Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Nieco później, nieco później — zawołał tamten — kiedy zdejmiesz płaszcz.
— Zatem o pierwszej za Luksemburgiem.
— Doskonale, o pierwszej — odparł d’Artagnan skręcając za róg ulicy.
Ale ani na tej ulicy, którą przebiegł, ani na tej, którą obejmował teraz spojrzeniem, nie ujrzał nikogo. Choć nieznajomy szedł powoli, zyskał przecie na czasie; być może wszedł do jakiegoś domu. D’Artagnan pytał o niego wszystkich przechodniów, skierował się w dół, do promu, i zawrócił ulicą De Seine[*] i La Croix-Rouge[*], ale nic, ani śladu. Jednakże ten pościg nie był dla niego bez korzyści, ponieważ w miarę jak pot pokrywał mu czoło, serce chłodło.
Zastanowił się tedy nad tym, co zaszło; zdarzeń było wiele i wszystkie niepomyślne: minęła zaledwie godzina jedenasta, a poranek przyniósł mu już niełaskę pana de Tréville, który nie mógł sądzić, że d’Artagnan rozstał się z nim w dworny sposób. Poza tym miał w perspektywie dwa pojedynki z chwatami, z których każdy mógł zabić trzech d’Artagnanów, a byli to muszkieterowie, to znaczy ludzie, których tak czcił, że w sercu i myśli stawiał ich nad wszystkimi.
Sytuacja była smutna. Pewny, że zostanie zabity przez Atosa, młodzieniec, rzecz prosta, nie obawiał się zbytnio Portosa. Ponieważ jednak nadzieja najpóźniej ze wszystkich uczuć gaśnie w sercu człowieka, miał nadzieję, że uda mu się pozostać przy życiu, choć z dwiema straszliwymi ranami, wyniesionymi oczywiście z dwóch pojedynków. W tej to nadziei nie szczędził sobie wymówek na przyszłość:
— Jakiż ze mnie nieokrzesany głupiec! Ten dzielny i nieszczęśliwy Atos był ranny właśnie w to ramię, w które ugodziłem go łbem jak baran. Dziwi mnie tylko, że nie zabił mnie na miejscu; miał do tego prawo, musiałem mu zadać okropny ból. Z Portosem, och, doprawdy, rzecz jest bardziej zabawna.
I mimo woli młodzieniec się roześmiał rozglądając się jednak wokoło, czy ten śmiech samotny i nieuzasadniony, wedle mniemania patrzących z boku, nie obrazi jakiegoś przechodnia.
— Co do Portosa, rzecz jest bardziej zabawna; ale tez ze mnie pożałowania godny roztrzepaniec. Widział kto kiedy rzucać się na ludzi bez uprzedzenia! I czy zagląda się im pod płaszcz, by zobaczyć to, czego tam nie ma. Wybaczyłby mi na pewno, wybaczyłby mi, gdybym nie zaczął doń mówić o tym przeklętym pendencie, co prawda w półsłówkach; tak, piękne mi półsłówka, nie ma co. Ach, utrapiony Gaskończyku, to doprawdy lokajskie dowcipy.
— A zatem, d’Artagnanie, mój przyjacielu — ciągnął już łagodniejszym tonem, na jaki wedle swego mniemania zasługiwał — jeśli wyjdziesz z tego cało, co jest wielce wątpliwe, na przyszłość trzeba ci być nader grzecznym. Niechaj cię podziwiają, podają za wzór. Być dwornym i grzecznym nie znaczy być tchórzem. Spójrz raczej na Aramisa; Aramis to słodycz, wdzięk wcielony. I cóż, czy ktokolwiek odważy się powiedzieć, że Aramis jest tchórzem? Nie, oczywiście, i odtąd w każdym względzie biorę go sobie za wzór. Ale oto on.
Tak idąc i wygłaszając swój monolog znalazł się w odległości kilku kroków od pałacu Aiguillon i przed tym pałacem ujrzał Aramisa rozmawiającego wesoło z trzema szlachcicami z królewskiej gwardii. Ze swej strony Aramis zauważył d’Artagnana; ponieważ jednak nie zapomniał, iż w obecności tego młodzieńca właśnie pan de Tréville tak uniósł się dziś rano, a świadek wymówek, jakich przyszło im wysłuchiwać, nie mógł mu być żadną miarą miły, udał, że go nie widzi. Tymczasem d’Artagnan, myśląc jedynie o swych dwornych i pojednawczych zamiarach, zbliżył się do czterech młodzieńców składając im piękny ukłon, któremu towarzyszył wdzięczny uśmiech. Aramis skinął lekko głową, ale się nie uśmiechnął. Wszyscy czterej zresztą przerwali od razu rozmowę.
D’Artagnan nie był na tyle głupi, by nie zauważyć, że jest tu zbyteczny; ale że nie znał jeszcze dość dobrze światowych obyczajów, nie umiał wycofać się z fałszywej sytuacji, jaka powstaje niemal zawsze, kiedy człowiek znajdzie się w obcym towarzystwie i natrafi na rozmowę, w której nie może brać udziału.
Szukał więc sposobu, by wycofać się możliwie zręcznie, gdy zauważył, że Aramis upuścił chustkę i bez wątpienia przez nieuwagę nastąpił na nią nogą.
D’Artagnan osądził, że oto sposobna chwila, by zatrzeć popełnioną niezręczność; pochylił się z miną najbardziej uprzejmą, na jaką go było stać, wyciągnął chustkę spod nogi muszkietera, choć tamten opierał się temu najwyraźniej, za czym podając mu ją powiedział:
— Oto chustka, panie, której zapewne nie chciałbyś zgubić. Chustka była w samej rzeczy bogato haftowana i miała w jednym rogu koronę i herb. Aramis poczerwieniał’ gwałtownie i wyrwał raczej, niż wziął chustkę z ręki Gaskończyka.
— Ha, ha! — zawołał jeden z gwardzistów. — Czy nadal będziesz utrzymywał, dyskretny Aramisie, że nie jesteś w dobrych stosunkach z panią de Bois-Tracy, skoro ta urocza dama łaskawie użycza ci swych chustek?
Aramis rzucił d’Artagnanowi jedno z tych spojrzeń, które dają natrętowi do poznania, że zdobył sobie śmiertelnego wroga. Podjął jednak najsłodszym tonem:
— Mylicie się, panowie, to nie jest moja chustka i nie wiem, dlaczego temu panu przyszło do głowy wręczyć ją mnie właśnie, a nie jednemu z was. Na dowód, że to prawda, oto moja chustka.
Mówiąc te słowa wyciągnął z kieszeni własną chustkę, równie elegancką i z cienkiego batystu, choć batyst był drogi w owych czasach, ale bez haftów i herbu i ozdobioną jedynie inicjałem właściciela.
Tym razem d’Artagnan ani pisnął, zrozumiał bowiem swój błąd; jednakże przyjaciele Aramisa nie dali się przekonać, a jeden z nich zwracając się do młodego muszkietera rzekł z udaną powagą:
— Jeśli jest tak, jak powiadasz, muszę cię, mój drogi Aramisie, poprosić o tę chusteczkę, wiesz bowiem, że Bois-Tracy należy do moich przyjaciół i nie chciałbym, by ktokolwiek chełpił się przedmiotami, które należą do jego żony.
— Kiepsko mnie prosisz — odparł Aramis. — Choć całkowicie uznaję słuszność twojego żądania, jeśli idzie o jego treść, muszę odmówić ze względu na formę.
— Prawdę powiedziawszy — nieśmiało wtrącił d’Artagnan — nie widziałem, żeby chustka wypadła z kieszeni pana Aramisa, Postawił na niej nogę, oto wszystko, ja zaś pomyślałem, że skoro postawił nogę, chustka należy do niego.
— I pomyliłeś się, mój drogi panie — odparł chłodno Aramis, zgoła niewzruszony tym sprostowaniem. Potem, zwracając się do gwardzisty, który wystąpił jako przyjaciel pana de Bois-Tracy, dodał:
— Zresztą, zastanowiłem się, mój zacny przyjacielu pana de Bois-Tracy, i doszedłem do wniosku, że jestem równie tkliwym jego przyjacielem, jak ty sam. Tak więc chustka równie dobrze mogła wypaść z twojej kieszeni, jak i z mojej.
— Nie, na honor! — zawołał gwardzista Jego Królewskiej Mości.
— Przysięgniesz na honor, ja dam kawalerskie słowo i wówczas będzie jasne, że jeden z nas dwóch kłamie. Posłuchaj, Montaran, zróbmy coś lepszego, niech każdy z nas weźmie połowę.
— Połowę chustki?
— Tak.
— Wybornie — zawołali dwaj inni gwardziści — istny sąd króla Salomona. Doprawdy, Aramisie, jesteś pełen mądrości.
Młodzi ludzie wybuchnęli śmiechem i jak można łatwo odgadnąć, na tym zakończono sprawę. Po chwili rozmowa się urwała i trzej gwardziści i muszkieter, uścisnąwszy sobie serdecznie ręce, poszli każdy w swoją stronę.
— Oto chwila, by zawrzeć pokój z tym dwornym kawalerem — powiedział do siebie d’Artagnan, który trzymał się nieco na uboczu pod koniec rozmowy. Wiedziony tym uczuciem pośpieszył za Aramisem, który oddalał się nie zwracając na niego uwagi.