Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Podobno spałem tylko pół godziny; mnie się wydawało, że znacznie dłużej. Obudziwszy się, przelazłem na tył aportu, gdzie było trochę ciemniej, i Sammann pokazał mi szpil na piszczku.
Sammann jako jedyny z naszej ekipy nie wypytywał mnie o zdrowie i stan emocjonalny. Można by mu zarzucić, że jest nieczuły, ale — prawdę mówiąc — czułości miałem stanowczo dość jak na jeden dzień.
— Dane, które za chwilę zobaczysz, są pozbawione komentarza — uprzedził, kiedy piszczek buforował szpil. — Wiąże się to ze sposobem, w jaki zostały uzyskane.
Jakość nagrania jak zwykle była tragiczna. Nie od razu zorientowałem się nawet, że szpil został zarejestrowany w kolorze: obraz był albo całkowicie czarny (cień i przestrzeń kosmiczna), albo oślepiająco biały (wszystko, co odbijało promienie słońca). Dotarło do mnie, że rejestracji dokonano ręcznym szpilołapem przez brudną szybę iluminatora.
— Odgazowanie — powiedział Sammann, co mi nic nie mówiło.
Wyjaśnił, że gazowe produkty uboczne odparowały w próżni z materiałów, których użyto do budowy kapsuły kosmicznej, i osadziły się na oknach.
— Nie spodziewałem się, że to może być problem — przyznałem.
— To przez pośpiech.
Większość kadru wypełnił idealny okrąg wpisany w perfekcyjny trójkąt równoboczny.
— To rufa statku obcych — powiedział Sammann. — Płyta napędowa. Przez cały czas tak ustawiali statek, żeby był zwrócony tyłem do naszej kapsuły. To daje do myślenia.
Spróbowałem pomyśleć.
— Kuzyni… nie wiedzieli, czy nasza kapsuła nie jest uzbrojona w głowicę nuklearną. Dlatego wystawili w jej stronę część statku niewrażliwą na eksplozje atomowe.
— Masz trochę racji. — Sammann uśmiechnął się prowokacyjnie. — Ale to nie wszystko.
— Mogli w każdej chwili wystrzelić jedną ze swoich bomb i zniszczyć kapsułę.
— Otóż to. A w dodatku my nie mogliśmy sobie porządnie obejrzeć ich statku. Nie zdobyliśmy żadnych informacji użytecznych pod względem militarnym.
— Gdzie jest otwór, przez który wylatują bomby? — zainteresowałem się.
— Nie wypatruj sobie oczu, i tak go nie widać. W porównaniu z rozmiarami płyt jest maleńki, a kiedy jest nieużywany, zamyka go przesłona. Dopóki się nie otworzy, nie mamy szans go zobaczyć.
— A otworzy się?
— Może po prostu sobie to obejrzyjmy.
Sammann nagłośnił dźwięk. Z głośników płynęła głośna kakofonia naturalnych odgłosów tła: świsty, pomruki, szum i buczenie różnej wysokości. Od czasu do czasu dawało się wychwycić jakieś słowo albo zdanie wypowiedziane podniesionym głosem, ale ludzie rzadko w ogóle się odzywali, a jeśli już, to najczęściej używali zwięzłego żargonu wojskowego.
— Niezidentyfikowany obiekt na drugiej — powiedział ktoś.
Obraz się obrócił, ktoś podkręcił powiększenie i trójkąt najpierw wypełnił ekran, a potem jego krawędź podzieliła kadr na dwie równe części: czarną i białą. Na czarnym tle pojawiła się szara plama: zlepek pikseli minimalnie jaśniejszych niż absolutna czerń rósł z każdą chwilą.
— Zbliża się — potwierdził ktoś inny.
Szum w tle trochę się zmienił: ludzie rozmawiali. Wydawało mi się, że słyszę orthyjską melodię zdań.
— Przygotować się do odskoku! — zakomenderowała stanowczo kolejna osoba.
Szpilołap pierwszy raz odwrócił się od okna i zogniskował na wnętrzu kapsuły. Po ponurym ujęciu płyty napędowej obraz wydał się nagle zaskakująco ostry, wyraźny i kolorowy. W ciasnym wnętrzu znajdowało się kilka osób: niektóre siedziały przy pulpitach przypięte do krzeseł, inne unosiły się w powietrzu, trzymając się uchwytów i przyciskając twarze do okien. Jednym z nich był z całą pewnością Jesry. Na środku kapsuły było widać wysokiego mężczyznę z niezwykłą fryzurą. Kiepsko się prezentował. W nieważkości jego włosy zachowywały się fatalnie. Twarz miał obrzmiałą i zielonkawą; z całą pewnością dręczyły go mdłości. Wydawał się zmęczony i zobojętniały, ale to mógł być wpływ leków na nudności. Imponująca szata gdzieś zniknęła, odsłaniając szczegóły figury, których naprawdę nikt poza jego osobistym lekarzem nie musiał znać. Dwóch ludzi usiłowało go wpasować w dziwaczny strój złożony z sieci rurek wplecionych w rozciągliwy materiał. Próby musiały już trwać jakiś czas, teraz jednak garderobiani zdwoili wysiłki; nawet jeden z gapiów oderwał się od okna i podfrunął im na pomoc. Niebiański Strażnik (nie miałem pewności, że to naprawdę on, ale pomyłka wydawała mi się mało prawdopodobna) otrząsnął się tymczasem na tyle, żeby dać do zrozumienia, że jest urażony. Pogroził szpilołapowi palcem. Jeden z jego asystentów zasłonił obiektyw.
— Prosimy dać Jego Spokojności odrobinę…
— Spokoju? — zatrzeszczał zza kadru głos Jesry’ego.
Padły cierpkie słowa, ale czyjś autorytatywny głos je uciszył i zamiast zwykłej kłótni usłyszeliśmy techniczny spór związany z właściwościami kombinezonu, którym próbowano obudować ciało Niebiańskiego Strażnika. Jeden z ludzi przy pulpitach odczytywał na bieżąco dane na temat zbliżającego się obiektu.
— Za chwilę jako pierwszy człowiek będziesz miał okazję porozmawiać z obcymi — powiedział Jesry. — Jaki masz plan?
Strażnik coś mu odpowiedział, krótko i niewyraźnie. Stał dalej od mikrofonu, źle się czuł i zdążył już wystarczająco dobrze poznać Jesry’ego, żeby wiedzieć, że ta rozmowa nie przyniesie nic dobrego.
Znowu pojawił się w kadrze: garderobiani ubrali go już w rurko-skafander i pomału obudowywali kombinezonem kosmicznym.
— Skąd wiesz, że Geometrzy rozpoznają tę ideę? — zapytał spoza kadru Jesry.
Kolejna przytłumiona, niezobowiązująca odpowiedź Strażnika (chociaż trzeba mu oddać sprawiedliwość: pomocnicy właśnie przymierzali mu hełm).
— Geometrzy? — powtórzyłem.
— Wygląda na to, że tak ich nazwano na konwoksie — odparł Sammann.
— Ja na twoim miejscu miałbym cały czas w pamięci listę podstawowych pytań, na które chciałbym poznać odpowiedzi — mówił tymczasem Jesry. — Na przykład: czy zabezpieczają się przed zakażeniem? To, czy się boją naszych zarazków, czy nie, może być znaczące.
Niebiański Strażnik zbył jego wypowiedź zdawkową sugestią, która jego asystentom wydała się zabawna.
— Oglądałeś kiedyś robaki pod lupą? — nie zrażał się Jesry. — Wiedziałbyś, czego się spodziewać. Wyglądają zupełnie inaczej, niż sądziliśmy, do tego stopnia, że w pierwszej chwili ich widok kompletnie człowieka oszałamia. Ale kiedy opanujesz te pierwsze gwałtowne emocje, możesz się dowiedzieć, jak funkcjonują ich organizmy; w jaki sposób na przykład się poruszają. Policz otwory w ciałach, wypatruj symetrii, szukaj powtarzalności. Może uda ci się stwierdzić, jak często oddychają. To by pozwoliło wyciągnąć pewne wnioski na temat ich metabolizmu.
Jeden z garderobianych przerwał Jesry’emu, upominając go, że pora się pomodlić. Strażnik miał na sobie już kompletny kombinezon, pozostało mu tylko włożyć hełm. Jego głowa — zmieniona nie do poznania w odsuniętych na czoło ciemnych okularach, słuchawkach na uszach i z mikrofonem przy krtani — sterczała z obszernej, sztywnej skorupy. Najlepiej jak umiał uścisnął ręce pomocników; nie było to łatwe w grubych rękawicach. Zamknęli oczy i zaczęli coś mówić unisono, ale przerwał im przytłumiony metaliczny stukot i chrzęst.
— Kontakt! — zawołał ktoś. — Złapali nas manipulatorem.