Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— Nigdy nie poznałem króla, lordzie Barthanes, i nie spodziewam się poznać.
— Naturalnie. W tamtej wiosce, do muszego łajna podobnej, znalazłeś się przypadkiem. Nie byłeś tam przecież, by sprawdzić, jak postępują prace przy wykopywaniu posągu. To wielkie przedsięwzięcie.
— Tak. — Znowu zaczął myśleć o Verin, żałując, że nie poradziła mu, jak rozmawiać z człowiekiem, który zakłada, że wszystko co powie, jest kłamstwem. Bez zastanowienia dodał: — Ci, którzy nie wiedzą, co czynią, nie postępują roztropnie, jeśli majstrują przy przedmiotach pochodzących z Wieku Legend.
Barthanes zapatrzył się na swoje wino, z zadumą na twarzy, jakby Rand powiedział właśnie coś o doniosłym znaczeniu.
— Twierdzisz zatem, że nie wspomagasz Galldriana w tym przedsięwzięciu? — spytał na koniec.
— Powiedziałem ci, panie, nie poznałem króla.
— Tak, oczywiście. Nie miałem pojęcia, że ludzie z Andoru tak udatnie grają w Wielką Grę. Rzadko ich tu w Cairhien widujemy.
Rand zrobił głęboki wdech, by nie odpowiedzieć gniewnie temu człowiekowi tego, co powtarzał zawsze — że wcale nie bierze udziału w grze.
— Na rzece jest wiele barek z ziarnem z Andoru.
— Kupcy i handlarze. Kogo interesują tacy jak oni? Zasługują na tyleż samo uwagi co chrząszcze na drzewach. — W głosie Barthanesa słychać było jednakową pogardę dla chrząszczy i kupców, znowu jednak uniósł brew, jakby w słowach Randa dopatrzył się jakiejś aluzji. — Niewielu ludzi podróżuje w towarzystwie Aes Sedai. Wydajesz się zbyt młody, byś mógł być strażnikiem. Domniemuję, iż to lord Ingtar jest strażnikiem Verin Sedai?
— Jesteśmy tymi, za których się podaliśmy — powiedział Rand i skrzywił się.
„Z wyjątkiem mnie”.
Barthanes nieomal otwarcie studiował twarz Randa.
— Młody. Zbyt młody, by nosić miecz ze znakiem czapli.
— Nie ukończyłem jeszcze roku życia — wypalił automatycznie Rand i natychmiast zapragnął to cofnąć. Zabrzmiało to głupio, jego zdaniem, ale Verin powiedziała, że ma się zachowywać tak, jak przed obliczem Zasiadającej na Tronie Amyrlin, a taką właśnie odpowiedź podsunął mu Lan. Ludzie z Ziem Granicznych uważali, że dzień, w którym człowiek dostaje miecz, staje się jego dniem narodzin.
— Ach tak. Mieszkaniec Andoru, a przy tym szkolony na Ziemiach Granicznych. A może to rezultat szkolenia na strażnika? — Oczy Barthanesa zwęziły się, wpatrzone badawczo w Randa. — Z tego, co wiem, Morgase ma tylko jednego syna. Zwie się Gawyn, jak słyszałem. Musisz być, panie, w jego wieku.
— Poznałem go — odparł ostrożnie Rand.
— Te oczy. Te włosy. Słyszałem, że andorański ród królewski ma we włosach i oczach anielskie nieomal barwy.
Rand potknął się, mimo że posadzka kryta była gładkim marmurem.
— Nie jestem Aielem, lordzie Barthanesie, nie wywodzę się też z królewskiego rodu.
— Tak rzeczesz. Wiele mi dałeś do myślenia. Sądzę, że znajdziemy wspólne tematy, gdy znowu przyjdzie nam z sobą rozmawiać.
Barthanes skinął głową i uniósł kielich, żegnając go niedbale, po czym odwrócił się, by zagadać do siwowłosego mężczyzny z licznymi kolorowymi paskami na kaftanie.
Rand pokręcił głową i ruszył przed siebie, uciekając przed dalszą konwersacją. Rozmowa z jednym cairhieńskim lordem była dostatecznie paskudna, by odebrać mu ochotę do następnej. Barthanes najwyraźniej dopatrywał się ukrytych znaczeń w najbardziej trywialnych stwierdzeniach. Rand zauważył, że właśnie tyle się dowiedział o Daes Dae’mar, iż stracił już wszelkie pojęcie o tym, jak należy w nią grać.
„Mat, Hurin, znajdźcie coś szybko, żebyśmy mogli się stąd wydostać. Ci ludzie są szaleni”.
I wtedy wszedł do następnej komnaty, w której występował bard; siedział w przeciwległym końcu, trącał struny harfy i recytował opowieść z Wielkiego Polowania na Róg. Thom Merrilin. Rand zatrzymał się jak wryty. Thom wydawał się go nie zauważać, mimo że dwukrotnie kierował na niego wzrok. Najwyraźniej Thom naprawdę chciał tego, co powiedział. Całkowite zerwanie.
Rand już miał wyjść, jednak drogę zagrodziła mu zręcznie jakaś kobieta, koronka spłynęła na delikatny nadgarstek, gdy przyłożyła dłoń do jego piersi. Głową nie sięgała mu nawet ramienia, lecz wysoka korona z loków znajdowała się na wysokości jego wzroku. Koronki, którymi miała obszyty wysoki kołnierz przy sukni, sięgały podbródka, przód sukni, pod piersiami, zakrywały kolorowe paski.
— Jestem Alaine Chuliandred, a ty jesteś tym słynnym Randem al’Thorem. W swoim własnym dworze, jak sądzę, Barthanes ma prawo rozmawiać z tobą pierwszy, ale my wszyscy jesteśmy zafascynowani tym, co się o tobie mówi. Słyszałam nawet, że potracisz grać na flecie. Czyż może to być?
— Gram na flecie.
„Skąd ona...? Caldevwin. Światłości, w Cairhien wszyscy dowiadują się o wszystkim”.
— Jeśli wybaczysz...
— Słyszałam, że niektórzy cudzoziemscy lordowie potrafią grać na instrumentach muzycznych, lecz nigdy w to nie wierzyłam. Bardzo bym chciała posłuchać, jak grasz. Może zechcesz ze mną porozmawiać, o tym i o owym. Barthanes zdawał się uważać rozmowę z tobą za fascynującą. Mój mąż spędza całe dnie na kosztowaniu owoców swoich winnic i pozostawia mnie w zupełnej samotności. Zawsze nieobecny, nigdy nie ma czasu, by ze mną porozmawiać.
— Musi pani za nim tęsknić — powiedział Rand, starając się wyminąć ją i jej szerokie spódnice. Wybuchnęła dźwięczącym śmiechem, jakby powiedział najśmieszniejszą rzecz na świecie.
U boku kobiety stanęła inna, druga dłoń delikatnie dotknęła jego piersi. Miała tyle samo pasków co Alaine i obydwie były w tym samym wieku, dobre dziesięć lat starsze od Randa.
— Masz zamiar zatrzymać go dla siebie, Alaine?
Obydwie kobiety uśmiechnęły się do siebie, mimo iż ich oczy ciskały sztylety. Ta druga skierowała uśmiech na Randa.
— Jestem Belevaere Osiellin. Czy wszyscy z Andoru są tak wysokiego wzrostu? I tacy przystojni?
Chrząknął.
— Ach... niektórzy są wysocy. Wybacz mi, pani, ale jeśli...
— Widziałam, jak rozmawiałeś z Barthanesem. Powiadają, że znasz również Galldriana. Musisz do mnie przyjść na pogawędkę. Mój mąż właśnie wizytuje majątki na południu.
— Masz w sobie subtelność tawernianej dziewki — syknęła Alaine i natychmiast obdarzyła Randa uśmiechem. — Brak jej ogłady. Żadnemu mężczyźnie nie mogłaby się spodobać kobieta o tak wulgarnych manierach. Przyjdź z fletem do mojego dworu, to porozmawiamy. A może nauczyłbyś mnie grać?
— To, co Alaine uważa za subtelność — przymilnym tonem wtrąciła Belevaere — to tylko brak odwagi. Mężczyzna, który nosi miecz ze znakiem czapli, musi być odważny. To naprawdę miecz ze znakiem czapli, nieprawdaż?
Rand usiłował oddalić się od nich.
— Jeśli mi, panie, wybaczycie, to...
Szły za nim krok w krok, aż w końcu wpakował się plecami na ścianę — złączone z sobą szerokie spódnice utworzyły przed nim jeszcze jeden mur.
Drgnął nerwowo, gdy trzecia kobieta dołączyła do tamtych dwóch, jej spódnice dodatkowo powiększyły mur. Była od nich starsza, lecz równie piękna, rozbawiony uśmiech nie łagodził ostrości spojrzenia. Na sukni miała o połowę więcej pasków niż Alaine i Belevaere: młodsze kobiety dygnęły i obdarzyły ją ponurymi spojrzeniami.
— Czyżby te dwa pająki usiłowały cię zaplątać w swoje sieci? — Starsza kobieta roześmiała się. — Na ogół zaplątują się same ściślej niż kto inny. Chodź ze mną, mój piękny chłopcze z Andoru, a powiem co nieco o kłopotach, jakich mogłyby ci przysporzyć. Ja przede wszystkim nie mam męża, którym należałoby się kłopotać. A mężowie są zawsze przyczyną kłopotów.