Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Pan de Tréville był prawdziwie zaskoczony. Tak wielka przenikliwość, tak wielka szczerość wreszcie wzbudziła w nim podziw, ale nie rozproszyła całkowicie wątpliwości: im bardziej ten młodzieniec przewyższał innych, tym bardziej niebezpieczna byłaby omyłka. Uścisnął jednak rękę d’Artagnana i powiedział:
— Jesteś zacnym chłopcem, ale w tej chwili nie mogę nic więcej zrobić dla ciebie prócz tego, co przyobiecałem przed chwilą. Mój pałac będzie zawsze dla ciebie stał otworem. Później, ponieważ będziesz mógł zwrócić się do mnie w każdej chwili, nie tracąc tym samym żadnej sposobności, osiągniesz prawdopodobnie to, czego pragniesz.
— To znaczy, panie — podjął d’Artagnan — że poczekasz, bym na to zasłużył. Dobrze więc, możesz być spokojny — dodał z gaskońską poufałością — nie będziesz czekał długo.
I skłonił się, by opuścić gabinet, jak gdyby wszystko inne zależało odtąd tylko od niego samego.
— Ależ poczekaj — rzekł pan de Tréville zatrzymując go — przyrzekłem ci list do dyrektora Akademii. Czy jesteś zbyt dumny, by go przyjąć, mój młody panie szlachcicu?
— Nie, panie — rzekł d’Artagnan — zaręczam ci, że z tym listem nie stanie się tak, jak z tamtym. Będę go dobrze pilnował i przysięgam, że trafi tam, gdzie należy: biada temu, kto próbowałby mi to pismo odebrać.
Pan de Tréville uśmiechnął się na tę fanfaronadę; pozostawił młodego rodaka we wnęce okna, gdzie rozmawiali, usiadł przy stole i zaczął pisać przyobiecany list. Przez cały czas d’Artagnan, który nie miał nic lepszego do roboty, wybijał takt marsza na szybie, patrząc, jak muszkieterowie wychodzą jeden po drugim, i towarzyszył im spojrzeniem, aż znikli za zakrętem ulicy.
Pan de Tréville zapieczętował list, wstał i zbliżył się do młodzieńca, by mu go wręczyć, ale w chwili gdy d’Artagnan wyciągnął po niego rękę, pan de Tréville wielce się zdumiał widząc, jak jego protegowany podskoczył nagle, zaczerwienił się ze złości i wybiegł z gabinetu, wołając:
— Tam do kata, tym razem mi nie ujdzie!
— Kto taki? — zapytał pan de Tréville.
— Mój złodziej! — odparł d’Artagnan. — Ach, zdrajca!
I znikł.
— Cóż za szaleniec! — mruknął pan de Tréville. — Możliwe też, że się w ten sposób zręcznie wymknął, widząc, iż podstęp mu się nie udał.
Rozdział IV
RAMIĘ ATOSA, PENDENT PORTOSA I CHUSTKA ARAMISA
Rozwścieczony d’Artagnan przemknął przez przedpokój w trzech susach, rzucił się na schody, przeskakując po cztery stopnie naraz, z rozpędu wpadł z pochyloną głową na muszkietera wychodzącego od pana de Tréville przez boczne drzwi i uderzył go czołem w ramię. Ów krzyknął, a raczej zawył z bólu.
— Przepraszam — rzekł d’Artagnan usiłując biec dalej — przepraszam, ale śpieszę się bardzo.
Zaledwie jednak ruszył z miejsca, kiedy żelazna dłoń chwyciła go za szarfę i zatrzymała.
— Pan się śpieszy — zawołał muszkieter blady jak śmierć — pod tym pozorem potrącasz mnie, mówisz “Przepraszam” i sądzisz, że tego dość? Bynajmniej, młodzieńcze. Mniemasz może, że skoroś słyszał, jak pan de Tréville przemawiał dziś do nas nieco ostro, wolno ci to, co i jemu? Mylisz się kolego; nie jesteś panem de Tréville.
— Na honor — odparł d’Artagnan, który rozpoznał Atosa wracającego do domu po opatrunku zrobionym przez chirurga — na honor, nie uczyniłem tego umyślnie, i dlatego powiedziałem: Przepraszam. Wydaje mi się, że to dosyć. Powtarzam panu jednak, co tym razem jest zbyteczne, że śpieszę się, bardzo się śpieszę, kawalerskie słowo. Puść mnie więc, proszę, i pozwól mi odejść.
— Mój panie — rzekł Atos puszczając go — nie jesteś grzeczny. Widać, że przybywasz z daleka.
D’Artagnan przeskoczył już kilka stopni, ale słysząc uwagę Atosa zatrzymał się natychmiast.
— Do licha, mości panie — powiedział — choć przybywam z daleka, nie pan będziesz mnie uczył dwornego obejścia, uprzedzam cię.
— Być może — rzekł Atos.
— Ach, gdybym się nie śpieszył! — zawołał d’Artagnan — gdybym nie biegł za kimś...
— Mój pośpieszny panie, znajdziesz mnie nie goniąc za mną, zrozumiałeś?
— A gdzie to, jeśli łaska?
— Obok karmelitów bosych.
— O której godzinie?
— Koło południa.
— Koło południa, doskonale, stawię się.
— Postaraj się, żebym nie czekał, bo kwadrans po dwunastej obetnę ci uszy, gdy będziesz śpieszył na spotkanie.
— Dobrze! — krzyknął d’Artagnan — będę za dziesięć dwunasta.
I pobiegł, jak gdyby go gnali wszyscy diabli, w nadziei, że dopędzi jeszcze swego nieznajomego, który idąc spokojnym krokiem nie uszedł pewnie daleko.
Ale przy bramie stał Portos rozmawiając z żołnierzem z gwardii. Dzieliła ich niewielka odległość, ale wystarczająca, by mógł się przemknąć jeden człowiek. D’Artagnan uznał tedy, że miejsca w sam raz wystarczy dla niego, i wpadł niczym strzała między tamtych dwóch; nie wziął jednak w rachubę wiatru. Wiatr bowiem wzdął długi płaszcz Portosa i d’Artagnan biegnąc wpadł pod ów płaszcz. Bez wątpienia Portos miał swoje powody, by nie zdejmować tej zasadniczej części stroju, ponieważ zamiast puścić połę, którą trzymał ręką, pociągnął ją ku sobie tak, że d’Artagnan owinął się w aksamit ruchem obrotowym, spowodowanym oporem niezłomnego Portosa.
D’Artagnan, słysząc przekleństwa muszkietera, chciał wyjść spod płaszcza, który zasłaniał mu oczy, i szukał drogi pośród fałdów. Obawiał się przede wszystkim, że uszkodzi wspaniały, znany nam już pendent, ale otworzywszy oczy stwierdził, że nos jego znajduje się pomiędzy barkami Portosa, a więc właśnie na pendencie.
Niestety! Podobnie jak większość rzeczy tego świata, których wartość jest jedynie pozorna, pendent był złoty z przodu, a ze skóry bawolej z tyłu. Próżny Portos, nie mogąc mieć pendentu całego ze złota, miał złoty przynajmniej w połowie. Rozumiemy teraz przyczynę kataru i konieczność noszenia płaszcza.
— Do kata! — zawołał Portos czyniąc wysiłki, by uwolnić się od d’Artagnana, który łaskotał go w plecy. — Czyś pan oszalał, że się tak rzucasz na ludzi!
— Przepraszam — rzekł d’Artagnan wysuwając się spod ramienia olbrzyma — ale bardzo się śpieszę, pędzę za kimś...
— Czy przypadkiem nie zapominasz pan oczu, kiedy za kimś pędzisz? — zapytał Portos.
— Nie — odparł dotknięty d’Artagnan — nie, oczami właśnie widzę to, czego nie widzą inni.
Nie wiadomo, czy Portos zrozumiał, czy nie zrozumiał aluzji, ale poniósł go gniew:
— Mój panie — powiedział — uprzedzam cię, że możesz sobie zedrzeć skórę, jeśli będziesz się tak blisko ocierał o muszkieterów.
— Zedrzeć skórę, panie — rzekł d’Artagnan — to ostre słowo.
— Lecz bardzo stosowne w ustach człowieka, który zwykł patrzeć w twarz swym wrogom.
— Tam do licha! Jestem pewien, że nie odwracasz się do nich plecami.
I młody człowiek, zachwycony swym dowcipem, odszedł śmiejąc się na całe gardło. Portos zapienił się z wściekłości i ruszył za d’Artagnanem.