Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
W tym momencie pokonali kolejny róg, za nim stali Loial, Mat i Perrin, lekko zgarbieni pod niskim sklepieniem.
Uśmiech Loiala omal nie rozpołowił mu twarzy.
— Jesteście nareszcie. Rand, w życiu się tak nie cieszyłem, kiedy mogłem od kogoś uciec, jak w chwili, gdy opuszczałem towarzystwo tych wszystkich ludzi na górze. Stale mnie wypytywali, czy ogirowie wracają i czy Galldrian postanowił spłacić swoje długi. Wydaje się, że mularze ogirów opuścili to miejsce, bowiem Galldrian nie płacił im już inaczej niż tylko obietnicami. Stale im powtarzałem, że nic mi o tym nie wiadomo, ale jedna połowa zgromadzonych najwyraźniej uważała, że kłamię, a druga, że sugeruję coś nie istniejącymi podtekstami wypowiedzi.
— Niebawem się stąd wydostaniemy — zapewnił go Rand. — Mat, dobrze się czujesz?
Nie pamiętał, kiedy twarz przyjaciela wyglądała mizerniej, lepiej wyglądał nawet wtedy w karczmie, teraz jeszcze mocniej uwydatniły się kości policzkowe.
— Czuję się świetnie — burknął opryskliwie Mat — tyle że z pewnością nie miałem żadnych problemów z opuszczeniem towarzystwa pozostałych służących. Ci, którzy nie pytali, czy mnie głodzisz, uważali, że jestem chory i nie chcieli podchodzić zbyt blisko.
— Czy wyczułeś sztylet? — spytał Rand.
Mat posępnie pokręcił głową.
— Przez większość czasu czułem tylko, że ktoś mnie obserwuje. Ci ludzie w skradaniu się są równie podstępni jak pomory. Niech sczeznę, omal nie wyskoczyłem ze skóry, gdy Hurin powiedział, że odnalazł trop Sprzymierzeńców Ciemności. Ja go zupełnie nie czuję, a zwiedziłem ten przeklęty budynek od krokwi po piwnice.
— To wcale nie znaczy, że go tu nie ma, Mat. Przypomnij sobie, schowałem go razem z Rogiem do szkatuły. Może z tego właśnie powodu go nie czujesz. Moim zdaniem Fain nie wie, jak się ją otwiera, bo inaczej nie zadawałby sobie trudu targania z sobą takiego ciężaru, gdy uciekał z Fal Dara. Przecież całe złoto, z jakiego ją zrobiono, nie jest wiele warte w porównaniu z Rogiem Valere. Jak znajdziemy Róg, znajdziemy również sztylet. Zobaczysz.
— O ile nie będę więcej musiał udawać twego sługi — burknął Mat. — O ile ty nie popadniesz w obłęd i...
Pozwolił, by dalsze słowa zamarły mu na wykrzywionych grymasem ustach.
— Rand nie jest obłąkany, Mat — skarcił go Loial. — Cairhienianie nigdy by go tu nie wpuścili, gdyby nie był lordem. To oni są obłąkani.
— Nie jestem obłąkany — powiedział oschle Rand. — Jeszcze nie. Hurin, pokaż mi ten ogród.
— Tędy, lordzie Rand.
Wyszli w mrok nocy przez drzwi tak niskie, że Rand musiał pochylić głowę, zaś Loial zgiąć się wpół i przygarbić ramiona. Z okien w górnej części budynku wylewały się żółte kałuże światła, dzięki którym Rand widział ścieżki między kwietnymi rabatami. Po obu stronach ogrodu wybrzuszały się w mroku cienie stajni i innych zabudowań. Słychać było strzępy muzyki, dobiegające z piwnic, w których zabawiali się służący, albo z górnej kondygnacji, gdzie dostarczała rozrywki ich chlebodawcom.
Hurin prowadził ścieżkami przez miejsca, gdzie zbladła już mętna łuna i musieli dalej wędrować przy samym świetle księżyca, nasłuchując cichego chrobotania butów po ceglanym podłożu. Krzewy, które w świetle dziennym pyszniłyby się kwiatami, wyglądały teraz jak dziwaczne garby. Rand muskał palcami miecz i uważał, by jego wzrok nie zatrzymał się zbyt długo w jednym miejscu. Dokoła mogła się kryć, niezauważenie, setka trolloków. Wiedział, że Hurin wykryłby trolloki, gdyby one tu były, ale ta świadomość nie bardzo pomagała. Jeśli Barthanes był Sprzymierzeńcem Ciemności, wówczas przynajmniej paru jego służących i strażników też nimi musiało być, a Hurin nie zawsze wyczuwał Sprzymierzeńca Ciemności. Gdyby wyskoczyli raptem z mroku, nie byliby mniej groźni od trolloków.
— Tutaj, lordzie Rand — szepnął Hurin, wskazując ręką.
Kamienne mury, sięgające niewiele ponad głowę Loiala, otaczały placyk o bokach liczących jakieś pięćdziesiąt kroków. W otaczających ciemnościach Rand nie mógł być tego do końca pewien, wydawało się jednak, że ogrody ciągną się jeszcze dalej za murami. Zastanawiał się, po co Barthanes obudował część przestrzeni w samym środku swego ogrodu.
„Dlaczego tu weszli? Po co mieliby tu wciąż pozostawać?”
Loial pochylił się, by móc szepnąć prosto do ucha Randa.
— Mówiłem ci, że tu kiedyś był gaj ogirów. Rand, w obrębie tych murów znajduje się brama. Czuję to.
Rand usłyszał, jak Mat wzdycha z rozpaczą.
— Nie możemy się poddawać, Mat — upomniał go.
— Ja się nie poddaję. Po prostu mam dość oleju w głowie, aby nie mieć ochoty na ponowną przeprawę przez drogi.
— Może będziemy zmuszeni — powiedział mu Rand. — Idź poszukać Ingtara i Verin. Postaraj się jakoś porozmawiać z nimi na osobności, nie obchodzi mnie, jak to zrobisz, i przekaż im, że moim zdaniem Fain wyniósł Róg przez bramę. Tylko nie pozwól, by ktoś obcy to usłyszał. I pamiętaj, że masz kuleć, rzekomo miałeś wypadek.
Bardzo to dziwne, że nawet Fain ryzykował przeprawę przez drogi, wyglądało jednak, że nie ma innego wytłumaczenia.
„Nie siedzieliby przecież tutaj przez cały dzień i noc, nie mając nawet dachu nad głową”.
Mat wykonał zamaszysty ukłon, a jego głos wręcz kipiał sarkazmem.
— Natychmiast, mój panie. Jak mój pan sobie życzy. Czy mam ponieść twój sztandar, mój panie? — Szedł już w stronę dworu, jego utyskiwania powoli cichły. — Teraz muszę kuśtykać. Potem każą mi skręcić kark albo...
— On się po prostu niepokoi sprawą sztyletu, Rand — powiedział Loial.
— Wiem — odparł Rand.
„Tylko jak długo to jeszcze potrwa, zanim, choćby nawet niechcący, powie komuś, czym jestem?”
Nie sądził, by Mat celowo chciał go zdradzić, ostatecznie coś jeszcze zostało z łączącej ich przyjaźni.
— Loial, podsadź mnie, chciałbym zobaczyć, co jest za murem.
— Rand, jeśli Sprzymierzeńcy Ciemności są jeszcze...
— Nie ma ich. Podsadź mnie, Loial.
Cała trójka podeszła do muru, Loial zrobił ze swych dłoni strzemiono, w które Rand mógł włożyć stopę. Ogir wyprostował się, bez większego trudu pomimo dodatkowego ciężaru, unosząc Randa na taką wysokość, by mógł wystawić głowę ponad murem.
Światło wąskiego sierpa ubywającego księżyca było blade i rozproszone, nieomal wszystko okrywał gęsty cień, można jednak było dostrzec, że na ograniczonym murem obszarze nie rosną żadne kwiaty ani zarośla. Samotną ławę z kamienia ustawiono jakby po to, by mógł na niej przysiąść pojedynczy człowiek i przyglądać się konstrukcji, którą wzniesiono pośrodku ograniczonej przestrzeni — ogromnej, wbitej pionowo w ziemię, kamiennej tablicy.
Rand uchwycił rękoma szczyt muru i podciągnął się. Loial ostrzegł go stłumionym „psst” i złapał za stopę, wyrwał mu się jednak i przerzucił ciało przez mur, spadając na drugą stronę. Trawa pod jego stopami była krótko przystrzyżona: zaświtała mu mglista myśl, że Barthanes pewnie wpuszcza tam owce, a może nie tylko owce. Zagapiony na ocienioną kamienną tablicę — bramę — przestraszył się, gdy tuż obok niego załomotały buty. Ktoś poszedł w jego ślady.
Hurin wstał i otrzepał się z ziemi.
— Należało to zrobić ostrożniej, lordzie Rand. Tu mógł się ktoś ukryć. Ktoś albo coś. — Zbadał wzrokiem zamknięty w kwadratowym murze mrok, a jego dłoń powędrowała do pasa, jakby szukała krótkiego miecza i łamacza mieczy, które musiał zostawić w karczmie: służący w Cairhien nie chodzili uzbrojeni. — Wskocz do byle jamy, nie sprawdziwszy jej pierwej, a niechybnie znajdziesz tam węża.