanchan. Nikt mu nie przeszkodził, gdy przeszukiwał ulice, ani specjalnie zatłoczone, ani też zupełnie opustoszałe. Tu żołnierzy seanchańskich było więcej. Ludzie krzątali się wokół swych spraw ze spuszczonym wzrokiem, kłaniając się zawsze mijającemu ich żołnierzowi, Seanchanie natomiast zupełnie nie zwracali na nich uwagi. Na pozór wydawało się, że w mieście panuje spokój, mimo uzbrojonych Seanchan na ulicach i statków w porcie, Fain czuł jednak przyczajone pod tym wszystkim napięcie. Zawsze dobrze mu się wiodło tam, gdzie ludzie żyli w napięciu i strachu.
Dojechał do sporego budynku, strzeżonego przez co najmniej tuzin żołnierzy. Zatrzymał się i zsiadł z konia. Z wyjątkiem jednego, bez wątpienia oficera, większość strażników zakuta była w zbroje barwy niczym nie urozmaiconej czerni, a ich hełmy przywodziły na myśl łby szarańczy. Z obu stron frontowych drzwi warowały dwie bestie o skórzastych pancerzach, obdarzone trojgiem oczu i rogowatymi dziobami zamiast ust — takie samo troje oczu mieli namalowane na napierśnikach żołnierze stojący u boku stworzeń. Fain przyjrzał się obrzeżonemu błękitem sztandarowi z wizerunkiem jastrzębia z rozpostartymi do lotu skrzydłami, który łopotał na dachu, i zarechotał w duchu.
Przez drzwi budynku po drugiej stronie ulicy przechodziły tylko kobiety powiązane z sobą srebrnymi smyczami, ignorował je jednak. Wiedział o damane od wieśniaków. Być może później mogły się do czegoś przydać, na razie jednak jeszcze nie.
Żołnierze zaczęli mu się przypatrywać, szczególnie oficer odziany w zbroję mieniącą się złotem, czerwienią i zielenią.
Fain ułożył twarz w przymilny uśmiech i wykonał głęboki ukłon.
— Moi panowie, mam tu coś, co zainteresuje jego lordowską mość. Zapewniam was, że on zechce to obejrzeć, a takoż i mnie, we własnej osobie.
Wskazał ręką kanciasty przedmiot umocowany na grzbiecie jucznego konia, nadal owinięty w wielki, prążkowany koc, taki, jakim go znaleźli jego ludzie.
Oficer zmierzył go wzrokiem od stóp do głów.
— Wydajesz się obcy na tej ziemi. Czy złożyłeś przysięgę?
— Jestem posłuszny, oczekuję i będę służył — wyrecytował bez zająknienia Fain.
Wszyscy, których przesłuchał, opowiadali o przysięgach, mimo iż nikt nie rozumiał, co oznaczają. Jeśli ci ludzie wymagali składania przysiąg, to on był gotów przysięgać na co tylko zechcą. Już dawno temu stracił wszelką rachubę złożonych przez siebie przyrzeczeń.
Oficer dał ręką znak dwóm żołnierzom, by sprawdzili, co jest pod kocem. Zdumione posapywania po zestawieniu ciężaru z siodła na ziemię przeszły w głośne bulgotanie, gdy po odrzuceniu koca zaparło im dech. Oficer zapatrzył się z całkiem obojętną twarzą na ornamentowaną srebrem złotą szkatułę spoczywającą na bruku, po czym przeniósł wzrok na Faina.
— Dar godny samej cesarzowej. Pójdziesz ze mną.
Jeden ze strażników brutalnie zrewidował Faina, zniósł to w milczeniu, zwrócił jednak uwagę, że oficer i dwóch żołnierzy, którzy nieśli szkatułę, przed wejściem do środka pozostawili miecze i sztylety. Wszystko, czego był w stanie dowiedzieć się o tych ludziach, nawet zupełne drobiazgi, mogło się przydać, mimo że już nie wątpił w powodzenie swego planu. Nigdy nie żywił wątpliwości względem swych planów, najmniej jednak tam, gdzie lordowie obawiali się skrytobójczego noża w rękach członków swej świty.
Podczas wchodzenia do środka oficer spojrzał na niego krzywo. Fain zastanawiał się przez chwilę nad przyczyną.
„To przecież bestie”.
Nieważne, czym były, z pewnością nie mogły być gorsze od trolloków, grozą daleko z pewnością ustępowały Myrddraalom — nawet nie spojrzał na nie po raz drugi. Za późno udawać, że się ich boi. Seanchanin nic jednak nie powiedział i poprowadził go w głąb budynku.