Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Raken mknął na zachód, dwaj awiatorzy kulili się w siodle. Nie mógł być to żaden raport zwiadowców, żadna wiadomość bezpośrednio dla niego. Furyk zdawał sobie sprawę, że to tylko igraszki wyobraźni, jednak długa wyciągnięta szyja stwora nadawała mu wygląd... zaniepokojonego. Gdyby był kimś innym, na ten widok również mógłby poczuć się nieswojo. Od czasu, gdy trzy dni temu otrzymał rozkazy przejęcia dowodzenia i wymarszu na wschód, dotarły doń tak nieliczne wieści, że dawało się je policzyć na palcach jednej ręki. A każda tylko dodatkowo pogłębiała ogarniający go zamęt.
Lokalni mieszkańcy, zwący się Altaranami, najwyraźniej pchnęli w góry poważną siłę, jednak nasuwało się pytanie: po co? Drogi wzdłuż północnej granicy tego masywu górskiego były obserwowane przez patrole docierające niemalże do granic Illian, patrole obejmujące tak awiatorów, jak morat’torm oraz zwykłych konnych. Co też mogło sprowokować tych Altaran, że nagle postanowili pokazać zęby? Zdecydowali się zewrzeć szeregi? Przecież w tej krainie człowiek mógł zostać wyzwany na pojedynek tylko za to, jak wyglądał — aczkolwiek powoli już zaczynali się uczyć, że zaczepianie Straży było po prostu wolniejszym sposobem poderżnięcia sobie gardła — jednak widział na własne oczy szlachtę tego tak zwanego narodu, która próbowała sprzedać nie tylko siebie wzajem, lecz również własną królową, na zwykłą sugestię ochrony ich ziem i może również dóbr sąsiadów.
Potężnie zbudowany Nadoc, o zwodniczo łagodnej twarzy, obrócił się w siodle, by popatrzeć na rakena.
— Nie lubię maszerować na oślep — mruknął. — Przynajmniej nie w sytuacji, gdy Altaranie zdołali wystawić przeciwko nam czterdzieści tysięcy ludzi. Co najmniej czterdzieści tysięcy.
Jadranka tak przeraźliwie zgrzytnął zębami, że wysoki siwy wałach aż zatańczył pod nim nerwowo. Jadranka był najstarszy stopniem spośród trzech dowódców stojących za Karede, służył już przynajmniej tak długo jak on. Był mężczyzną niskim, szczupłym, obdarzonym wydatnym nosem, ale zachowywał się w taki sposób, jakby co najmniej pochodził z Krwi. Przecież tego konia każdy zobaczy z odległości mili.
— Czterdzieści tysięcy, a może i sto, Nadoc, są rozsiani po całym tym terenie, aż po kraniec górskiego łańcucha, zbyt daleko od siebie, by móc wzajem służyć sobie wsparciem. Niech mnie po oczach pochlastają, jeśli połowa z nich już nie poległa. Przecież wszędzie muszą nadziewać się na nasze posterunki. Dlatego właśnie nie dostajemy raportów od zwiadowców. Naszym zadaniem będzie po prostu posprzątanie niedobitków bitwy.
Karede stłumił westchnienie. Stracił już nadzieję, że Jadranka, mimo swej pompatyczności i napuszenia, nie okaże się skończonym głupcem. Chełpliwość była chorobą szybko szerzącą się wśród zwycięzców, niezależnie, czy chodziło o armię czy tylko o pół Chorągwi. Jedynie nieliczne porażki przełykano w milczeniu, starając się o nich jak najszybciej zapomnieć. Tak konsekwentny brak wiadomości był więc... złowieszczy.
— Siły, o których wspominał ostatni raport, nie bardzo wyglądały na oddziały niedobitków — upierał się Nadoc. On jednak nie był głupcem. — Nie dalej jak pięć mil od nas znajduje się oddział liczący pięć tysięcy ludzi i wątpię, by wystarczyły miotły, żeby się z nimi uporać.
Jadranka znowu parsknął:
— Rozgromimy ich niezależnie od tego, czy użyjemy mieczy czy mioteł. Niech Światłość wypali mi oczy, ledwie mogę się doczekać przyzwoitego starcia. Kazałem im gnać przed siebie, dopóki ich nie znajdą. Nie chcę, żeby nam się wymknęli.
— Co zrobiłeś? — zapytał cicho Karede.
Nie musiał nawet podnosić głosu, a i tak wszystkie oczy zwróciły się w jego stronę. Aczkolwiek Nadoc i kilku innych ledwie mogło przestać gapić się na Jadrankę. Zwiadowcom kazano przeć przed siebie, zwiadowcom wyjaśniono dokładnie, czego mają szukać. Ileż mogło umknąć ich uwagi pod takimi rozkazami?
Nim ktokolwiek zdążył choć otworzyć usta, ludzie na przełęczy zaczęli krzyczeć, a konie alarmująco rżeć.
Karede natychmiast przycisnął do oka skórzaną tubę szkła powiększającego. Przed jego oczyma, na całej długości przełęczy, żołnierze i konie padali pod nawałą bełtów z kuszy, nic innego nie wchodziło w grę, sądząc po tym, jak stalowe napierśniki uginały się od uderzeń, a chronione przez kolczugi piersi wręcz eksplodowały. Setki już dały głowę, kolejne setki rannych zwisały bezwładnie z końskich siodeł, inni desperacko próbowali wyplątać nogi ze strzemion, aby uniknąć zmiażdżenia pod ciałami padających wierzchowców. Zdecydowanie zbyt wielu uciekało. Przed jego wzrokiem wzmocnionym soczewkami żołnierze wciąż jeszcze dosiadający koni próbowali je zawrócić, by umknąć w górę przełęczy. Gdzie, na Światłość, były sul’dam? Nie potrafił żadnej z nich zobaczyć. Walczył już z buntownikami, którzy dysponowali sul’dam i damane, toteż wiedział, że zawsze należy wyeliminować je tak szybko, jak to tylko możliwe. Może rodzimi mieszkańcy tych ziem przyswoili sobie tę zasadę?
Przeżył prawdziwy wstrząs, kiedy nagle wzdłuż całej kolumny wojsk pozostających pod jego dowództwem ziemia zaczęła wylatywać gwałtownie w powietrze, ciskając ludzi i konie z równą łatwością co glebę i kamienie. Błyskawica zwaliła się z nieba, niebiesko-białe pioruny kłuły jak popadnie, ziemię i żołnierzy. Inni po prostu eksplodowali, rozdarci na strzępy przez jakąś niewidzialną siłę. Czy rodzimi mieszkańcy tych ziem dysponowali własnymi damane? Nie, z pewnością muszą to być te Aes Sedai.
— Co teraz zrobimy? — zapytał Nadoc. W jego głosie znać było przeżyty wstrząs. I nic dziwnego.
— Myślisz, że zostawię swoich ludzi? — warknął Jadranka. — Ruszymy do ataku na nich, ty!... — Jego słowa przeszły w nieartykułowany bulgot, kiedy czubek miecza Karede wbił się zgrabnie w jego gardło. Bywają takie chwile, kiedy można tolerować głupców, i takie, kiedy jest to niedopuszczalne. Zanim ciało tamtego zdążyło zsunąć się z siodła i zanim jego wierzchowiec się spłoszył, Karede wytarł już klingę o białą grzywę wałacha. Bywają też chwile, gdy potrzebna jest niewielka demonstracja.
— Będziemy walczyć, ale tylko tam, gdzie to ma sens, Nadoc — powiedział, jakby Jadranka przed chwilą wcale się nie odezwał. Jakby go nigdy nie było. — Ale przede wszystkim postaramy się uratować, ile się da, a potem wycofamy się.
Zawrócił konia, kierując go w dół przełęczy, gdzie błyskały pioruny i łomotały grzmoty, a równocześnie rozkazał Angharowi — młodzieńcowi o zdecydowanym spojrzeniu, dysponującemu szybkim wierzchowcem — aby pomknął na wschód i przekazał wieści o tym, co się tu wydarzyło. Być może awiatorzy wszystko widzieli, a może nie, aczkolwiek Karede domyślał się już, dlaczego tamci lecieli tak nisko. Podejrzewał również, że Wysoka Lady Suroth i jej generałowie w Ebou Dar doskonale zdają sobie sprawę z tego, co się tu dzieje. Czy dzisiaj miał przyjść ten dzień, kiedy trzeba będzie oddać życie za Imperatorową? Wbił ostrogi w boki konia.
Z płaskiego, rzadko zalesionego grzbietu wzgórza Rand spoglądał na zachód ponad wierzchołkami drzew. Czuł w sobie pulsującą Moc — życie, tak słodkie; skaza, och, jak paskudna — i jak zawsze potrafił wyróżnić nawet pojedyncze liście w otaczającym lesie; ale nie tylko. Każde stuknięcie kopyta Tai’daishara. Zębate szczyty z tyłu, po obu stronach i wszędzie dookoła, wyższe o milę albo i więcej górowały nad grzbietem wzniesienia, wzniesienia, które ze swej strony spoglądało z wysoka na korony drzew porastających krętą dolinę, długą na ponad ligę i prawie równie szeroką. Panowała tam absolutna cisza. Głęboka jak Pustka, która go spowijała. W każdym razie teraz było cicho. Tu i tam pióropusze dymu znaczyły miejsca, gdzie dwa, trzy drzewa na raz płonęły niczym pochodnie. Tylko wilgotna aura powstrzymywała pożar przed objęciem całej doliny.