Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Wielkie Polowanie
Wielkie Polowanie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wielkie Polowanie

Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:

Wielkie Polowanie
1 ... 137 138 139 140 141 142 143 144 145 ... 217
Перейти на страницу:

Loial poszedł po konie — dach karczmy zapadł się do tego czasu całkowicie, lecz stajnie pozostały nietknięte — i wkrótce pokonywali już ulice, wszyscy konno z wyjątkiem Loiala, który twierdził, że zdążył na powrót przywyknąć do poruszania się o własnych nogach. Perrin trzymał powróz jednego z jucznych koni, które sprowadzili z południa.

— Hurin — powiedział Rand — jak szybko będziesz w stanie odnaleźć ponownie ich trop? Czy dasz radę za nim iść? Ludzie, którzy cię uderzyli i podłożyli ogień, zostawili trop, prawda?

— Już teraz mogę za nim iść, mój panie. I czułem ich na ulicy. Ale długo się nie utrzyma. Nie było z nimi trolloków i nikogo też nie zabili. To tylko ludzie, mój panie. Sprzymierzeńcy Ciemności, jak mi się zdaje, ale człowiek nie zawsze może być tego pewien po samym zapachu. Dzień może, zanim się rozwieje.

— Nie sądzę, że potrafią otworzyć szkatułę, Rand — odezwał się Loial — bo inaczej zabraliby sam Róg. Łatwiej byłoby go nieść.

Rand przytaknął.

— Musieli załadować ją na jakiś wóz albo na konia. Jak już wyjadą z podgrodzia, to bez wątpienia połączą się na powrót z trollokami. Dasz radę iść za tropem, Hurin.

— Dam, mój panie.

— Potem będziesz odpoczywał tak długo, aż nie odzyskasz krzepy — obiecał mu Rand.

Po węszycielu było widać, że już odzyskał część sił, odjechał jednak zgarbiony, twarz miał zmęczoną.

— Wyprzedzą nas co najwyżej o kilka godzin. Jeśli będziemy jechać szybko... — Nagle zorientował się, że wszyscy pozostali patrzą na niego, Verin z Ingtarem, Mat i Perrin. Uświadomił sobie, co właśnie zrobił i poczerwieniała mu twarz. — Przepraszam, Ingtar. To pewnie dlatego, bo przyzwyczaiłem się dowodzić. Nie staram się zająć twojego miejsca.

Ingtar wolno skinął głową.

— Moiraine dokonała słusznego wyboru, gdy kazała lordowi Agelmarowi mianować cię moim następcą. Być może byłoby lepiej, gdyby Zasiadająca na Tronie Amyrlin tobie zleciła dowodzenie. — Shienaranin zaniósł się gwałtownym śmiechem. — W każdym razie to właśnie tobie udało się dotknąć Rogu.

Dalej jechali w milczeniu.

„Wielkie Drzewo” można by uznać za bliźniaczo podobne do „Obrońcy Muru Smoka”. Była to wysoka kamienna bryła z główną izbą wykładaną drewnem i udekorowaną srebrami, na półce nad kominkiem stał wielki wypolerowany zegar. Karczmarka mogła być siostrą Cuale. Pani Tiedra miała taką samą, nieco zażywną sylwetkę i taki sam, służalczy sposób bycia — a także to samo świdrujące spojrzenie, ten sam obyczaj uważnego wsłuchiwania się w to, co niby miały kryć wypowiadane do niej słowa. Poza tym jednak Tiedra znała Verin i uśmiech, którym powitała Aes Sedai, był ciepły — ani razu nie wymieniła głośno imienia Aes Sedai, Rand jednak nie wątpił, że wie.

Tiedra wraz z rojem służących zajęła się końmi i rozlokowała ich po pokojach. Izba Randa była równie okazała jak ta, która spłonęła, bardziej jednak zainteresował się wielką, miedzianą wanną, którą dwóch posługaczy przepchnęło z wielkim trudem przez drzwi oraz wiadrami parującej wody, które pomywaczki przydźwigały z kuchni. Jedno spojrzenie do lustra nad umywalką ukazało mu twarz, która wyglądała tak, jakby ją natarł węglem drzewnym, czerwoną wełnę kaftana powalały czarne smugi.

Rozebrał się i wdrapał do wanny, lecz podczas mycia ani na moment nie przestał rozmyślać. Była tu Verin, jedna z trzech Aes Sedai, co do których wierzył, że nie będą go próbowały poskromić albo oddać tym, które to zrobią. W każdym razie tak mogło się wydawać. Jedna z tych trzech, które chciały mu wmówić, że jest Smokiem Odrodzonym, by go wykorzystać jako fałszywego Smoka.

„Ona jest pilnującymi mnie oczyma Moiraine, ręką Moiraine, usiłującą manipulować moimi sznurkami. Ale ja przeciąłem sznurki”.

Przyniesiono jego sakwę i tobołek, bagaże zdjęto z grzbietu konia jucznego, zawierały one czyste ubrania. Wytarł się do sucha, otworzył tobołek — i westchnął. Zapomniał, że pozostałe dwa kaftany są równie strojne jak ten, który rzucił na oparcie krzesła, by pokojówka zabrała go do prania. Po jakiejś chwili zdecydował się na pasujący do nastroju kaftan w kolorze czarnym. Na wysokim kołnierzu odznaczały się srebrne czaple, w dół rękawów spływały srebrne, wartkie strumienie, woda spieniona na ostrych skałach.

Podczas przekładania drobiazgów, które miał w starym kaftanie, do nowego, znalazł pergaminy. Bezmyślnie wsadził zaproszenia do kieszeni, pochłonięty czytaniem dwóch listów od Selene. Zachodził w głowę, jak mógł się zachowywać tak głupio. Była piękną, młodą kobietą ze szlachetnego domu. On zaś pasterzem, którego próbowały wykorzystać Aes Sedai, człowiekiem skazanym na obłęd albo przedwczesną śmierć. A jednak patrząc na to pismo, wciąż czuł jej ciało pod palcami, w nozdrzach wciąż śpiewała woń jej perfum.

— Jestem pasterzem — wyjaśnił listom — a nie kimś sławnym i gdybym mógł się ożenić, to tylko z Egwene, ale ona chce być Aes Sedai, a poza tym, jak mógłbym poślubić, pokochać jakąkolwiek kobietę, a potem popaść w obłęd i może nawet ją zabić?

Słowa jednak nie potrafiły zaciemnić wspomnienia o urodzie Selene ani też o jej spojrzeniach, pod wpływem których wrzała w nim krew. Wydało mu się nieomal, że razem z nim jest w tej izbie, że czuje jej perfumy. Wrażenie było tak silne, że aż rozejrzał się dokoła i roześmiał, stwierdziwszy, że jest sam.

— Coś mi się roi, jakby mi już powoli mętniał umysł — mruknął.

Gwałtownym ruchem odchylił osłonę lampy stojącej na nocnym stoliku, zapalił knot i przytknął papiery do ognia. Wiatr, który znienacka zahuczał za murami karczmy, wdarł się przez szczeliny w okiennicach do środka i podsycił płomienie, które z miejsca ogarnęły pergamin. Pośpiesznie cisnął płonące listy do zimnego paleniska, zanim ogień zdążył poparzyć mu palce. Czekał tak długo, aż ostatni, poczerniały zwitek rozpadł się, dopiero wtedy zapiął sprzączkę pasa i wyszedł z pokoju.

Verin zajęła prywatną jadalnię, gdzie na półkach, ciągnących się wzdłuż ciemnych ścian, mieściło się więcej srebra niż w głównej izbie. Mat żonglował trzema ugotowanymi jajkami i próbował demonstrować nonszalancję. Ingtar z dezaprobatą zajrzał do paleniska, na którym jeszcze nie rozpalono ognia. Loial wciąż miał w kieszeniach kilka książek z Fal Dara, teraz czytał jedną z nich, stojąc obok lampy.

Perrin zgarbił się nad stołem, wpatrzony w swoje ręce, splecione na blacie. Nos mu podpowiadał, że w izbie pachnie pszczelim woskiem, służącym do pastowania drewnianych boazerii.

„To był on — pomyślał. — Rand jest Zabójcą Cienia. Światłości, co się dzieje z nami wszystkimi?”

Zacisnął dłonie w pięści, wielkie i kanciaste.

„Te ręce miały trzymać kowalski młot, a nie topór”.

Podniósł wzrok, gdy do izby wszedł Rand. Zdaniem Perrina widać w nim było determinację, jakby się zdecydował na jakieś konkretne posunięcia. Aes Sedai gestem nakazała Randowi, by ten usiadł naprzeciwko niej na fotelu z wysokim oparciem.

— Jak się czuje Hurin? — spytał ją Rand, poprawiając miecz, by móc usiąść. — Odpoczywa?

— Upierał się, by już ruszać w drogę — odpowiedział mu Ingtar. — Wyjaśniłem, że udamy się w pościg dopiero wtedy, gdy wyczuje trolloki. Jutro wyruszymy tropem. Chyba że chcesz ich ścigać jeszcze dzisiejszej nocy?

— Ingtar — powiedział Rand nieswoim głosem. — Naprawdę nie chciałem przejmować dowodzenia. Po prostu się nie zastanowiłem.

„Kiedyś zdenerwowałby się o wiele bardziej — pomyślał Perrin. — Zabójca Cienia. Wszyscy się zmieniamy”.

Ingtar nie odpowiedział, tylko wciąż wpatrywał się w palenisko kominka.

— Jest parę spraw, które mnie mocno interesują, Rand — odezwała się cichym głosem Verin. — Jedna to sposób, w jaki udało ci się zniknąć bez śladu z obozu Ingtara. Drugą jest kwestia twego wcześniejszego o tydzień przybycia do Cairhien. Ten kancelista nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Musiałbyś tu przyfrunąć.

1 ... 137 138 139 140 141 142 143 144 145 ... 217
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)