Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 139 140 141 142 143 144 145 146 147 ... 197
Перейти на страницу:

Żołnierz idący w tę stronę w eskorcie Gedwyna i Rochaida, zerknął niespokojnie na Nerith, kiedy ją mijali. Rand niejasno przypominał sobie, że spotkał go raz w Czarnej Wieży, tego dnia, gdy po raz pierwszy dekorował swych ludzi srebrnymi Mieczami, Taimowi zaś przypiął pierwszego Smoka. Był młodym człowiekiem, zwał się Varil Nensen, mimo długiego czasu służby wciąż zwyczajem swej krainy skrywał sumiaste wąsy pod zasłoną. Jednak nie zawahał się ani na chwilę, gdy zobaczył swoich krajan w niekorzystnym położeniu. Teraz jedynym obiektem lojalności była Czarna Wieża i Smok Odrodzony, co zawsze podkreślał Taim. Wszelako drugą część roty w jego wykonaniu poprzedzał nieodmiennie nieznaczny moment zawahania.

— Czeka cię zaszczyt osobistego złożenia raportu Smokowi Odrodzonemu, Żołnierzu Nensen — oznajmił Gedwyn. V jego glosie słychać było ironię.

Nensen zaraz wyprostował się w siodle.

— Mój Lordzie Smoku! — rytmicznie zaintonował, przyciskając dłoń do piersi. — Jakieś trzydzieści mil na zachód znajdują się kolejni wrogowie, mój Lordzie Smoku. — Wcześniej Rand kazał zwiadowcom przed powrotem spenetrować obszar o promieniu dokładnie trzydziestu mil. Jakiż bowiem byłby pożytek z tego, gdyby jeden z Żołnierzy znalazł Seanchan, a pozostali wciąż wędrowali coraz dalej na zachód? — Mniej więcej połowa stanu liczebnego tych, z którymi tu mieliśmy do czynienia — ciągnął Nensen. — I... — Spojrzenie ciemnych oczu objęło na moment postać Nerith. Żołnierze zdołali ją już związać i teraz starali się przerzucić przez koński grzbiet. — Nie dostrzegłem żadnych oznak wskazujących na obecność kobiet, mój Lordzie Smoku.

Bashere zerknął na niebo. Ciemne chmury skrywały grubą powłoką całą przestrzeń nieboskłonu ograniczoną poszarpanymi szczytami, jednak słońce wciąż pewnie miało do zachodu daleko.

— Zanim wrócą pozostali, będzie można nakarmić ludzi — powiedział, kiwając głową z zadowoleniem. Nerith udało się zatopić zęby w nadgarstku jednego z Saldaean i teraz zwisała z jego ręki, niczym wczepiony w nią borsuk.

— A więc niech jedzą szybko — oznajmił Rand z irytacją. Czy każda sul’dam będzie tak uparcie walczyła o wolność? Najprawdopodobniej. Światłości, co się stanie, jeśli pojmą damane? — Nie chcę spędzić całej zimy w tych górach. — „Gille, damane”. Kiedy już jakieś imię znalazło się na liście, nie było sposobu usunięcia go z niej.

„Umarli nigdy nie milkną” — wyszeptał Lews Therin. — „Umarłi nigdy nie zasypiają”.

Rand pojechał w stronę ognisk. Nie bardzo miał ochotę na jedzenie.

Ze stanowiska na wypiętrzonym skalnym głazie Furyk Karede uważnie obserwował otaczające go zalesione góry — z morza zieleni ostre szczyty sterczały niczym poczerniałe kły. Jego koń, wysoki jabłkowity wałach, strzygł uszami, jakby potrafił usłyszeć dźwięki, które umknęły jego panu, poza tym jednak zwierzę nie zdradzało niepokoju. Co jakiś czas Karede musiał przerywać obserwację, aby oczyścić soczewki swego szkła powiększającego. Z szarego nieba poranka siąpiła słaba mżawka. Dwa czarne pióra na hełmie Karede’a, normalnie dumnie sterczące, teraz oklapły zupełnie, po jego grzbiecie ściekał zimny strumyczek. Niemniej mżawka całkowicie zasługiwała na swe miano, przynajmniej w porównaniu z wczorajszą ulewą, jutro zapewne przyroda znowu da im się we znaki swymi kaprysami. Albo może już po południu. Gdzieś po południowym niebie przetoczył się złowieszczo grzmot. Jednak przyczyny zatroskania Karede’a niewiele miały wspólnego z pogodą.

Pod jego stopami niedobitki sił liczących dwadzieścia trzy setki ludzi przemykały się przez wietrzne przełęcze, byli to głównie ludzie wycofani z czterech zewnętrznych posterunków. Dużo kawalerzystów, stosunkowo nieźle dowodzonych, a jednak tylko nędznych dwustu było Seanchanami, a z nich jedynie dwaj prócz niego nosili czerwień i zieleń Straży Straceńców. Większość stanowili Tarabonianie — ich znał z jak najlepszej strony — niemniej dobra jedna trzecia pochodziła z poboru w Amadicii i Altary, a ich przysięgi były zbyt świeże, by któremukolwiek bez zastrzeżeń zaufać na polu walki. Jak dotąd lojalność niektórych Altaran i Amadician przypominała raczej chorągiewkę na wietrze. Ludziom po tej stronie Oceanu Aryth zupełnie chyba brakowało wstydu. Na czele kolumny jechało kilkanaście sul’dam, on zaś żałował, że tylko dwie prowadzą swoje damane tuż obok koni.

Pięćdziesiąt kroków przed nimi dziesięciu żołnierzy wysuniętej szpicy obserwowało wznoszące się nad ich głowami zbocza, aczkolwiek nawet w połowie nie tak uważnie, jak powinno się to robić. Awangarda za bardzo polegała na puszczonych przodem oddziałach zwiadowców. Karede odnotował sobie w pamięci, że musi rozmówić się z nimi osobiście. Po tej rozmowie albo będą wywiązywali się ze swych obowiązków, albo zasilą szeregi kontyngentów roboczych.

Wysoko na wschodnim niebie pojawił się raken, przemykał nisko nad wierzchołkami drzew, skręcając i zawracając zgodnie z naturalną rzeźbą terenu niczym mężczyzna wodzący dłonią po krzywiznach kobiecych pleców. Dziwne. Morat’raken, awiatorzy, zawsze woleli lot wysoki, oczywiście pod warunkiem, że niebo nie płakało ogniem błyskawic. Karede obniżył szkło powiększające, próbując złapać ich w ogniskową soczewek.

— Może w końcu dostaniemy wreszcie jakiś raport od zwiadowców — powiedział Jadranka, zwracając się jednak do pozostałych oficerów, nie zaś do samego Karede’a. Z dziesięciu tamtych, trzech dorównywało mu tytularną rangą, jednak niewielu ludzi spoza Krwi poważało się niepokoić człowieka odzianego w pyszniący się krwistą czerwienią i omalże wpadającymi w czerń zieleniami strój Straży Straceńców. Zresztą i niewielu z Krwi by się na to odważyło.

Wedle opowieści, których słuchał jeszcze jako dziecko, jeden z jego przodków, szlachcic, na rozkaz Artura Hawkwinga popłynął za Luthairem Paendragiem do Seanchan, natomiast dwieście lat później, w czasach, gdy dopiero północ całkiem nieźle została podporządkowana władzy zdobywców, inny z jego przodków próbował zbudować własne królestwo, ale nie powiodło mu się i skończył na targu niewolników. Być może właśnie o to chodziło — wielu z da’covale szczyciło się szlachetnie urodzonymi przodkami. Przynajmniej we własnym towarzystwie, w oczach prawdziwych członków Krwi takie gadanie z pewnością nie wyglądałoby zabawnie. W każdym razie Karede mógł mówić o szczęściu, od kiedy Wybierający jego właśnie naznaczyli — silnie zbudowanego chłopca, ale zbyt młodego wówczas jeszcze, by zlecić mu jakiekolwiek obowiązki — i do dzisiaj czuł przypływ dumy, gdy myślał o krukach wytatuowanych na ramionach. Kiedy tylko mieli możliwość, liczni żołnierze Straży Straceńców paradowali bez kaftanów, czy nawet koszul, aby inni mogli im się do woli przyglądać. Przynajmniej ta pycha była udziałem ludzi. Ogrodnicy Ogirów nie byli ani naznaczani, ani nie stanowili niczyjej własności, jednak było to wyłącznie sprawą szczególnych więzi istniejących między nimi a Imperatorową.

Karede był da’covale i myśl o tym przepełniała go dumą, podobnie jak każdego innego człowieka ze Straży, człowieka, który ciałem i duszą należał do Kryształowego Tronu. Szedł do boju tam, gdzie kazała mu Imperatorowa, i umrze tego dnia, gdy ona powie: „zgiń”. Straż odpowiadała wyłącznie osobiście przed Imperatorową, a wszędzie, gdzie się pojawiali, stanowili przedłużenie jej własnej dłoni, jej widzialne wcielenie. Nic dziwnego, że niektórzy członkowie Krwi mogli czuć niepokój na widok mijającego ich oddziału żołnierzy Straży. Znacznie lepsze życie niźli sprzątanie stajni jakiegoś lorda albo podawanie kaf damie. Przeklinał jednak los, który zesłał go w te góry z misją dokonania inspekcji wysuniętych posterunków.

1 ... 139 140 141 142 143 144 145 146 147 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)