Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Rand nie walczył, bo przecież nie sposób określić walką bezczynne trwanie w siodle na miejscu, gdzie każdy mógł go zobaczyć. Obawiał się pochwycić Jedyne Źródło. Bał się zdradzić ze słabością na oczach wszystkich. Nie wolno mu było okazać nawet najmniejszej słabości. Na samą myśl o tym Lews Therin bełkotał z przerażeniem.
Równie zaskakujący jak widok kaftana Weiramona, ani trochę nie skażonego bitewną fatygą, był fakt, że z oblicza towarzyszącej mu Anaiyelli choć raz zniknął przylepiony doń uśmiech. Rysy jej twarzy były ściągnięte, wyrażały dezaprobatę. Ale dziwna rzecz, nie psuło to jej urody w tym samym stopniu, co jej przymilne grymasy. Ona sama oczywiście nie wzięła udziału w szarży, podobnie jak Ailil, jednak pozwoliła na to swemu Mistrzowi Koni, a teraz tamten ponad wszelką wątpliwość nie żył, przebity tarabońską lancą. Z pewnością nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy. Dlaczego jednak wybrała towarzystwo Weiramona? Tylko dlatego, że był jej krajanem, Tairenianinem? Może. Ostatni raz Rand widział ją razem z Sunamonem.
Gniadosz Bashere dźwigał swego jeźdźca w górę zbocza, wymijając ciała poległych z równą obojętnością, z jaką okrążał rozłupane pnie drzew albo wypalone pniaki. Hełm wojownika zwisał przytroczony do siodła, rękawice wetknął za pas od miecza. Podobnie jak jego wierzchowiec, prawy bok miał całkiem unurzany w błocie.
— Aracome umarł — oznajmił. — Flinn próbował go Uzdrowić, ale osobiście przypuszczam, że i tak nie chciałby dalej żyć w takim stanie. Jak dotąd naliczyliśmy pięćdziesięciu poległych, a spośród ciężej rannych wielu również może wyzionąć ducha. — Twarz Anaiyelli pobladła. Rand widział ją w pobliżu miejsca, gdzie leżał Aracome, zupełnie zbitą z tropu. Martwe pospólstwo nie wywoływało u niej takiej reakcji.
Rand poczuł przelotne ukłucie litości. Nie nad nią i również nie bardzo nad Aracomem. Chodziło mu o Min, choć ta wszak przebywała bezpieczna w Cairhien. Min przepowiedziała śmierć Aracome, którą dostrzegła w jednej ze swych wizji, podobnie zresztą jak śmierć Gueyama i Maraconna. Rand na wszystkie jej widzenia reagował żywym pragnieniem, by cokolwiek, co jej się objawiło, miało jak najmniej wspólnego z rzeczywistością.
Większość Żołnierzy ponownie udała się na zwiady, ale w oddali na rozległej łące brama upleciona przez Oddanego Gedwyna wciąż wypluwała z siebie kolejne tabory i remonty. Towarzyszący im ludzie wytrzeszczali oczy ze zdumienia, gdy tylko pierwotne oszołomienie ustępowało miejsca ciekawości. Tamtejszy podmokły grunt nie był do tego stopnia zryty co powierzchnia zbocza, jednak zbrązowiałą trawę przecinały na wszystkie strony potężne bruzdy, szerokie na dwa kroki i długie na pięćdziesiąt, ziały też w niej dziury, których koń nie byłby w stanie przeskoczyć. Jak dotąd nie znaleźli ciała żadnej damane. Rand przypuszczał, że zapewne mieli do czynienia tylko z jedną, w tych okolicznościach większa ich liczba z pewnością spowodowałaby znacznie poważniejsze zniszczenia.
Mężczyźni krzątali się przy licznych, aczkolwiek skromnych ogniskach, nad którymi bulgotała woda na herbatę, ale rzecz jasna nie tylko. Choć raz Tairenianie, Cairhienianie i Illianie swobodnie mieszali się ze sobą. I nie tylko zwykli ludzie. Semaradrid częstował piersiówką Gueyama, który pocierał dłonią łyse czoło. Maraconn i Kiril Drapaneos, mężczyzna chudy jak szkielet, na którego pociągłej twarzy dziwnie wyglądała przystrzyżona w kwadrat broda, kucali razem obok jednego z ognisk. Sądząc z ruchów, grali w karty! Torean zgromadził wokół siebie cały krąg roześmianych cairhieniańskich lordziątek, aczkolwiek z pewnością ich wesołość w mniejszym stopniu powodowały jego żarty niźli sposób, w jaki pocierał kartoflowaty nos i zabawne, kołyszące się ruchy sylwetki. Legioniści trzymali się na uboczu, jednak dopuszczali do swego obozowiska „ochotników”, którzy poszli za Padrosem pod Sztandar Światłości. Ci z kolei, od czasu gdy dowiedzieli się, jak zginął Padros, wyraźnie rwali się do boju. Legioniści w niebieskich kaftanach tłumaczyli im, jak należy skręcać w szyku, żeby nie rozerwać formacji i nie pójść w rozsypkę niczym stado spłoszonych gęsi.
Flinn zajmował się rannymi, pozostającymi pod opieką Adleya, Morra i Hopwila. Narishma nie potrafił wyleczyć niczego oprócz drobnych skaleczeń, pod tym względem nie był wcale lepszy od Randa; Dashiva nie umiał nawet tyle. Gedwyn i Rochaid pozostawali na uboczu i trzymając konie za uzdy na szczycie wzgórza pośrodku doliny, o czymś rozprawiali. Na tym właśnie wzgórzu, na którym spodziewali się złapać Seanchan w pułapkę, wypadając z usytuowanych wokół bram. Pięćdziesięciu prawie poległo, a wielu jeszcze wyzionie ducha, jednak bez Flinna i tych wszystkich, którzy w mniejszym lub większym stopniu dysponowali Talentem Uzdrawiania, liczba ofiar pewnie przekroczyłaby dwie setki. Gedwyn i Rochaid nie mieli ochoty brudzić sobie rąk i demonstracyjnie krzywili się, kiedy Rand zagnał ich do pomagania tamtym. Wśród poległych był jeden Żołnierz, inny zaś — Cairhienianin o okrągłej twarzy — siedział zgarbiony przy ognisku z tym oszołomionym spojrzeniem, które Rand nauczył się już rozpoznawać jako skutek szoku spowodowanego wyrzuceniem w powietrze przez ziemię eksplodującą pod stopami.
W dole, na pooranej równinie Ailil naradzała się z swoim kapitanem lansjerów, bladym, niskim mężczyzną o imieniu Denharad: Ich konie nieomal stykały się bokami, od czasu do czasu rzucali spojrzenia na wzgórze, gdzie znajdował się Rand. Cóż oni knuli?
— Następnym razem pójdzie nam lepiej — mruknął Bashere. Potoczył spojrzeniem po dolinie, potem pokręcił głową. — Najgorszym błędem jest dwukrotnie popełnić ten sam błąd, ale nam się to nie zdarzy.
Weiramon podchwycił jego słowa, a następnie powtórzył je po swojemu, używając przynajmniej dwudziestokrotnie więcej słów, mową równie kwiecistą niczym ogród na wiosnę. Pominął też całkowicie kwestię jakichkolwiek popełnionych błędów, przynajmniej jeśli szło o niego. Wzmianki o ewentualnych błędach Randa unikał równie skwapliwie.
Rand przytakiwał mu, zaciskając usta. Następnym razem poradzą sobie lepiej. Nie mieli zresztą innego wyjścia, chyba że chcieli zostawić w tych górach połowę swoich ludzi. W chwili obecnej jednak przede wszystkim kłopotało go, co począć z jeńcami.
Większość tych, którzy uniknęli śmierci na stoku wzgórza, wycofała się, korzystając z osłony wciąż jeszcze stojących drzew. Odwrót nastąpił w zdumiewającym porządku, twierdził Bashere, biorąc pod uwagę, że trzon ich sił został rozbity, reszta zaś żadną miarą nie mogła stanowić poważniejszego zagrożenia. Oczywiście pod warunkiem, że nie mieli z sobą damane. Mniej więcej stu żołnierzy siedziało teraz na ziemi, bez broni i zbroi, pod czujnym okiem ponad dwudziestu Towarzyszy oraz Obrońców. Po większej części byli to Tarabonianie, którzy jednak w boju bynajmniej nie zachowywali się tak, jak ludzie zmuszani przez okupanta do walki o cudzą sprawę. Teraz wielu śmiało unosiło głowy, drwiąc sobie ze swych strażników. Gedwyn chciał ich pozabijać, uprzednio poddawszy śledztwu. Weiramona nie obchodziło, czy tamci skończą z poderżniętymi gardłami, jednak tortury uważał za stratę czasu. W jego opinii nikt z nich nie mógł wiedzieć nic ważnego, źródłem tego przekonania był zapewne brak wśród jeńców szlachetnie urodzonych.