Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
Pukanie do drzwi, łączących pokój z izbą Randa, sparaliżowało wszystkich, Rand jednak z zadowoleniem zauważył, że Hurin nie czeka na pozwolenie, czy może chwycić za miecz. Ostrze ze znakiem czapli miał u pasa, idąc do drzwi, dotknął rękojeści. Zaczekał, aż Loial usadowi się na swoim długim łożu, tak układając nogi i poły kaftana, by jeszcze lepiej zamaskować okrytą kocem szkatułę wsuniętą pod łóżko, i dopiero wtedy uchylił drzwi.
Za nimi stał karczmarz, z nadmiaru gorliwości przestępował z nogi na nogę, podsuwał Randowi tacę. Leżały na niej dwa zapieczętowane pergaminy.
— Wybacz mi, mój panie — wydyszał Cuale. — Nie mogłem się doczekać, kiedy zejdziesz na dół, potem okazało się, że nie ma cię w twojej izbie, więc... więc... Wybacz mi, ale... — Potrząsnął tacą.
Rand porwał zaproszenia — tyle ich już dotychczas było — nie patrząc na nie, ujął karczmarza za ramię i obrócił go w stronę drzwi wychodzących na korytarz.
— Dziękuję ci, Cuale, za to żeś zajął się tym kłopotem. Jeśli zechcesz nas teraz zostawić samych, proszę...
— Ależ mój panie — zaprotestował Cuale — to od...
— Dziękuję ci. — Rand wypchnął mężczyznę na korytarz i stanowczym ruchem zamknął drzwi. — Dotychczas tego nie robił, lecz, jak myślisz, Loial, czy on podsłuchiwał za drzwiami, zanim zapukał?
— Zaczynasz już myśleć jak Cairhienowie. — Ogir zaśmiał się, ale z zadumą zastrzygł uszami i dodał: — On jednak jest Cairhieninem, więc rzeczywiście mógł podsłuchiwać. Moim zdaniem nie powiedzieliśmy nic, czego nie powinien był słyszeć.
Rand usiłował sobie przypomnieć. Żaden z nich nie wspomniał Rogu Valere, trolloków albo Sprzymierzeńców Ciemności. Otrząsnął się z rozmyślań na tym, cóż takiego Cuale mógł wyczytać z rzeczywistego tematu ich rozmowy.
— To miasto naprawdę działa na człowieka — mruknął do siebie.
— Mój panie? — Hurin trzymał pergaminy i wpatrywał się szerokimi oczyma w pieczęcie. — Mój panie, ten jest od lorda Barthanesa, głowy domu Damodred, a ten od... — ze zgrozą zniżył głos — króla.
Rand zlekceważył je machnięciem ręki.
— I tak powędrują do ognia jak pozostałe. Bez otwierania.
— Ależ mój panie!
— Hurin — powiedział cierpliwie Rand — sam mi tłumaczyłeś, a wraz z tobą Loial, zasady Wielkiej Gry. Jeśli udam się dokądkolwiek, gdzie mnie zapraszają, wówczas Cairhienowie będą się czegoś w tym doczytywali i pomyślą, że należę do czyjegoś spisku. Jeśli nie pójdę, też będą się czegoś dopatrywali. Jeśli wyślę odpowiedź; będą się w tym doszukiwali znaczenia i podobnie, jeśli nie odpowiem. A ponieważ połowa Cairhienów ewidentnie szpieguje drugą połowę, wszyscy tutaj wiedzą, co robię. Spaliłem pierwsze dwa i spalę także te, tak jak wszystkie inne.
Któregoś dnia nadszedł stos liczący aż tuzin pergaminów, wrzucił je do kominka w głównej izbie, bez przełamywania pieczęci.
— Nieważne, co o tym pomyślą, przynajmniej postępuję z wszystkimi jednakowo. Nie popieram nikogo w Cairhien i przeciwko nikomu nie występuję.
— Cały czas próbuję ci powiedzieć — odezwał się Loial — że moim zdaniem to nie działa w taki sposób. Cokolwiek byś zrobił, Cairhienin będzie się w tym dopatrywał jakiejś intrygi. W każdym razie to zawsze powtarzał Starszy Haman.
Hurin podał Randowi zapieczętowane zaproszenia takim gestem, jakby wręczał mu złoto.
— Mój panie, na tym odbito osobistą pieczęć Galldriana. Jego osobistą pieczęć, mój panie. A to jest osobista pieczęć lorda Barthanesa, który zaraz po królu dzierży największą władzę. Mój panie, jak je spalisz, to zyskasz najpotężniejszych wrogów, jakich tylko mógłbyś znaleźć. Dotychczas palenie zaproszeń uchodziło ci na sucho, bo inne rody czekają, by zobaczyć, do czego ty dążysz i myślą, że musisz mieć potężnych sojuszników, skoro ryzykujesz obrażaniem ich. Ale lord Barthanes... i król! Jak ich obrazisz, to z pewnością przystąpią do działania.
Rand przeczesał włosy palcami.
— A jeśli odmówię obydwóm?
— To nie uchodzi, mój panie. Do tej pory zaproszenia przysłały ci wszystkie domy bez wyjątku. Jeśli odrzucisz te, to cóż, co najmniej jeden z pozostałych domów uzna, że skoro nie jesteś sprzymierzony z królem albo lordem Barthanesem, wówczas mogą odpowiedzieć na obrazę, jaką było spalenie ich zaproszeń. Mój panie, słyszałem, że obecnie rody w Cairhien zatrudniają zabójców. Nóż na ulicy. Strzała z dachu. Trucizna w winie.
— Możesz przyjąć obydwa — podpowiedział Loial. — Wiem, że nie chcesz, Rand, ale to może być nawet zabawne. Wieczór na dworze lorda albo nawet w królewskim pałacu. Rand, Shienaranie uwierzyli w ciebie.
Rand skrzywił się. Wiedział, że Shienaranie przez przypadek uznali go za lorda, przypadkowe podobieństwo nazwisk, plotki wśród służby, a wszystko to nakręciły Moiraine i Amyrlin. Ale Selene również uwierzyła.
„Może ona też tam gdzieś będzie”.
Jednak Husin gwałtownie potrząsnął głową.
— Budowniczy, nie znasz Daes Dae’mar tak dobrze, jak ci się wydaje. Nie wiesz, jak obecnie w nią grają w Cairhien. W większości domów to by nie miało znaczenia. Mimo iż tak spiskują przeciwko sobie, że aż noże są w ruchu, udają, że niczego nie robią tam, gdzie wszyscy mogą zauważyć. Ale nie w przypadku tych dwóch. Dom Damodred dzierżył tron, dopóki Laman go nie utracił i teraz chce go odzyskać. Król by ich zniszczył, gdyby nie byli nieomal równie potężni jak on. Nie znajdziesz zagorzalszych rywali niźli dom Riatin i dom Damodred. Jeśli mój pan przyjmie oba zaproszenia, obydwa domy będą o tym wiedziały natychmiast po tym, jak wyśle odpowiedzi, i w obu pomyślą, że on należy do spisku, jaki knuje druga strona. Użyją noża i trucizny równie szybko, jak spojrzą na ciebie.
— I jak sądzę — warknął Rand — wystarczy, że przyjmę tylko jedno zaproszenie, drugi dom uzna, że jestem sprzymierzony z tym pierwszym.
Hurin przytaknął.
— I pewnie będą usiłowali mnie zabić, żeby udaremnić cokolwiek, w co jestem zamieszany.
Hurin ponownie przytaknął.
— Czy w takim razie masz jakieś pomysły, jak mam nie dopuścić, by którykolwiek z tych domów chciał zobaczyć mego trupa?
Hurin potrząsnął głową.
— Bardzo żałuję, że spaliłem te dwa pierwsze.
— Tak, mój panie. Zgaduję jednak, że to by nie sprawiło większej różnicy. Czyjego byś zaproszenia nie przyjął albo odrzucił, Cairhienanie czegoś by się w tym dopatrywali.
Rand wyciągnął dłoń, a Hurin ułożył na niej dwa zwoje pergaminu. Pierwszy był opieczętowany, nie drzewem i koroną domu Damodred, lecz szarżującym dzikiem Barthanesa. Na drugim widniał jeleń Galldriana. Najwyraźniej przez to, że nic nie robił, udało mu się wzbudzić zainteresowanie w najwyższych kręgach.
— Ci ludzie są szaleni — powiedział, starając się wymyślić jakieś wyjście z sytuacji.
— Tak, mój panie.
— Pozwolę, żeby mnie z nimi zobaczyli w głównej izbie — powiedział wolno. Wszystko, co ktoś z głównej izby zauważył w południe, docierało do dziesięciu rodów jeszcze przed zmrokiem, a do pozostałych przed następującym po nim świtem. — Nie będę przełamywał pieczęci. Dzięki temu dowiedzą się, że jeszcze nie odpowiedziałem na żadne z nich. Podczas gdy oni zaczają się, by zobaczyć, w którą stronę skoczę, ja może zarobię kilka dni. Ingtar musi już niebawem nadciągnąć. Musi.
— Teraz to jest myślenie godne Cairhienina, mój panie — zauważył Hurin, uśmiechając się szeroko.
Rand obdarzył go srogim spojrzeniem, po czym wepchnął pergaminy do kieszeni, dokładając je do listów od Selene.
— Chodźmy, Loial. Może Ingtar już przyjechał.