Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Wysłałem zwiadowców w chwili, gdy zobaczyłem, że z tą bandą koniec. W promieniu dziesięciu mil naliczyli jeszcze trzy kolumny.
— Wszystkie kierują się na zachód — wtrącił cicho Bashere, ale spojrzał na Gedwyna spojrzeniem tak ostrym, że można by nim kroić kamień. — Zwyciężyłeś — poinformował Randa. — Naprawdę wszyscy się wycofują. Wątpię, by się zatrzymali, nim dotrą do Ebou Dar. Kampanie nie zawsze kończą się triumfalnym wjazdem do miasta, a ta właśnie się skończyła.
Rzecz zaskakująca — a może zresztą wcale nie — ale Weiramon zaczął nalegać na pościg za tamtymi, aby „zająć Ebou Dar na chwałę Pana Poranka”, jak to ujął; jednak z pewnością Rand przeżył prawdziwy wstrząs, gdy usłyszał, jak Gedwyn mówi, że nie miałby nic przeciwko temu, by trochę jeszcze przetrzepać skórę tym Seanchanom, oraz że nigdy w życiu nie widział Ebou Dar. Nawet Ailil i Anaiyella dołączyły swe głosy do chóru domagającego się „skończenia raz na zawsze z tymi Seanchanami”, aczkolwiek ta pierwsza dodała szybko, że w równym stopniu podobałby się jej kres Seanchan, co chciałaby uniknąć konieczności powrotu. Pewna była, że Lord Smok będzie nalegał na jej towarzystwo przy tym dziele. Wszystko to tonem tak chłodnym i suchym, jak noc na Pustkowiu Aiel.
Tylko Bashere i Gregorin wypowiedzieli się za zaprzestaniem pościgu i, ponieważ Rand nic nie mówił, dowodzili słuszności swego przekonania głosami coraz bardziej uniesionymi. Rand dalej milczał. Milczał, zapatrzony na zachód. W stronę Ebou Dar.
— Wykonaliśmy zadanie, jakie przed sobą postawialiśmy, przybywając tutaj — upierał się Gregorin. — Na litość Światłości, czy naprawdę chcecie zająć samo Ebou Dar?
Wziąć Ebou Dar, pomyślał Rand. Dlaczego nie? Nikt nie będzie się tego spodziewał. Całkowite zaskoczenie, tak dla Seanchan, jak dla wszystkich pozostałych.
— Bywają chwilę, gdy korzystasz ze zdobytej przewagi i dalej rozwijasz atak — warknął Bashere. — Ale innym razem chowasz do kieszeni wygraną i wracasz do domu. I mówię wam, czas wracać do domu.
„Nie przeszkadzałaby mi twoja obecność w mojej głowie — powiedział Lews Therin, głosem nieomal zupełnie rozsądnym — gdybyś nie był ze szczętem szalony”.
Ebou Dar. Rand zacisnął dłoń na Berle Smoka, Lews Therin zaś zaniósł się bełkotliwym śmiechem wariata.
24
Czas żelaza
Kilkanaście mil na wschód od Ebou Dar z naznaczonego światłem jutrzenki oraz pojedynczymi chmurami nieba ześlizgnął się raken, który wylądował na długim pastwisku okolonym barwnymi proporcami na wysokich tyczkach. Zbrązowiałe trawy lądowiska awiatorów wiele dni temu zostały już całkowicie zadeptane, pozostało tylko płaskie pole. Cała gracja, z jaką latające istoty poruszały się w powietrzu, znikała, gdy tylko ich pazury dotknęły ziemi w kołyszącym się biegu, którym wykonywały trzydzieści albo i więcej kroków, wciąż rozpościerając skórzaste skrzydła, jakby w daremnym wysiłku uniesienia się z powrotem w górę. Niewiele też piękna pozostawało w rakenie, który niezgrabnie biegł po polu startowym, uderzając żebrowanymi skrzydłami, podczas gdy przykucnięci w siodle awiatorzy próbowali niemal samą siłą woli poderwać stwora, póki bieg nie kończył się wreszcie wzbiciem w powietrze, a końce skrzydeł nieledwie muskały szczyty oliwnych drzewek na skraju pola. Raken musiał nabrać wysokości, zawrócić w stronę tarczy słońca i poszybować do chmur, by odzyskać swój majestat. Awiatorzy, którzy właśnie wylądowali, nawet nie raczyli zsiąść z siodła. Podczas gdy obsługa naziemna podsuwała rakenowi pod pysk kubeł pomarszczonych owoców, które ten połykał garściami, jeden z awiatorów przekazywał raport ze zwiadu starszemu członkowi załogi naziemnej, inny zaś przechylał się z drugiej strony, aby wysłuchać nowych rozkazów, przekazywanych przez awiatora zbyt wiekowego, by często brać wodze w dłonie. Prawie natychmiast po wylądowaniu stwora znowu zawracano i gnano do miejsca, gdzie czekały cztery albo pięć innych, by podjąć długi, męczący bieg ku niebu.
Posłańcy uwijający się co sił w nogach między ćwiczącymi jednostkami kawalerii i piechoty przenosili raporty zwiadowców do wielkiego, zwieńczonego czerwonym proporcem, namiotu dowództwa. Na polu manewrowym znajdowali się aroganccy tarabońscy lansjerzy i powolni amadiciańscy pikinierzy, uformowani w regularne czworoboki, a na ich napierśnikach lśniły horyzontalne pasy w barwach regimentów, do których ich wcielono. Altarańska lekka konnica stała w swobodnym szyku, konie tańczyły pod jeźdźcami pyszniącymi się czerwonymi pasami przecinającymi piersi, całkowicie innymi od oznaczeń noszonych przez pozostałych. Altaranie nie zdawali sobie sprawy, że widziano w nich nieregularne formacje, na których nie bardzo można polegać. W skład seanchańskiej armii wchodziły słynne, mogące pochwalić się pełną zaszczytów służbą zastępy, które pochodziły z wszystkich zakątków Imperium: jasnoocy żołnierze z Alqam, mieszkańcy N’Kon o włosach barwy ciemnego miodu, czarni niczym węgiel wojownicy z Khoweal i Dalenshar. Byli też morat’torm na swych złowieszczych, pokrytych brązową łuską wierzchowcach, na których widok konie rżały i tańczyły w przerażeniu, a nawet kilku morat’grolm na swych przysadzistych podopiecznych o spiczastych pyskach, brakowało wszak jednej formacji, która zawsze towarzyszyła seanchańskiej armii i brak ten jakże był uderzający. Sul’dam i ich damane wciąż pozostawały w namiotach. Generał-Kapitan Kennar Miraj ostatnimi czasy wiele swoich myśli poświęcał sul’dam i damane.
Ze swego krzesła na podwyższeniu widział dokładnie stół z mapami, przy którym podporucznicy bez hełmów na głowach sprawdzali raporty zwiadowców i przesuwali znaczniki reprezentujące oddziały znajdujące się w polu. Każdy marker miał postać maleńkiej papierowej chorągiewki, na której podstawie wypisane były atramentem siła i skład danej jednostki. Znalezienie na tych ziemiach przyzwoitej mapy graniczyło z cudem, jednak ta, którą przekopiowano na planszet, była w zasadzie wystarczająca. Za to rysującą się na niej sytuację należało uznać co najmniej za niepokojącą. Z położenia ciemnych kółek oznaczających wysunięte posterunki łatwo było wywnioskować, że ich siły są atakowane lub poszły w rozsypkę. Zbyt wiele ich skupiło się na terytorium wschodniej części łańcucha Venir. Tam też równie gęsto tłoczyły się czerwone trójkąty oznaczające ruchome punkty dowodzenia, wskazując wysuniętymi wierzchołkami na Ebou Dar. Wśród czarnych krążków oczy kłuła śnieżna biel siedemnastu markerów. Kiedy przyglądał się planszetowi, młody oficer w czerniach, i brązach morat’torm pieczołowicie umieścił na nim osiemnasty. Siły wroga. Kilka krążków mogło oznaczać ten sam oddział zaobserwowany dwukrotnie, jednak większość znajdowała się w zbyt wielkiej odległości od siebie, a odstęp między kolejnymi raportami był zbyt krótki, by złożyć wszystko na karb pomyłki zwiadowców.
Pod ścianami namiotu siedzieli pisarze w prostych brunatnych kaftanach, różniących się tylko insygniami rang na szerokich kołnierzach, i czekali z piórami w dłoniach na rozkazy Miraja, które mieli natychmiast kopiować i przekazywać do rozesłania. Zdążył już wydać wszystkie ważne polecenia. W górach musiało być co najmniej dziewięćdziesiąt tysięcy żołnierzy wroga, czyli niemal dwa razy tyle, ilu on był w stanie zgromadzić tutaj, uwzględniając nawet wojska zaciężne lokalnych mieszkańców. Zbyt wielu, by dać wiarę tym liczbom, wyjąwszy fakt, że zwiadowcy nie kłamali — kłamcom ich właśni towarzysze podcinali gardła. Zbyt wielu, a na dodatek pojawiali się jakby spod ziemi, niczym robaki-podkopniki z Sen T’jore. Optymizmem napawał tylko fakt, że tamtym pozostało do pokonania przynajmniej sto mil przez góry, jeśli zdecydują się zaatakować Ebou Dar. A prawie dwieście, jeśli wziąć pod uwagę białe dyski najdalej wysunięte na wschód. Zresztą, nawet jeśli pokonają góry, to jeszcze im zostanie sto mil pofałdowanego terenu. Z pewnością generał wroga nie miał zamiaru dopuścić, by jego rozproszone siły musiały stawać do samodzielnej walki, niemniej jednak zgromadzenie ich wszystkich razem zabierze kolejne dni. A zatem przynajmniej czas działał na jego korzyść.