Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— Kiedy Moiraine pozwoliła mi odejść, myślałem, że wszystko znowu stanie się proste. Nawet mimo tego pościgu za Rogiem, nawet... mimo wszystkiego. Myślałem, że stanie się proste.
„Mimo saidina w twojej głowie?”
— Światłości, czego ja bym nie oddał, żeby wszystko na powrót stało się proste.
— Ta’veren — zaczął Loial.
— O tym też nie mam chęci słuchać. — Rand ruszył z miejsca równie szybko jak przedtem. — Ja chcę tylko oddać Matowi sztylet, a Ingtarowi Róg.
„A potem co? Popaść w obłęd? Umrzeć? Jeśli umrę wcześniej niż popadnę w obłęd, to przynajmniej nie zrobię nikomu nic złego. Ale ja wcale też nie chcę umierać. Lan może sobie gadać o chowaniu miecza, ale ja jestem pasterzem, nie strażnikiem.”
— Gdybym go po prostu nie dotykał — mruknął — to może bym mógł... Owynowi prawie się udało.
— Co, Rand? Nie dosłyszałem.
— Nic takiego — odparł Rand znużonym głosem. — Chciałbym, żeby Ingtar już tu przyjechał. A także Mat i Perrin.
Przez jakiś czas wędrowali obok siebie w milczeniu, Rand pogrążony w myślach. Siostrzeńcowi Thoma udało się przeżyć prawie trzy lata dzięki temu, że przenosił Moc tylko wtedy, gdy myślał, że musi. Skoro Owynowi udało się ograniczyć sytuacje, podczas których przenosił, wówczas musiała istnieć możliwość, że nie będzie się w ogóle przenosiło, choćby nie wiadomo jak uwodzicielski był saidin.
— Rand — odezwał się Loial. — Przed nami pożar.
Rand wyzbył się niepożądanych myśli i spojrzał na miasto, marszcząc czoło. Ponad dachami domów unosiła się gruba kolumna czarnego, kłębiącego się dymu. Nie mógł dojrzeć, co jest jej źródłem, lecz była stanowczo za blisko karczmy.
— Sprzymierzeńcy Ciemności — powiedział, wpatrując się w dym. — Trolloki nie mogą się przedrzeć przez mury niezauważenie, ale Sprzymierzeńcy... Hurin!
Poderwał się do biegu, Loial bez trudu dotrzymał tempa.
Im bardziej się zbliżali, tym bardziej rosła pewność, aż w końcu pokonali ostatni próg kamiennego tarasu i oto ich oczom ukazał się „Obrońca Muru Smoka”, z górnych okien wylewał się dym, dach przebijały płomienie. Przed karczmą zgromadził się tłum. Cwale, krzycząc i skacząc we wszystkie strony, kierował ludźmi, którzy wynosili na zewnątrz sprzęty. Podwójny szereg podawał do wnętrza wiadra napełnione wodą z ulicznej studni i odbierał puste. Większość ludzi jednak stała i gapiła się, a gdy przez kryty dachówkami dach wytrysnęła nowa plama ognia, głośno zawołali „Aaach!”
Rand przepchnął się przez tłum w stronę karczmarza.
— Gdzie jest Hurin?
— Ostrożnie z tym stołem! — krzyknął karczmarz. — Nie porysujcie go! — Spojrzał na Randa i zamrugał. Miał twarz usmoloną dymem. — Mój pan? Kto? Sługa mojego pana? Nie pamiętam, bym go widział. Wyszedł bez wątpienia. Nie upuść tych lichtarzy, durniu! Są ze srebra!
Cwale okręcił się na pięcie, by głosić dalsze oracje ludziom wynoszącym jego dobytek z karczmy.
— Hurin nie mógł wyjść — powiedział Loial. — Nie zostawiłby...
Rozejrzał się dookoła i pozostawił to zdanie nie dokończone. Niektórzy z gapiów wyraźnie uznali ogira za widok równie interesujący jak pożar.
— Wiem — odparł Rand i zanurkował do wnętrza karczmy.
W głównej izbie ledwie było widać, że budynek płonie. Podwójny rząd mężczyzn ciągnął się w górę schodów, podawali wiadra, inni wdrapywali się na piętro, by wynosić pozostałe meble, lecz tu na dole dymu było tylko tyle, jakby w kuchni coś się przypalało. Gdy Rand dopadł do schodów, tam okazał się gęstszy. Wbiegł na górę, zanosząc się kaszlem.
Szereg kończył się tuż przed podestem piętra, ludzie chlustali z rozmachem wodę do wypełnionego dymem korytarza, stojąc w połowie schodów. Płomienie liżące ściany migotały czerwienią poprzez czerń dymu.
Jeden z mężczyzn chwycił Randa za ramię.
— Nie możesz tam wejść, mój panie. Tam już prawie wszystko przepadło. Ogirze, przemów do niego.
Rand dopiero teraz zauważył, że Loial mu towarzyszy.
— Wracaj, Loial. Ja go wyprowadzę.
— Nie dasz rady ponieść jednocześnie Hurina i szkatuły, Rand. — Ogir wzruszył ramionami. — A poza tym nie zostawię moich książek na pastwę płomieni.
— No to pochyl się. Pod dymem. — Rand opuścił się na ręce i kolana, zaczął wdrapywać na samą górę.
Tuż nad podłogą powietrze było czystsze, ale zawierało tyle dymu, że przyprawiło go o kaszel, choć ostatecznie jakoś nadawało się do oddychania. Niemniej wydawało się tak gorące, jakby miało parzyć. Nie mógł wciągnąć go przez nos w dostatecznych ilościach. Oddychając przez usta czuł, jak wysycha mu język.
Oblał go strumień wody chlustanej przez mężczyzn, przemaczając do suchej nitki. Chłód przyniósł ulgę jedynie chwilową, żar natychmiast powrócił. Pełzł dalej z determinacją, wiedział o obecności Loiala za swymi plecami tylko dzięki temu, że ogir kaszlał.
Jedna ze ścian w korytarzu przemieniła się w lity ogień, z podłogi tuż pod nią zaczęły się już wydobywać cienkie smużki, przyłączające się do chmury, która wisiała nad głową. Był zadowolony, że nie widzi, co się dzieje nad nią. Wystarczały złowieszcze trzaski.
Drzwi do izby Hurina jeszcze nie zaczęły płonąć, ale były już tak rozgrzane, że musiał dwukrotnie próbować, zanim zdołał je otworzyć. Pierwszą rzeczą, na jaką padło jego oko, było ciało Hurina, rozciągnięte na podłodze. Rand podpełzł do węszyciela i uniósł go. Na skroni miał guza wielkości śliwki.
Hurin otworzył zmętniałe oczy.
— Lord Rand? — wymamrotał niewyraźnie. — ...pukanie do drzwi... myślałem, że to następne zapro...
Oczy zapadły mu się w głąb czaszki. Rand zaczął nasłuchiwać bicia serca i odetchnął z ulgą, gdy znalazł tętno.
— Rand... — wykaszlał Loial. Klęczał przy łóżku, odrzucona narzuta ukazywała pod spodem gołe deski. Szkatuła zniknęła.
Ponad chmurą dymu sufit zatrzeszczał, a na podłogę sypnęło płonącymi kawałkami drewna.
— Bierz swoje książki — powiedział Rand. — Ja poniosę Hurina. Spiesz się!
Zaczął już przewieszać bezwładnego węszyciela przez ramię, ale Loial odebrał od niego Hurina.
— Książki będą musiały spłonąć, Rand. Nie możesz go nieść i jednocześnie się czołgać, a jeśli się wyprostujesz, to nigdy nie dotrzesz do schodów. — Ogir wciągnął Hurina na swój szeroki grzbiet, ramiona i nogi węszyciela wisiały luźno z obu stron. Sufit głośno zatrzeszczał. — Musimy się śpieszyć, Rand.
— Idź, Loial. Idź, ja pójdę za tobą.
Ogir wypełzł na korytarz ze swoim ciężarem, Rand ruszył za nim. Po chwili zatrzymał się, oglądając na drzwi łączące z jego izbą. Sztandar wciąż tam był. Sztandar Smoka.
„Niech się spali — pomyślał i w odpowiedzi przyszły mu do głowy słowa, jakie mogłaby wypowiedzieć Moiraine. — Twoje życie może zależeć od niego. Ona próbuje mnie wykorzystać. Twoje życie może od niego zależeć. Aes Sedai nigdy nie kłamią”.
Jęknąwszy pod brzemieniem niesprawiedliwości, przeturlał się po podłodze i kopniakiem otworzył drzwi do swojej izby.
Za nimi pulsowała ściana ognia. Łóżko przypominało ognisko, podłogę oplatały już czerwone macki. Nie można było pełznąć. Wstał i skulony wbiegł do środka, cofając się przed żarem, kaszląc i dławiąc się. Z wilgotnego kaftana unosiła się para. Jedno skrzydło szafy już płonęło. Gwałtownym ruchem otworzył drzwi. W środku znajdowała się sakwa, pozostając jeszcze poza zasięgiem ognia, jej bok wybrzuszał sztandar Lewsa Therina Telamona, obok leżał futerał z fletem. Wahał się chwilę.