Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Przerażasz mnie, Atosie! — zawołał d’Artagnan. — Mój Boże! Czegóż się więc obawiasz?
— Wszystkiego! — odparł Atos.
D’Artagnan przyjrzał się twarzom towarzyszy, na których, podobnie jak na twarzy Atosa, malował się głęboki niepokój, i jechali dalej galopem, ale w zupełnym milczeniu.
Dwudziestego piątego wieczorem wjeżdżali właśnie do Arras i d’Artagnan zsiadł z konia przed oberżą “Pod Złotą Kratą”, by napić się wina, gdy jakiś jeździec wyjechał cwałem z dziedzińca pocztowego, gdzie zmieniał konia, kierując się na świeżym wierzchowcu w stronę Paryża. W chwili gdy wyjeżdżał z bramy na ulicę, wiatr rozchylił płaszcz, który miał na sobie, choć był sierpień, i poderwał mu z głowy kapelusz; podróżny przytrzymał go ręką i nasunął szybko na oczy.
D’Artagnan, który patrzył uważnie na jeźdźca, zbladł mocno i wypuścił szklankę z ręki.
— Co panu? — zapytał Planchet. — O, panowie, panowie, mój pan zasłabł!
Trzej przyjaciele pośpieszyli na wezwanie, ale d’Artagnan, bynajmniej nie chory, biegł do swego konia. Zatrzymali go na progu.
— Hola, gdzie tak pędzisz, u licha? — krzyknął do niego Atos.
— To on! — zawołał d’Artagnan blady ze złości, z czołem mokrym od potu. — To on, puśćcie mnie!
— Ale kto, kto? — zapytał Atos.
— On, ten człowiek!
— Jaki człowiek?
— Przeklęty człowiek, mój zły duch, którego zawsze spotykam, gdy grozi mi jakieś niebezpieczeństwo; ten sam, co towarzyszył tej strasznej kobiecie, kiedy ujrzałem ją po raz pierwszy, ten sam, którego ścigałem, kiedy potrąciłem naszego przyjaciela Atosa, ten którego widziałem owego ranka, gdy pani Bonacieux została porwana! Widziałem go, to on! Gdy wiatr rozchylił mu płaszcz, rozpoznałem go!
— Do kroćset! — rzekł Atos w zamyśleniu.
— Na koń, panowie, na koń! Jedźmy za nim, dopadniemy go jeszcze.
— Mój drogi — rzekł Aramis — pamiętaj, że jedzie w kierunku przeciwnym niż my; że ma wypoczętego konia, gdy nasze są zmęczone; że konie nam padną, a mimo to nie dościgniemy go. Zostawmy mężczyznę, d’Artagnanie, ratujmy kobietę.
— Hola, panie! — zawołał chłopak stajenny w ślad za nieznajomym. — Hola, panie! Oto papier, który wypadł panu z kapelusza! Panie, panie!
— Mój przyjacielu — rzekł d’Artagnan — pół pistola za ten papier.
— Ależ z przyjemnością, panie. Proszę.
Stajenny, bardzo zadowolony z interesu, wrócił na podwórze oberży, d’Artagnan rozwinął papier.
— I co? — zapytali trzej przyjaciele otaczając go.
— Tylko jedno słowo! — powiedział d’Artagnan.
— Tak — rzekł Aramis — ale to nazwa wsi lub miasta.
— Armentières[*] — przeczytał Portos. — Armentières — nie znam takiej miejscowości.
— Ta nazwa miasta czy wsi jest napisana jej ręką! — zawołał Atos.
— Schowajmy starannie ten papier — rzekł d’Artagnan. — Może nie dałem za darmo ostatniego pistola. Na koń, przyjaciele, na koń!
I czterej przyjaciele puścili się galopem drogą wiodącą do Béthune.
Rozdział XXXI
KLASZTOR KARMELITANEK W BÉTHUNE
Wielkim zbrodniarzom sprzyja los pozwalając pokonać im wszystkie przeszkody, wymknąć się wszelkim niebezpieczeństwom aż do chwili, kiedy znużona Opatrzność kładzie kres ich bezbożnemu szczęściu.
Tak było z Milady: wyminęła krążowniki dwóch narodów i wylądowała w Boulogne bez żadnego wypadku.
Na statek w Portsmouth Milady wsiadła jako Angielka, którą prześladowania we Francji wygnały z La Rochelle; gdy po dwóch dniach podróży wylądowała w Boulogne, podawała się za Francuzkę, która uciekła z Portsmouth od Anglików, nienawidzących Francji.
Milady miała zresztą najlepszy paszport: urodę, wielkopańskie wzięcie i szczodrą rękę. Zwolniona ze zwykłych formalności dzięki uprzejmemu uśmiechowi i dwornym manierom starego gubernatora, który ucałował jej dłoń, pozostała w Boulogne po to tylko, by oddać na pocztę list, który brzmiał, jak następuje:
“Do Jego Eminencji, kardynała de Richelieu, obóz pod La Rochelle.
Wasza Dostojność może być spokojny: Jego Wysokość książę Buckingham nie wyruszy do Francji.
Boulogne, 25 wieczorem.
Milady
PS. Zgodnie z życzeniami Waszej Eminencji udaję się do klasztoru karmelitanek w Béthune, gdzie czekam na rozkazy.”
Tego samego wieczora Milady wyruszyła w drogę. Noc zaskoczyła ją w podróży; zatrzymała się i przenocowała w oberży, a nazajutrz o piątej rano ruszyła dalej. W trzy godziny później była w Béthune.
Kazała sobie wskazać klasztor karmelitanek i udała się tam natychmiast.
Wyszła do niej przeorysza. Milady pokazała jej rozkaz kardynała; przeorysza wyznaczyła jej pokój i poleciła podać śniadanie.
Cała przeszłość zatarła się już w oczach Milady; patrzyła w przyszłość i widziała przed sobą tylko wspaniały los, jaki przeznaczył jej kardynał, któremu tak wybornie się przysłużyła, choć imię Jego Dostojności nie było wmieszane do tej krwawej sprawy.
Pochłaniające ją wciąż nowe namiętności dawały jej życiu podobieństwo do chmur, które przebiegają po niebie odbijając to lazur, to płomień, to znów gęstą czerń i pozostawiając po sobie na ziemi jako jedyne ślady zniszczenie i śmierć.
Po śniadaniu odwiedziła ją przeorysza; w klasztorze jest niewiele rozrywek i poczciwa matka pośpieszyła zawrzeć znajomość z nową mieszkanką.
Milady chciała się spodobać przeoryszy. Było to rzeczą łatwą dla tej zaiste niezwykłej kobiety; chciała być uprzejma: była czarująca, i zjednała sobie zacną przeoryszę ciekawą rozmową i wdziękiem osobistym.
Przeorysza, wywodząca się ze szlachty, lubiła nade wszystko dworskie ploteczki tak rzadko dochodzące na krańce królestwa i z tak wielkim trudem przedostające się przez mury klasztorne; przed progiem klasztoru ucicha bowiem zgiełk świata.
Milady znała wszystkie arystokratyczne intrygi, wśród nich przecież od sześciu lat stale żyła; opowiedziała więc zacnej przeoryszy o światowych uciechach dworu francuskiego, nie zapominając o przesadnych praktykach religijnych króla, wyliczyła wszystkie historie miłosne kawalerów i dam dworu, których nazwiska przeorysza doskonale znała, wspomniała o romansie królowej i Buckinghama, mówiąc wiele, by nie dopuścić przeoryszy do słowa.
Przeorysza zadowoliła się słuchaniem i uśmiechami, a ponieważ Milady widziała, że opowiadanie bardzo ją bawi, ciągnęła dalej; tak rozmowa zeszła na kardynała.
Milady była w kłopocie: nie wiedziała, czy przeorysza jest rojalistką, czy stronniczką kardynała, mówiła więc z umiarkowaniem, ale przeorysza ze swej strony zachowała jeszcze większą ostrożność, skłaniając głowę za każdym razem, kiedy podróżna wymawiała nazwisko Jego Eminencji.
Milady przypuszczała, że będzie się bardzo nudzić w klasztorze; postanowiła więc zaryzykować, by wiedzieć później, czego się trzymać. Chcąc wybadać, jak daleko posuwa się oględność poczciwej przeoryszy, zaczęła mówić źle o kardynale i najpierw w sposób zawoalowany, potem bardziej szczegółowo opowiedziała o jego romansach z panią d’Aiguillon, Marion de Lorme i kilku innymi damami z wielkiego świata.
Przeorysza słuchała z większą jeszcze uwagą, ożywiała się powoli i uśmiechała.