Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Podano zupę. Paulie skosztował i ocenił, że jest prawie zadowalająca. Przestawiłem krzesło na drugą stronę stołu i przysunąłem się do niego. Nie miałem wcześniej zamiaru karmić się owocami pracy jego szarych komórek, ponieważ nie uważałem ich za dostatecznie dojrzałe, ale uznałem, że nie mam nic do stracenia.
— Paulie, czy mówi ci coś nazwisko Woolf?
— Mężczyzna czy kobieta?
— Mężczyzna — powiedziałem. — Amerykanin, jak sądzę. Biznesmen.
— Co przeskrobał? Prowadził po pijanemu? Nie zajmuję się już takimi sprawami. A jeżeli już, to za górę kasy.
— Z tego, co wiem, niczego nie przeskrobał — odparłem. — Zastanawiam się tylko, czy o nim słyszałeś. Pracuje dla firmy Gaine Parker.
Paulie wzruszył ramionami i rozłamał bułkę.
— Jeżeli chcesz, mogę się czegoś o nim dowiedzieć. A o co chodzi?
— O zlecenie — powiedziałem. — Nie przyjąłem, ale jestem ciekaw.
Skinął głową i wepchnął sobie do ust kawałek bułki.
— Zarekomendowałem cię dwa miesiące temu.
Zatrzymałem łyżkę z zupą w połowie drogi między miską a ustami. Zajmowanie się moim życiem, nie wspominając o pomaganiu mi, zupełnie nie pasowało do Pauliego.
— Jakiego rodzaju zlecenie?
— Facet z Kanady szukał kogoś do brudnej roboty. Ochroniarza, coś w tym rodzaju.
— Jak się nazywał?
— Nie pamiętam. Wydaje mi się, że jego nazwisko zaczynało się na J.
— McCluskey?
— McCluskey nie zaczyna się na J, prawda? Nie, to był Joseph, Jacob, jakoś tak — szybko zrezygnował z dalszych prób przypomnienia sobie nazwiska. — Skontaktował się z tobą?
— Nie.
— Szkoda. Wydawało mi się, że zapalił się do twojej kandydatury.
— Podałeś mu moje nazwisko?
— Nie, rozmiar twojego pieprzonego buta. Oczywiście, że podałem mu twoje nazwisko. No, nie od razu. Poleciłem mu kilku goryli, których czasem zatrudniamy. Mamy kilku osiłków, którzy zajmują się ochroną, ale nie przekonał się do nich. Chciał kogoś z górnej półki. Byłego wojskowego, powiedział. Byłeś jedyną osobą, jaka przyszła mi do głowy. Poza Andym Hickiem, ale on zarabia dwieście tysięcy rocznie, pracując w banku.
— Jestem wzruszony, Paulie.
— Zawsze do usług.
— Jak go poznałeś?
— Przyszedł na spotkanie z Toffee i zostałem ściągnięty do pomocy.
— Toffee to osoba?
— Spencer. Mój szef. Mówi o sobie Toffee. Nie wiem dlaczego. Może ma to jakiś związek z cukierkami.
Zastanawiałem się przez chwilę.
— Nie wiesz może, w jakiej sprawie spotkał się ze Spencerem?
— Kto mówi, że nie wiem.
— A wiesz?
— Nie.
Paulie utkwił wzrok w punkcie znajdującym się za moją głową. Odwróciłem się, żeby zobaczyć, co z nim lam robił. Dwaj mężczyźni przy drzwiach podnieśli się z miejsc. Starszy powiedział coś do maitre d'hótel, który wysłał kelnera w stronę naszego stolika. Kilku pozostałych gości przyglądało się sytuacji.
— Pan Lang?
— To ja.
— Telefon do pana.
Wzruszyłem ramionami i popatrzyłem na Pauliego, który właśnie poślinił palec i zabrał się do zbierania okruchów z obrusa.
Zanim doszedłem do drzwi, młodszy ze śledzącej mnie pary zniknął. Starałem się napotkać wzrokiem starszego, ale z uwagą przyglądał się nieokreślonej grafice na ścianie. Podniosłem słuchawkę.
— Panie — usłyszałem głos Solomona — źle się dzieje w państwie duńskim.
— Ach, jaka szkoda — powiedziałem. — A wszystko szło tak dobrze.
Solomon zaczął mówić, ale przerwał mu trzask i do rozmowy włączył się piskliwy głos ONeala.
— To ty, Lang?
— Aha.
— Dziewczyna, Lang. Młoda kobieta, powinienem był powiedzieć. Czy wiesz, gdzie może się teraz znajdować?
Roześmiałem się.
— Mnie się pan pyta, gdzie ona jest?
— W rzeczy samej. Mamy problem z jej zlokalizowaniem.
Zerknąłem na stojącego niedaleko mężczyznę, który wciąż wpatrywał się w grafikę.
— Niestety, panie ONeal, nie mogę panu pomóc — powiedziałem. — Widzi pan, nie dysponuję dziewięcioma tysiącami podwładnych i budżetem wynoszącym dwadzieścia milionów funtów, które mógłbym wykorzystać do znajdowania ludzi i ich śledzenia. Ale wie pan co? Mógłby pan spróbować wykorzystać ochroniarzy z Ministerstwa Obrony. Podobno świetnie sobie radzą z takimi zadaniami.
Skończyłem, ale ONeal zdążył odłożyć słuchawkę mniej więcej, kiedy doszedłem do „Obrony”.
Zostawiłem Pauliego w restauracji, żeby zapłacił rachunek, a sam wskoczyłem do autobusu jadącego do Holland Park. Chciałem się przekonać, jak bardzo ludzie ONeala nabałaganili w moim mieszkaniu, a także, czy skontaktował się ze mną jeszcze jakiś inny kanadyjski handlarz bronią o starotestamentowym imieniu.
Tajniacy Solomona wsiedli za mną do autobusu i gapili się przez okna, jakby pierwszy raz w życiu byli w Londynie.
Kiedy dojechaliśmy do Notting Hill, nachyliłem się do nich.
— Równie dobrze możecie wysiąść ze mną — powiedziałem. — Nie będziecie musieli biec z powrotem z następnego przystanku.
Starszy odwrócił wzrok, ale młodszy wyszczerzył zęby w uśmiechu. Ostatecznie wysiedliśmy razem. Ja wszedłem do mieszkania, a oni zostali na zewnątrz i kręcili się po drugiej stronie ulicy.
Nawet gdyby nikt mnie o tym nie poinformował, zorientowałbym się, że mieszkanie zostało przeszukane. Nie oczekiwałem wprawdzie, że zmienią prześcieradła i odkurzą wszystkie pokoje, ale sądziłem, że mogliby je zostawić w lepszym stanie. Wszystkie meble zostały przestawione, niektóre z moich obrazów wisiały krzywo, a wśród książek stojących na półkach panował koszmarny bałagan, Zmienili nawet płytę CD w wieży. A może po prostu uznali, że profesor Longhair lepiej się nadaje jako muzyczny podkład do przeszukiwania mieszkania.
Nie trudziłem się przestawianiem mebli na miejsce. Zamiast tego przeszedłem do kuchni, włączyłem czajnik i zapytałem głośno:
— Herbata czy kawa?
Z sypialni dobiegł cichy szelest.
— A może masz ochotę na colę?
Stałem cały czas tyłem do drzwi i mimo że woda w czajniku z narastającym świstem zbliżała się do stanu wrzenia, usłyszałem, kiedy wyszła z sypialni. Wsypałem rozpuszczalną kawę do kubka i się odwróciłem.
Zamiast jedwabnego szlafroka Sara Woolf była obleczona w parę spranych jeansów i ciemnoszare bawełniane polo. Miała upięte wysoko włosy, luźno związane z tyłu w sposób, który jednym kobietom zabiera pięć sekund, a innym pięć dni. W prawej ręce trzymała walthera TPH kaliber .22 pasującego kolorem do koszulki.
Taki tph to małe cudeńko. Działa na zasadzie odrzutu zamka swobodnego, ma magazynek na sześć nabojów i lufę długości 71 milimetrów. Jest również całkowicie bezużyteczny jako broń palna, ponieważ jeżeli nie trafi się przeciwnika od razu pierwszym strzałem w serce lub w mózg, można go co najwyżej rozdrażnić. W większości przypadków mokra makrela lepiej nadaje się na broń.
— No dobrze, panie Fincham — odezwała się — skąd pan wiedział, że tu jestem?
Brzmiała tak samo, jak wyglądała.
— Fleur de Fleurs — wyjaśniłem. — Podarowałem buteleczkę tych perfum mojej sprzątaczce na Boże Narodzenie w zeszłym roku, ale wiem, że ich nie używa. To musiałaś być ty.
Rozejrzała się po mieszkaniu ze sceptycznie uniesioną do góry brwią.