Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
Jedno z jajek Mata upadło na podłogę i rozbiło się. Mat nawet nie spojrzał. Patrzył na Randa, obrócił się natomiast Ingtar. Loial udawał, że wciąż czyta, jednakże na jego twarzy malowało się napięcie, a uszy uniosły się, podobne do włochatych stożków.
Perrin zorientował się, że i on się tak gapi.
— Pewnie że nie przyfrunął — powiedział. — Nie widzę skrzydeł. Może ma nam do opowiedzenia znacznie ważniejsze rzeczy.
Verin przeniosła uwagę na niego, ale zaledwie na moment. Udało mu się wytrzymać jej wzrok, lecz pierwszy spojrzał w inną stronę.
„Aes Sedai. Światłości, dlaczego byliśmy tacy głupi, że przyłączyliśmy się do Aes Sedai?”
Rand spojrzał na niego z wdzięcznością, na co Perrin uśmiechnął się doń szeroko. Nie był to dawny Rand — wydawało się, że wrósł w ten paradny kaftan, pasował teraz na niego jak ulał — wciąż jednak był to ten sam chłopak, razem z którym Perrin dorastał.
„Zabójca Cienia. Człowiek, który w wilkach budzi grozę. Człowiek, który potrafi przenosić Moc”.
— Proszę bardzo — odparł Rand i prostymi słowami opowiedział swoją historię.
Perrin mimo woli rozdziawił usta. Kamienie Portalu. Inne światy, w których teren zdawał się przemieszczać. Hurin, idący za tropem do miejsca, gdzie Sprzymierzeńcy Ciemności dopiero mieli się znaleźć. I piękna kobieta w strapieniu, jakby żywcem wzięta z opowieści barda.
Mat cicho zagwizdał, wyrażając powątpiewanie.
— I to ona was sprowadziła z powrotem? Przez jeden z tych... Kamieni?
Rand wahał się przez sekundę.
— To musiała być ona — powiedział. — Rozumiecie teraz, w jaki sposób was wyprzedziliśmy. Gdy pojawił się Fain, razem z Loialem udało nam się wykraść mu nocą Róg Valere i z miejsca ruszyliśmy w drogę do Cairhien, ponieważ uznałem, że możemy się stamtąd nie wydostać, kiedy już się obudzą, a poza tym wiedziałem, że Ingtar będzie się kierował ich śladem na południe i ostatecznie dotrze do Cairhien.
„Zabójca Cienia”.
Rand spojrzał na niego, mrużąc oczy, i Perrin zorientował się, że wymówił to na głos. Najwyraźniej jednak nie tak głośno, by jeszcze ktoś dosłyszał. Nikt inny na niego nie spojrzał. Poczuł w sobie chęć opowiedzenia Randowi o wilkach.
„Wiem o tobie. Sama sprawiedliwość wymaga, byś ty także poznał moją tajemnicę”.
Jednak była z nimi Verin. Nie mógł o tym mówić w jej obecności.
— Interesujące — stwierdziła Aes Sedai z wyrazem zamyślenia na twarzy. — Bardzo chętnie bym poznała tę dziewczynę. Jeśli ona potrafi korzystać z tych... Kamieni. Nawet jej imię nie należy do często spotykanych. — Otrząsnęła się. — Cóż, innym razem. Nie powinno być trudno odnaleźć tak wysoką dziewczynę w cairhieńskich domach. Ach, oto i nasz posiłek.
Perrin wyczuł woń jagnięciny, jeszcze zanim pani Tiedra wprowadziła do izby orszak niosący tace z jedzeniem. Poczuł w ustach wilgoć, ale to na widok i zapach mięsa, nie zaś groszku, rzepy, marchwi i kapusty, które pojawiły się razem z nim, czy też gorących, chrupiących bułek. Nadal uważał, że jarzyny są smaczne, jednak ostatnimi czasy zdarzało mu się marzyć o czerwonym mięsie. Zazwyczaj nawet nie ugotowanym. Niepokojące było przyłapać się na myśli, że te płaty jagnięcego mięsa, pięknej, różowej barwy, które kroiła karczmarka, są zbyt wypieczone. Śmiało nałożył sobie po trochu wszystkiego. A jagnięciny podwójną porcję.
Posiłek przebiegał w spokoju, każdy skupił się na własnych rozmyślaniach. Perrin cierpiał katusze, gdy patrzył na jedzącego Mata. Przyjaciel cieszył się równie potężnym apetytem jak zawsze, tylko na twarzy wykwitł mu gorączkowy rumieniec, a jedzenie wsuwał do ust w taki sposób, jakby to miał być jego ostatni posiłek przed śmiercią. Perrin starał się w miarę możliwości nie odrywać oczu od talerza i żałował, że w ogóle wyjechali z Pola Emonda.
Po tym, jak posługaczki sprzątnęły ze stołów i chwilę później zniknęły z izby, Verin uparła się, by pozostali razem, póki nie wróci Hurin.
— Może przyniesie takie wieści, które będą się wiązały z koniecznością natychmiastowego wyruszenia w drogę.
Mat zabrał się od nowa za żonglowanie, a Loial za lekturę. Rand spytał karczmarkę, czy ma jakieś inne książki, a ona przyniosła mu Podróże Jaina Długi Krok. Perrin też lubił tę książkę, lubił opowieść o przygodach wśród Ludu Morza i podróżach do krain położonych za Pustkowiem Aiel, z których przywożono jedwab. Nie przepadał jednak za czytaniem, więc rozstawił planszę na stole i zasiadł z Ingtarem do gry w kamienie. Shienaranin grał ofensywnie i brawurowo. Perrin zwykł zawsze grać wytrwale, niechętnie ustępując pola, teraz jakoś tak się jednak stało, że zaczął przestawiać kamyki z taką samą śmiałością jak Ingtar. Wczesnym wieczorem, gdy wrócił węszyciel, Shienaranin patrzył na niego z nowo nabytym szacunkiem.
Uśmiech na twarzy Hurina wyrażał zarówno triumf, jak i zaambarasowanie.
— Znalazłem ich, lordzie Ingtar. Lordzie Rand. Wyśledziłem, gdzie jest ich jaskinia.
— Jaskinia? — spytał przenikliwie Ingtar. — Chcesz powiedzieć, że ukryli się tu gdzieś w pobliżu?
— Tak jest, lordzie Ingtar. Dotarłem po tropie prosto do tych, co zabrali Róg, i wszędzie wokół tego miejsca unosi się smród trolloków, tyle że zakamuflowany, jakby oni bali się, że ich wykryją nawet w tym miejscu. I nie dziwota. — Węszyciel zrobił głęboki wdech. — To wielki dwór, który lord Barthanes dopiero co sobie wybudował.
— Lord Barthanes! — zakrzyknął Ingtar. — Więc on... on jest... on jest...
— Sprzymierzeńców Ciemności napotkasz zarówno wśród wysoko, jak i nisko urodzonych — wyjaśniła mu spokojnie Verin. — Potężni ofiarowują swe dusze Cieniowi równie często jak słabi.
Ingtar odpowiedział jej chmurnym spojrzeniem, jakby nawet nie chciał o tym myśleć.
— Tam są strażnicy — ciągnął Hurin. — W dwudziestu nie wejdziemy do środka, ani też stamtąd nie wyjdziemy. Stu by sobie poradziło, ale dwustu też by nie było za mało. Tak uważam, mój panie.
— Co z królem? — zainteresował się Mat. — Skoro Barthanes jest Sprzymierzeńcem Ciemności, to król powinien nam pomóc.
— Jestem absolutnie przekonana — odparła sucho Verin — że Galldrian Riatin ruszyłby na Barthanesa Damodreda na samą tylko pogłoskę, że Barthanes jest Sprzymierzeńcem Ciemności i jeszcze by się cieszył, że ma wymówkę. Jestem też absolutnie pewna, że Galldrian nigdy by nie wypuścił Rogu Valere z rąk, gdyby tylko mu w nie wpadł. Wyciągałby go z ukrycia na dni świąteczne, by pokazywać ludziom i opowiadać, jakie to wielkie i potężne jest Cairhien, ale poza tym nikt nigdy by go już nie oglądał.
Perrin zamrugał zaszokowany.
— Przecież Róg Valere ma się znajdować tam, gdzie zostanie stoczona Ostatnia Bitwa. Nie mógłby go zatrzymać ot tak sobie.
— Niewiele wiem o Cairhienach — odpowiedział mu Ingtar — ale sporo słyszałem o Galldrianie. On nas ugości i będzie dziękował za splendor, jaki przynosimy Cairhien. Wypcha nam kieszenie złotem i obsypie nas zaszczytami. A gdybyśmy próbowali odjechać z Rogiem, obetnie nam te zdobne w zaszczyty głowy, nie zatrzymując się nawet dla nabrania oddechu.
Perrin przejechał dłonią po włosach. Im więcej się dowiadywał o królach, tym mniej ich lubił.
— Co ze sztyletem? — spytał nieśmiało Mat. — Jego by nie chciał mieć, prawda? — Pod wpływem karcącego wzroku Ingtara, poruszył się niespokojnie. — Wiem, że Rdg jest ważny, ale ja nie mam zamiaru brać udziału w Ostatniej Bitwie. Ten sztylet...