Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
„Jeszcze mogę pozwolić, by spłonął”.
Sufit ponad jego głową stęknął. Chwycił sakwę, futerał i rzucił się z powrotem do drzwi, lądując na kolanach, gdy tymczasem, na miejsce gdzie przed chwilą stał, runęły z trzaskiem płonące deski. Wlokąc za sobą ciężar, wypełzł na korytarz. Podłoga trzęsła się od łoskotu kolejnych padających belek.
Gdy dotarł do schodów, ludzi z wiadrami już tam nie zastał. Zsunął się do następnego podestu, poderwał na nogi i minąwszy opustoszały budynek, wypadł na ulicę. Gapie wbili w niego zdumiony wzrok, na jego uczernioną twarz i powalany sadzą kaftan, on zaś chwiejnym krokiem przebiegł na drugą stronę ulicy, gdzie Loial oparł Hurina o mur. Jakaś kobieta z tłumu wycierała Hurinowi twarz ścierką, nadal miał zamknięte oczy, oddech dobywał urywanie.
— Czy w sąsiedztwie mieszka jakaś Wiedząca? — spytał Rand podniesionym głosem. — On potrzebuje pomocy.
Kobieta spojrzała na niego tępo, więc usiłował sobie przypomnieć inne określenia, jakie ludzie nadawali kobietom, które w Dwu Rzekach nazywano Wiedzącymi.
— Mądra Kobieta? Kobieta, którą nazywacie Matką Jakąś-tam? Kobieta, która zna się na ziołach i uzdrawianiu.
— Ja jestem Wieszczką, jeśli to o nią ci chodzi — odparła kobieta — ale jedyne, co mogę dla niego zrobić, to sprawić, by nie cierpiał. Obawiam się, że coś mu pękło w głowie.
— Rand! To ty!
Rand wytrzeszczył oczy. To był Mat, wiódł swego konia przez tłum, łuk miał przewieszony przez plecy. Mat, o bladej i ściągniętej twarzy, lecz nadal ten sam Mat, uśmiechnięty, nawet jeśli słabo. A w ślad za nim szedł Perrin, jego żółte oczy połyskiwały na tle ognia, przyciągając tyleż samo spojrzeń co łuna pożaru. I Ingtar, obok swego konia, w kaftanie z szerokim kołnierzem zamiast zbroi, lecz ponad ramieniem nadal wystawała mu rękojeść miecza.
Rand poczuł, jak przeszywa go dreszcz.
— Za późno — powiedział. — Przyjechaliście za późno.
Usiadł na środku ulicy i zaczął się śmiać.
31
Po zapachu
Rand nie wiedział, że obok jest Verin, dopóki Aes Sedai nie ujęła jego twarzy w dłonie. Przez chwilę widział w jej oczach niepokój, może nawet strach, a potem poczuł znienacka, jakby go oblano zimną wodą, nie wilgoć, ale szczypanie. Wzdrygnął się raz gwałtownie i przestał się śmiać, a Verin zostawiła go, by przykucnąć przy Hurmie. Wieszczka przypatrywała się jej uważnie. Podobnie Rand.
„Co ona tu robi? Jakbym nie wiedział”.
— Dokąd ty pojechałeś? — spytał ochryple Mat. — Całkiem zniknąłeś, a teraz znalazłeś się w Cairhien wcześniej niż my. Loial?
Ogir niepewnie wzruszył ramionami i potoczył wzrokiem po tłumie, strzygąc uszami. Połowa ludzi odwróciła się plecami do ognia, by przypatrywać się nowo przybyłym. Kilku przysunęło się bliżej, żeby podsłuchiwać.
Rand pozwolił Perrinowi podnieść swoją rękę.
— Jak znaleźliście karczmę? — Zerknął na Verin, klęczała, trzymając dłonie na głowie węszyciela. — Ona?
— W pewien sposób — odparł Perrin. — Strażnicy przy bramie chcieli znać nasze nazwiska i jakiś człowiek, który właśnie wychodził z wartowni, podskoczył, gdy usłyszał imię Ingtara. Twierdził, że go nie zna, ale miał na twarzy uśmiech, który krzyczał „kłamstwo” na całą milę.
— Chyba znam tego, o którym mówisz — powiedział Rand. — On się tak cały czas uśmiecha.
— Verin pokazała mu swój pierścień — wtrącił Mat — i szepnęła coś do ucha.
Wyglądał i mówił tak, jakby był chory, twarz miał zaczerwienioną i ściągniętą, ale zdobył się na uśmiech. Rand nigdy przedtem nie dostrzegał tak wyraźnie jego kości policzkowych.
— Nie dosłyszałem, co powiedziała, ale nie wiedziałem, czy najpierw oczy wyjdą mu z orbit, czy też udławi się własnym językiem. Zupełnie znienacka zaczął wyłazić ze skóry, tak bardzo chciał coś dla nas zrobić. Powiedział nam, że na nas czekasz, a także dokładnie gdzie się zatrzymałeś. Zaproponował, że osobiście nas zaprowadzi, ale jak Verin mu odmówiła, wyraźnie odetchnął z ulgą. — Parsknął. — Lord Rand z domu al’Thor.
— To za długa historia, żeby teraz wyjaśniać — powiedział Rand. — Gdzie jest Uno i reszta? Będą nam potrzebni.
— Na podgrodziu. — Mat zmarszczył czoło i mówił dalej wolno: — Uno oświadczył, że wolą zostać tam, niż wejść do miasta. Z tego co widzę, wolałbym być z nimi. Rand, do czego będzie nam potrzebny Uno? Czy ty ich... znalazłeś?
Rand uświadomił sobie raptem, że tej właśnie chwili dotychczas unikał. Zrobił głęboki wdech i spojrzał przyjacielowi w oczy.
— Mat, ja miałem sztylet i go straciłem: Sprzymierzeńcy Ciemności mi go odebrali.
Usłyszał, jak podsłuchującym ich Cairhienom głośno zapiera dech, ale nie dbał o to. Mogli się bawić w tę swoją Wielką Grę, jeśli chcieli, ale pojawił się już Ingtar i on z tym nareszcie mógł skończyć.
— Ale nie mogli uciec daleko.
Ingtar milczał do tej pory, lecz w tym momencie zrobił krok do przodu i silnie ścisnął Randa za ramię.
— Miałeś go? A... — Rozejrzał się po tłumie gapiów — ...co z tą drugą rzeczą?
— Też mi ją odebrali — cicho powiedział Rand.
Ingtar uderzył pięścią w dłoń i odwrócił się. Na widok wyrazu jego twarzy niektórzy Cairhienowie cofnęli się.
Mat zagryzł wargę, po czym potrząsnął głową.
— Nie wiedziałem, że został odnaleziony, więc to wcale tak nie jest, jakbym go na nowo utracił. Ciągle jest utracony. — Było oczywiste, że mówi o sztylecie a nie o Rogu Valere. — Znajdziemy go znowu. Mamy teraz dwóch węszycieli. Perrin jest jednym. Doszedł po tropie aż do samego podgrodzia, po tym jak zniknąłeś razem z Hurmem i Loialem. Myślałem, że pewnie uciekłeś... no cóż, wiesz, o czym mówię. Dokąd ty pojechałeś? Nadal nie pojmuję, jak wam się udało tak nas wyprzedzić. Tamten człowiek twierdził, że jesteście tu od wielu dni.
Rand zerknął na Perrina — „On węszycielem?” — i stwierdził, że Perrin również mu się przypatruje. Wydało mu się, że przyjaciel coś mruknął.
„Zabójca Cienia? Chyba się przesłyszałem”.
Spojrzenie żółtych oczu Perrina więziło go przez chwilę, wydając się kryć jakieś tajemne myśli. Tłumacząc sobie, że coś mu się przywiduje — „Nie oszalałem. Jeszcze nie”. — oderwał wzrok.
Verin właśnie pomagała trzęsącemu się nadal Hurinowi wstać na nogi.
— Czuję się jak gęsie pióra — powiedział. — Ciągle jeszcze zmęczony, ale... — Zawiesił głos, jakby dopiero teraz ją zobaczył, jakby wreszcie uświadomił sobie, co się właściwie stało.
— Zmęczenie będzie się utrzymywało przez kilka godzin — wytłumaczyła mu. — Ciało musi się wytężać, żeby szybko ozdrowieć.
Cairhieńska wieszczka wyprostowała się. – Aes Sedai? — powiedziała cicho.
Verin nachyliła głowę i wieszczka dygnęła głęboko.
Równie cicho, jak tamte, słowa „Aes Sedai” przebiegły przez tłum, tonami głoszącymi wszystko, począwszy od grozy, przez strach, po nienawiść. Wszyscy teraz patrzyli — nawet Cuale nie zwracał już uwagi na płonącą karczmę — a Rand pomyślał, że bynajmniej nie zawadziłoby zachowanie odrobiny ostrożności.
— Czy wynajęliście już pokoje? — spytał. — Musimy porozmawiać, a tutaj zrobić tego nie możemy.
— Dobry pomysł — odparła Verin. — Ostatnim razem zatrzymałam się w „Wielkim Drzewie”. Pojedziemy tam.