Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— Wyczułbyś ich — rzekł Rand.
— Może. — Węszyciel wciągnął powietrze do płuc. — Tylko że ja czuję to, co już zrobili, a nie to, co dopiero zamierzają.
Nad głową Randa rozległo się szuranie i po chwili z muru zsunął się Loial. Ogir nawet nie musiał wyciągać rąk na całą długość, by dotknąć stopami ziemi.
— Pochopność — mruknął. — Wy ludzie zawsze postępujecie pochopnie i pośpiesznie. I teraz ja sam tak przez ciebie postępuję. Starszy Haman skarciłby mnie surowo, zaś moja matka...
Na jego twarz padał cień, Rand jednak był pewien, że ogir energicznie strzyże uszami.
— Rand, jeśli nie zaczniesz wreszcie uważać, to wpakujesz mnie w tarapaty.
Rand podszedł do bramy, po czym okrążył ją dookoła. Nawet z bliska wyglądała jak zwykły, gruby plaster kamienia, wyższy od niego. Z tyłu była gładka i chłodna — pogładził ją i natychmiast cofnął dłoń — z przodu natomiast ozdobiły ją rzeźbieniami ręce artysty. Winorośla, liście i kwiaty, wszystkie oddane tak wiernie, że w mętnym blasku księżyca zdawały się nieomal żywe. Zbadał ręką grunt — w darni wyżłobione były dwa półkola, dokładnie takie, jakie mogły powstać przy otwieraniu skrzydeł bramy na oścież.
— Czy to jest brama? — spytał niepewnym głosem Hurin. — Słyszałem, co o nich opowiadano, ale... — Wciągnął powietrze do nozdrzy. — Trop dochodzi do tego miejsca i tutaj się urywa, lordzie Rand. W jaki sposób będziemy teraz ich ścigać? Słyszałem, że jak człowiek przejdzie przez bramę, to wychodzi z niej szalony, o ile w ogóle.
— To się da zrobić, Hurin. Przeszedłem przez to, podobnie Loial, Mat i Perrin.
Rand oderwał wzrok od plątaniny liści wyrzeźbionej w kamieniu. Wiedział, że jest tu jeden liść różniący się od pozostałych. Potrójny liść legendarnej Avendesory, Drzewa Życia. Położył na nim dłoń.
— Założę się, że wywęszysz ich trop na drogach. Wszędzie tam, gdzie oni mogli się udać, my możemy ich ścigać.
Udowodni sobie, że umie się zmusić do przejścia przez bramę. To przecież nie boli.
— Udowodnię ci to.
Usłyszał głośny jęk Hurina. Tak jak inne liście, również i ten był wyrzeźbiony w kamieniu, został jednak w ręku Randa. Loial jęknął również.
W mgnieniu oka iluzja życia, jaką mamiły oko kamienne rośliny, znienacka niemalże stała się rzeczywistością. Liście zatrzepotały na wietrze, kwiaty nabrały barw, mimo otulającego je mroku. Na samym środku roślinnej kaskady pojawiła się kreska i dwie połowy tablicy zaczęły wolno sunąć w stronę Randa. Odstąpił o krok, by mogły się otworzyć na całą szerokość. Nie zobaczył drugiej strony otoczonego murem placu, ale nie dostrzegł też, jak się spodziewał, mętnego, srebrzystego odbicia. Przestrzeń dzielącą otwarte skrzydła wypełniała czerń tak głęboka, że okalająca noc wydawała się jaśnieć przy niej. Niezgłębiony mrok wyciekał z głębi wciąż odmykającej się bramy.
Rand uskoczył w tył z krzykiem, z pośpiechu upuszczając liść Avendesory, zaś Loial zawołał z przerażeniem:
— Machin Shin. Czarny Wiatr!
Uszy wypełnił im szum, źdźbła trawy pokłoniły się pod falą czarnego oddechu, w górę wzbiły tumany pyłu, wsysane przez powietrze. I zdało się, że w wietrze zamknięty był krzyk tysiąca, dziesięciu tysięcy, obłąkanych głosów, głosów, które zagłuszając jedne, tonęły w innych. Wbrew swej woli Rand rozróżniał niektóre.
„...jaka słodka krew, jak słodko pić krew, krew, która kapie, kapie, kroplami tak czerwonymi, piękne oczy, cudne oczy, nie mam oczu, wyrwę oczy z twej głowy, przemielę twe zęby, rozszczepię kości w twym ciele, wyssam szpik, gdy będziesz krzyczeć, krzyczeć, krzyk, śpiewny krzyk, śpiewaj krzykiem...”
A najgorszy w tym wszystkim był szept uporczywie wybijający się ponad inne głosy.
„Al’Thor. Al’Thor. Al’Thor”.
Rand zatonął w pustce i przyjął ją, zupełnie już nie zważając na zwodniczą, mdlącą łunę saidina, tuż poza zasięgiem pola widzenia. Czarny Wiatr stanowił największe z wszystkich niebezpieczeństw czyhających na drogach: porywał dusze tym, których zabił, a tych, którym darował życie, doprowadzał do szaleństwa. Jednakże Machin Shin stanowił część dróg — nie mógł ich opuścić. Rozpraszając się, uchodził tylko w noc i wzywał jego imię.
Brama jeszcze nie otworzyła się na pełną szerokość. Gdyby tylko udało im się ułożyć liść Avendesory na miejsce... Zauważył, że Loial pełznie niezdarnie na czworakach, obmacując i rozgarniając niewidoczną w mroku trawę.
Wypełnił go saidin. Miał wrażenie, że kości mu wibrują, jego wnętrze rozgrzane było do czerwoności, jednakże poczuł zimny jak lód przepływ Jedynej Mocy, poczuł, że teraz dopiero żyje naprawdę, jak nigdy przedtem, poczuł oleistą skazę...
„Nie!”
I wtedy odpowiedział sobie niemym krzykiem zza skorupy pustki:
„On przybywa po ciebie! Zabije nas wszystkich!”
Cisnął coś w stronę czarnego wybrzuszenia, wystającego z bramy na całą piędź. Nie wiedział, czym właściwie cisnął, ani też w jaki sposób to zrobił, niemniej w samym sercu ciemności wykwitła fontanna roziskrzonego światła.
Czarny Wiatr zaskrzeczał dziesięcioma tysiącami bezsłownych wrzasków w agonii. Powoli, niechętnie, cal po calu, wybrzuszenie zapadło się, wylew ustępował stopniowo, pochłaniało je wnętrze wciąż otwartej bramy.
Moc popłynęła rwącym potokiem. Czuł więź łączącą go z saidinem, jak rzekę zlaną z powodzią, łączącą go z rozszalałą kataraktą, czystym ogniem płonącym w samym sercu Czarnego Wiatru. Przepełniający go gorąc ochłódł do białego żaru, a potem było lśnienie, które mogło stopić kamień, zmienić stal w obłok pary i sprawić, że powietrze stanie w płomieniach. Chłód narastał, był tak wielki, że oddech w płucach mógł skrzepnąć w lód, w twardy jak metal monolit. Czuł, jak go opanowuje, jak życie ulega erozji, niczym miękka glina rzecznego brzegu, jak to, czym jest, ulega zatarciu.
„Nie mogę się cofnąć! Jeśli się wydostanie na zewnątrz... Muszę go zabić! Nie... mogę... się cofnąć!
Rozpaczliwie czepiał się rozproszonych okruchów swej osobowości. Jedyna Moc mknęła przez niego z rykiem, unosił się w niej niczym drewniana drzazga porwana przez wodny wir. Pustka zaczęła topnieć i wyciekać, jej skorupa zaparowała lodowatym chłodem.
Skrzydła bramy zatrzymały się i po chwili zaczęły pełznąć ponownie, w drugą stronę.
Rand patrzył, mroczne myśli unoszące się na powierzchnię pustki niosły pewność, że widzi tylko to, co chce widzieć.
Skrzydła bramy powoli zbliżały się do siebie, spychając Machin Shin do środka, jakby był utkany z substancji materialnej. W oddechu Czarnego Wiatru wciąż szalało inferno.
Pogrążony w niejasnym, odległym zadziwieniu Rand zobaczył Loiala, nadal na czworakach umykał przed zamykającymi się skrzydłami.
Otwór zacieśniał się, zanikał. Liście i winorośla zlewały się, tworząc litą ścianę, na powrót kamienne.
Rand poczuł, że więź między nim a ogniem pęka, że przepływ Mocy ustaje. Jeszcze chwila, a byłby go zupełnie zmiótł. Rozdygotany padł na kolana. Był tam jeszcze. Saidin. Nie płynął już, tylko był, tworzył kałużę. Stał się kałużą Jedynej Mocy. Drżał razem z nią. Czuł woń trawy, ziemi, na której rosła trawa, kamienia murów. Mimo ciemności widział każde źdźbło trawy, każde z osobna i z wszystkimi szczegółami, wszystkie źdźbła jednocześnie. Czuł najlżejsze podmuchy powietrza na twarzy. Język cierpł od smaku skazy, żołądek ściągał się i przewracał, targany spazmami.
Jak oszalały szarpał się z ograniczającą go pustką, walczył o wolność, wciąż na kolanach, nie ruszając się. I nagle nie zostało już nic, prócz zanikającego smaku ohydy na języku, skurczu w żołądku i pamięci. Jakże żywej.