Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 143 144 145 146 147 148 149 150 151 ... 197
Перейти на страницу:

Nie dalej jak pięćdziesiąt kroków od miejsca, gdzie leżał, kolumna krzyczących Tairenian i Cairhienian wbiła się w szeregi Seanchan.

— Walczcie, psy! — krzyczała Anaiyella, zeskakując z siodła obok niego. — Walczyć! — Smukła dama, cała w jedwabiach i koronkach, wypluła z siebie stek przekleństw, od których woźnicy język stanąłby kołkiem.

Teraz stała obok miejsca, gdzie leżał Rand, przenosząc spojrzenie to na kłąb walczących mężczyzn i migotliwej stali, to na niego. Wreszcie Ailil przewróciła go na plecy. Naraz uklękła obok, popatrzyła na niego nieodgadnionym spojrzeniem wielkich ciemnych oczu. Nie potrafił nawet drgnąć. Nie był pewien, czy jest w stanie choćby poruszyć powieką. Krzyki i szczęk stali dźwięczały mu w uszach.

— Jeśli on umrze na naszych rękach, Bashere obie nas powiesi! — Na twarzy Anaiyelli nie było już śladu tego sztucznego uśmiechu. — Chyba że te potwory w czarnych kaftanach położą na nas swe łapy!... — Zadrżała i nachyliła się bliżej Ailil, wymachując nożem, którego wcześniej nie dostrzegł w jej dłoni. Do rękojeści przywarła szkarłatna kropelka krwi. — Twój Kapitan Lansjerów może zdoła zebrać dość ludzi, byśmy się wydostały. Będziemy całe mile stąd, kiedy go znajdą, a z powrotem w naszych majątkach, gdy...

— Moim zdaniem on nas słyszy — przerwała jej spokojnie Ailil. Odzianymi w czerwone rękawiczki dłońmi sięgnęła do talii. Chowając nóż? Czy też wyciągając go z pochwy? — Jeśli on tutaj umrze... — Urwała ostro, podobnie jak wcześniej tamta, i gwałtownie zadarła głowę.

Po obu stronach Randa rozległ się tętent koni. Galopowały na północ, w kierunku Seanchan. Bashere z mieczem w dłoni ledwie zdołał opanować swego rumaka, omal nie spadając z siodła. Gregorin Panar zsiadł znacznie wolniej, ale nie przestawał wymachiwać mieczem, popędzając przemykających mimo żołnierzy.

— Na nich, za króla i Illian! — krzyczał. — Na nich! Pan Poranka! Pan Poranka! — Donośniej rozbrzmiał szczęk stali. Krzyki też się wzmogły.

— Że też na koniec musiało się coś takiego wydarzyć — warknął Bashere, obdarzając dwie kobiety podejrzliwym spojrzeniem. Nie marnował jednak ani chwili, tylko uniósł głos i przekrzykując zgiełk bitwy, zawołał: — Morr! Żeby sczezła twa asha’mańska skóra! Dawaj, tutaj! — Dzięki Światłości nie krzyknął, że Lord Smok padł.

Rand z wysiłkiem uniósł głowę, może o dłoń ponad ziemię. Wystarczająco wszakże, by zobaczyć Illian i Saldaean mknących na północ. Seanchanie musieli zostać odparci.

— Morr! — To imię z wyciem wydostało się spod sumiastych wąsów Bashere, ale w tym momencie Morr we własnej osobie zeskoczył z galopującego konia, omal nie zwalając z nóg Anaiyelli. Zaraz potem ukląkł obok Randa, odgarniając mu włosy z twarzy, ona zaś popatrzyła nań z niesmakiem, jakby w takiej sytuacji oczekiwała przeprosin. Jednak kiedy tylko zdała sobie sprawę, że będzie przenosił, szybko odsunęła się, a właściwie odskoczyła na bok. Ailil poruszała się ze znacznie większym wdziękiem, jednak ustąpiła miejsca z równą skwapliwością. I wsunęła do pochwy przy pasie krótki nóż o srebrnej rękojeści.

Uzdrawianie było stosunkowo prostym, nawet jeśli nie do końca przyjemnym zabiegiem. Morr odłamał upierzenie strzały, a resztę drzewc wyciągnął szybkim szarpnięciem, które sprawiło, że Rand cicho jęknął, a to był dopiero początek. Ziemia i przywarłe do ciała drzazgi same odpadną, kiedy rana zacznie się zabliźniać, jednak dosłownie tylko paru, wśród nich Flinn, potrafiło usuwać Mocą ciała obce głęboko wbite pod skórę. Morr wsparł dwa palce na klatce piersiowej Randa, przygryzł lekko język zębami i zabrał się za tkanie splotu Uzdrawiania. Zawsze tak to robił, inaczej nie potrafił się skoncentrować. I nie były to żadne skomplikowane sploty, jakich używał na przykład Flinn. Niewielu potrafiło takie tkać, a nikt równie zręcznie jak tamten. To Uzdrawianie było znacznie prostsze. Bardziej brutalne. Rand poczuł przepływające przezeń fale żaru, wystarczająco dokuczliwe, by dobyć nieartykułowane chrząknięcie z jego gardła i pot ze wszystkich porów skóry. Od stóp do głów przeszył go dreszcz. Pomyślał, że tak się musi czuć pieczeń nabita na rożen.

Nagła fala wewnętrznego żaru powoli opadała, Rand zaś leżał na ziemi, ciężko łapiąc oddech. W jego głowie Lews Therin również dyszał: „Zabij go! Zabij go!” I tak wciąż.

Głosem ściszonym do niewyraźnego szeptu Rand podziękował Morrowi — tamten zamrugał, jakby go ten gest zaskoczył! — potem podniósł z ziemi Berło Smoka i zmusił się, by powstać. Wyprostował się jakoś, zachwiał lekko. Bashere już pośpieszył, podając ramię, wycofał się jednak, oddalony gestem Randa. Potrafił przecież stanąć bez niczyjej pomocy. Ledwie. Jeśli zaś chodzi o Przenoszenie, to z równą łatwością mógłby chyba wzbić się w powietrze, wymachując ramionami. Kiedy dotknął dłonią boku, poczuł koszulę śliską od krwi, jednak stara okrągła blizna i nowsze cięcie przez nią zdawały się jak zazwyczaj tylko wrażliwe na dotyk. Częściowo tylko zaleczone, ale od czasu, gdy się zabliźniły, nie wyglądały lepiej.

Przez chwilę mierzył wzrokiem obie kobiety. Anaiyella wymamrotała jakieś mętne gratulacje z powodu powrotu do zdrowia i uśmiechnęła się w taki sposób, który kazał mu się zastanawiać, czy zaraz nie poliże go po ręce. Ailil stała sztywno wyprostowana, chłodna i opanowana, jakby nic się nie zdarzyło. Naprawdę miały zamiar zostawić go, by umarł? Albo wręcz zabić? Jeśli jednak, to dlaczego posłały swoich zbrojnych do szarży, a same pospieszyły sprawdzić, czy nic mu się nie stało? Z drugiej wszakże strony Ailil jednak wyciągnęła nóż, kiedy zaczęła się ta rozmowa o jego śmierci.

Większość Saldaean i Illian galopowała na północ albo zjeżdżała ze stoku wzgórza, ścigając niedobitki Seanchan. I wtedy od północy nadjechał Weiramon, dosiadający wysokiego, lśniącego karosza, którego prowadził swobodnym kłusem; na widok Randa przeszedł w galop. Jego zbrojni jechali podwójną kolumną za nim.

— Mój Lordzie Smoku — zaczął Wysoki Lord, nim jeszcze na dobre zsiadł z konia. Wciąż sprawiał wrażenie równie czystego, jak u siebie w domu, w Illian. Ubiór Bashere był pognieciony i gdzieniegdzie zabrudzony, natomiast zdobną szatę Gregorina w całości uwalało błoto, a ponadto na jednym boku ziało szerokie rozdarcie. Weiramon wykonał ukłon, którego nie powstydzono by się na królewskim dworze. — Wybacz mi, mój Lordzie Smoku. Zdało mi się, że widzę atak Seanchan idący od frontu grzbietu, więc pojechałem go odeprzeć. Nawet nie podejrzewałem istnienia tego drugiego oddziału. Doskonale wiesz, ile sprawiłoby mi bólu, gdybyś został zraniony.

— Sądzę, że wiem — oznajmił sucho Rand, a Weiramon zamrugał. Atak Seanchan? Być może. Weiramon zawsze polował na okazję zdobycia chwały w szarży. — Bashere, co miałeś na myśli, mówiąc „na koniec”?

— Wycofują się — odparł Bashere. W dolinie pod ich stopami rozbłysły ogień i błyskawice, jakby chcąc zadać kłam jego słowom, jednak stało się to u jej przeciwległego krańca.

— Twoi... zwiadowcy powiadają, że tamci co do jednego się wycofują — powiedział Gregorin, gładząc brodę i mierząc Morra pełnym niepokoju spojrzeniem spode łba. Morr wyszczerzył doń cały garnitur swych zębów. Rand widział wcześniej Illianina w samym ogniu walki, jak prowadził do ataku swoich ludzi, krzykiem dodawał im odwagi i w dzikim zapamiętaniu ciął mieczem, jednak teraz ten aż zadrżał pod spojrzeniem Morra.

Wtedy podszedł do nich Gedwyn, prowadząc beztrosko i bezczelnie jego konia. Prawie wyszczerzył zęby na widok Bashere’a i Gregorina, zmarszczył brwi, kiedy jego spojrzenie padło na Weiramona, jakby z góry wiedział, iż tamten kłamie, w Ailil i Annaiyellę wbił zaś wzrok, którym mógł je chyba przygwoździć do ziemi. Obie kobiety pośpiesznie cofnęły się pod tym spojrzeniem, ale podobna była reakcja mężczyzn, wyjąwszy Bashere’a. Nawet Morr wyraźnie zrobił się nieswój. Salut Gedwyna przed Randem był konwencjonalnym klepnięciem się w pierś.

1 ... 143 144 145 146 147 148 149 150 151 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)