Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
Perrin uniósł głowę gwałtownym ruchem, krzesło Mata zaszurało. Loial jęknął głucho.
— Gdybyśmy nawet prześliznęli się jakoś przez straże Barthanesa — powiedział Rand — to moim zdaniem tam nadal jest Machin Shin. Nie możemy skorzystać z dróg.
— Ilu z nas mogłoby się przedostać na tereny Barthanesa? — spytała, lekceważąc to Verin. — Są jeszcze inne bramy. Stedding Tsofu jest położony niedaleko miasta na południowym wschodzie. To młody stedding, odkryty ponownie zaledwie przed sześciuset laty, ale starsi ogirowie utrzymywali jeszcze wówczas drogi. W Stedding Tsofu będzie brama. I do niego właśnie wyruszymy razem z pierwszym brzaskiem.
Loial wydał jakiś nieco głośniejszy dźwięk, a Rand nie umiał zdecydować, czy ten dźwięk odnosił się do bramy czy do stedding.
Ingtar nadal nie wyglądał na przekonanego, natomiast twarz Verin była tak zdecydowana i nieprzejednana jak śnieg osuwający się z górskiego zbocza.
— Nakażesz żołnierzom przygotować się do jazdy, Ingtarze. Poślij Hurina z wiadomością dla Uno, zanim położy się spać. Uważam, że wszyscy powinniśmy położyć się jak najwcześniej. Sprzymierzeńcy Ciemności mają nad nami przewagę co najmniej jednego dnia i mam zamiar nadrobić jutro, ile się da.
W zachowaniu zażywnej Aes Sedai było tyle zdecydowania, że Ingtar praktycznie dał się jej zapędzić do drzwi, jeszcze zanim skończyła mówić.
Rand wyszedł z izby razem z innymi, jednakże już przy drzwiach przystanął obok Aes Sedai i odprowadził wzrokiem Mata przemierzającego oświetlony świecami korytarz.
— Dlaczego on tak wygląda? — spytał ją. — Myślałem, że go uzdrowiłyście, w każdym razie w takim stopniu, by ofiarować mu trochę czasu.
Odczekała, aż Mat i reszta skręcą na schody, zanim zaczęła mówić.
— Najwidoczniej uzdrawianie nie zadziałało tak dobrze, jak oczekiwałyśmy. Ta choroba ma w nim interesujący przebieg. Nie traci sił, zachowa je do samego końca, jak mniemam. Natomiast jego ciało marnieje. Powiedziałabym, jeszcze kilka tygodni, co najwyżej... Jak widzisz, istnieją powody do pośpiechu.
— Nie potrzebuję dodatkowej ostrogi, Aes Sedai — odparł Rand, wymawiając tytuł nieco ostrzejszym tonem.
„Mat. Róg. Pogróżki Faina. Światłości, Egwene! Niech sczeznę, nie potrzebuję dodatkowej ostrogi”.
— A jak tam z tobą, Randzie al’Thor? Dobrze się czujesz? Nadal walczysz, czy już się poddałeś nakazom Koła?
— Pojadę z tobą szukać Rogu — obiecał jej. — Poza tym nie istnieje nic pomiędzy mną a Aes Sedai. Czy mnie rozumiesz? Nic!
Verin nie odpowiedziała i wtedy zostawił ją samą, lecz gdy już skręcał, by wejść na schody, zauważył, że nadal na niego patrzyła swymi ciemnymi oczyma, przenikliwie i badawczo.
34
Koło obraca się
Pierwsze światło poranka perliło się już na niebie, kiedy Thom Merrilin wlókł się z powrotem do „Kiści Winogron”. Nawet w największym zgromadzeniu sal widowiskowych i tawern nadchodziła taka krótka pora, gdy podgrodzie cichło, nabierając oddechu. W swoim obecnym nastroju Thom nawet by nie zauważył, gdyby pusta ulica stanęła nagle w płomieniach.
Paru gości Barthanesa uparło się, by zatrzymać go jeszcze długo po zakończeniu balu, długo nawet po tym, jak sam Barthanes udał się na spoczynek. To była j ego wina, że wybrał Wielkie Polowanie na Róg zamiast opowieści i pieśni, które odtwarzał po wioskach, typu Mara i trzech głupich krok, Jak Susa usidliła Jaina Długi Krok albo opowiadania o Anli, mądrym doradcy. Dokonał takiego wyboru, bo chciał skomentować ich głupotę, ale nawet mu się nie śniło, że będą go słuchać, a jeszcze mniej, że kogoś zaintryguje. Zaintryguje w specyficzny sposób. Często kazali sobie coś powtarzać, ale śmiali się w nieodpowiednich miejscach, z niewłaściwych rzeczy. Śmiali się również z niego, najwyraźniej myśląc, że tego nie widzi, albo że pełna sakiewka wepchnięta do kieszeni każdą uleczy ranę. Dwa razy omal jej nie wyrzucił.
Ciężka sakiewka, która przepalała mu kieszeń i dumę, nie była jedyną przyczyną złego nastroju, podobnie zresztą jak pogarda arystokratów. Wypytywali go o Randa, nie bawiąc się z prostym bardem w żadne subtelności. Po co Rand przyjechał do Cairhien? Dlaczego andorański lord odciągnął jego, zwykłego barda, na bok? Za dużo pytań. Nie był pewien, czy udzielał dostatecznie sprytnych odpowiedzi. Refleks — niezbędny do udziału w Wielkiej Grze — zardzewiał.
Zanim skierował kroki w stronę „Kiści Winogron”, powędrował do „Wielkiego Drzewa” — nie było trudno się dowiedzieć, gdzie ktoś się otrzymał w Cairhien, jeśli wcisnąć w kilka garści odrobinę srebra. Nadal nie bardzo zdawał sobie sprawę, co zamierzał powiedzieć. Rand już wyjechał razem ze swymi przyjaciółmi i Aes Sedai. Pozostało poczucie, że należało coś uczynić, coś czego nie dopatrzyło się wcześniej.
„Ten chłopak idzie teraz własną drogą. Niech sczeznę, ja z tym skończyłem!”
Minął główną izbę, pustą jak mało kiedy, i zaczął pokonywać schody, po dwa za jednym razem. To znaczy próbował — prawa noga nie uginała się zbyt sprawnie i omal nie upadł. Burcząc w duchu, wspiął się do końca wolniejszym krokiem, potem cicho otworzył drzwi do pokoju, starając się nie obudzić Deny.
Mimo woli uśmiechnął się, gdy zobaczył ją leżącą na łóżku, z twarzą zwróconą do ściany, nadal ubraną w suknię.
„Zasnęła, czekając na mnie. Głupia dziewczyna”.
Ta myśl rozgrzała serce — raczej nie mogła zrobić nic, czego by jej nie zapomniał, ani nie wybaczył. Pod wpływem chwilowego impulsu postanowił, że najbliższego wieczora pozwoli jej wystąpić po raz pierwszy. Należało jej od razu o tym powiedzieć — ustawił futerał z harfą na podłodze i położył dłoń na ramieniu Deny, chcąc ją zbudzić.
Opadła bezwładnie na plecy, znad rozciętego gardła spojrzały prosto na niego szkliste, otwarte szeroko oczy. Ta strona łóżka, którą dotąd zasłaniało jej ciało, była ciemna i nasiąknięta wilgocią.
Żołądek skręcił się — gdyby nie miał gardła ściśniętego tak mocno, że nie mógł złapać tchu, byłby zwymiotował i zacząłby krzyczeć, uczyniłby zapewne jedno i drugie naraz.
Ostrzegło go skrzypnięcie drzwi szafy. Błyskawicznie odwrócił się, z rękawów wyskoczyły noże, dłonie przedłużyły tor ich ruchu. Pierwsze ostrze utknęło w gardle tłustego, łysiejącego mężczyzny ze sztyletem w dłoni. Ugodzony zatoczył się w tył, spomiędzy zaciśniętych palców wytrysnęły bańki krwi w chwili, gdy próbował krzyknąć.
Obrót na chorej nodze wytrącił drugi nóż z ręki Thoma, ostrze utknęło w prawym ramieniu mocno umięśnionego mężczyzny z twarzą pokrytą bliznami, który właśnie gramolił się z drugiej szafy. Zraniona ręka, która nagle odmówiła posłuszeństwa, wypuściła nóż, napastnik zatoczył się w stronę drzwi.
Nim zdążył wykonać drugi krok, Thom dobył kolejny nóż i smagnął od tyłu jego nogę. Wielki mężczyzna wrzasnął i potknął się, wtedy bard schwycił w garść tłuste kudły i z całej siły wyrżnął jego twarzą o ścianę przy drzwiach. Rozległ się kolejny, przeraźliwy krzyk, gdy rękojeść noża, wystająca z ramienia, uderzyła o podłogę.
Thom zatrzymał ostrze noża w odległości cala od ciemnego oka napastnika. Blizny na jego twarzy nadawały mu srogi wygląd, jednak w tym momencie jego wzrok zamarł, utkwiony w czubek klingi, morderca nie mrugał i nie poruszał nawet jednym mięśniem. Tłuścioch, którego ciało częściowo spoczywało w szafie, wierzgnął po raz ostatni i znieruchomiał,