Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Oum w głowie złodzieja umilkł. Dengothaag za jego plecami drżał już tylko, wydając niski, buczący dźwięk. Gdzieś na górze, w mieście – Altsin wiedział to z taką pewnością, z jaką pewien był wschodów i zachodów słońca – wyznawcy Miecza przystawali, zdumieni, zmieszani i ogarnięci nagłymi wątpliwościami. Durwony na przedramionach przestały sączyć w ich serca bezwzględność i zdecydowanie. Ktoś zawahał się, widząc po drugiej stronie barykady twarz sąsiada, z którym jeszcze kilka dni temu pił wino, ktoś zamiast cisnąć pochodnię w wybite okno, upuścił ją na bruk.
Uwaga ich pana skupiła się na czymś innym.
Kazałem moim wiedźmom zabezpieczyć szczątki i nosić je przy sobie. By przypominały im i mnie, zwłaszcza mnie, że relacja między opiekunem a podopiecznym to coś innego niż to, co łączy pana i niewolnika.
Bitewna Pięść też musi to dostrzec. Gdy leżałeś u mnie nieprzytomny, wejrzałem w jego duszę. Nie wiedziałem jeszcze, kim jest, ale nie znalazłem tego, co z braku innego określenia nazywamy złem. Podłości, mściwości, głupoty, wynoszenia własnego ego nad dobro innych. Ma w sobie wspomnienia krwawego szaleństwa, lecz ja również je mam. W czasie tamtej wojny robiłem rzeczy, za które będę musiał zapłacić, jeśli kiedykolwiek wypuszczę pędy pod Pierwszym Drzewem…
– To bez sensu!
Jeśli tak twierdzisz… Może masz rację. Ale on musi wiedzieć, co Nieśmiertelni zrobili z ludźmi. Nie tylko widzieć we wspomnieniach spustoszone ziemie i spalone miasta, stosy trupów i rzędy grobów. Musi wiedzieć, dlaczego jego dzieci odwróciły się od niego. Tak jak od Gallega, Dress, Laal i innych. Niech wie, jaką stratą jest tylko raz w życiu poczuć dotyk miękki jak zimowe futro lisa. A potem już tylko patrzeć, jak wszystko ginie i płonie.
– Po co…
Bo nadszedł czas wyborów. Kres świata, jaki znamy. Bo daleko na północy zaczęła się budzić Ona. Pierwsza i Ostatnia, a czas wkrótce zwinie się w węża i połknie własny ogon. Albo i nie.
Bełkoczesz!, pomyślał ogarnięty nagłą wściekłością. On tu zaraz umrze, a ten drzewny bożek raczy go swoimi wymysłami.
Nie. Nie tym razem, chłopcze. Od stu lat nie byłem tak przytomny i świadomy tego, co mówię. I wierz mi, moje dzieci płacą za to wielką cenę. A ty jesteś głupcem nad głupcami. Przykuty do rodzącego się bóstwa, wiedzący, jak ono powstało, noszący w sobie inny kawałek duszy tego boga, dalej nie potrafisz poskładać tego do kupy. Tobie i jemu groziło Przemieszanie się. To dlatego tatuowano awenderi, dusza boga mieszkała w tych znakach, sięgając po ciało swojego sługi tylko wtedy, kiedy potrzebowała. To pozwalało spowolnić proces mieszania dusz, choć nie powstrzymywało go do końca. Dlatego niektórzy Nieśmiertelni zmieniali naczynia jak próżna kobieta suknie.
Altsin poczuł, do czego zmierza ta rozmowa, zobaczył na jej końcu odpowiedź na pytanie, którego nie zadał.
Już w czasach, które nazywacie Wojnami Bogów, starano się, aby ta wiedza została zapomniana, bo wiodła na ścieżkę prowadzącą do Przebudzenia. Nikomu nie zależało na tuzinach nowych ana’bóstw. Kluczem do Przebudzenia jest zaś ból, umartwienie ciała, sięgnięcie poza granice ludzkich możliwości. Tak robili i robią szamani najprymitywniejszych plemion, rzucając krwawe wyzwania duchom, nakłuwając swoje ciała, okaleczając je, znacząc bliznami. A gdy znajdą się o krok od śmierci, gdy ich dusze szykują się do opuszczenia ciała, otwiera się przed nimi świat duchów, które przychodzą i dają się spętać, zamknąć w znakach, amuletach i talizmanach – albo rozrywają takiego głupca na strzępy. Tak też postępują kapłani, szukający kontaktu ze swoimi bogami. Modlą się, medytują, poszczą, umartwiają się, wdychają niezdrowe opary bądź piją mikstury, których skład niewiele się różni od trucizn wlewanych królom do kielichów. Niektórzy tracą czwartą część wagi w rytuałach, które trwają czasem wiele dni i mają przybliżyć ich do Królestw Nieśmiertelnych. To łagodniejsza wersja, lecz chodzi o to samo: o otwarcie się na absolut, wyjście jedną nogą z własnego ciała, uchylenie furtki, którą dusza może je opuścić albo którą inne dusze mogą w nie wejść.
Jeśli chodzi o ból, to wtedy każdy z zepsutym zębem mógłby zostać półbogiem. Powinny być ich setki od czasów Wojen.
Głos Ouma w głowie Altsina stwardniał, nabrał ciemnych barw.
Sięgnij do wspomnień, które mu podkradłeś, i powiedz, co takiego istnieje dziś, czego nie było wtedy? Jak zmieniono oblicze świata? Jaką zbrodnię popełniono, jaki gwałt zadano istocie rzeczy, przez co tyle gałęzi odpadło od Drzewa Wieczności, a ich owoce zginęły? Na szczęście nie wszystkie, nie wszystkie…
Altsin poczuł w ustach żywiczny posmak, jakby połknięte „ziarno” próbowało się wydostać. Bóg Seehijczyków kontynuował:
Ten, kto spróbuje Otworzyć się na duchy, musi być wrażliwy na Moc, co bardzo zawęża grono kandydatów. Jego cierpienie musi być… absolutne, sięgające poza granice ludzkiej wytrzymałości, w miejsce, gdzie skamle się o śmierć. A już gdy przygotowywano kandydatów na awenderi, czasem co trzeci ginął albo popadał w obłęd. Tatuowano im ciała farbami, które były trujące albo piekły jak poparzenie morskiej osy, a przecież chodziło tylko o stworzenie naczynia dla kawałka bożej duszy. Nie liczy się zresztą jedynie cierpienie ciała, ale też umysłu. O rozpacz i brak nadziei. Najlepsi kandydaci na boże naczynia wywodzili się z tych, którzy nie mieli już nic do stracenia. To drugi warunek. Jednak żeby nastąpiło Przebudzenie, by powstała istota będąca zjednoczonym bytem składającym się z setek albo i tysięcy dusz, musi zostać spełniony i trzeci. W pobliżu Budzącego się powinna się znaleźć odpowiednia liczba odpowiednich duchów. Nie pierwszych lepszych, lecz zjednoczonych jakimś wspólnym celem. Kiedyś było o to łatwiej. Dużo łatwiej.
Oum umilkł, a Altsin miał wrażenie, że bóg odszedł na zawsze. Miecz brzęczał za jego plecami coraz wyższym tonem.
Wielki Kodeks – odezwał się ponownie bożek – zabrania bawienia się magią duchów. Przywoływania ich, więzienia, używania do tkania zaklęć. Ludzie mają prawo do korzystania tylko z aspektowanych źródeł, które zdołają opanować własnym umysłem. Wszystkie religie zgadzają się z tą polityką Meekhanu. Imperium nie może jednak kontrolować całego świata, a i sami bogowie muszą czasem przymknąć oczy na zwyczaje swoich wiernych. Dla przykładu Laal, która od wielu lat traciła ziemie i ludzi na rzecz Gallega, tolerowała, że jedno z plemion jej wyznawców zamiast wysyłać wszystkich zmarłych do Domu Snu, czci duchy przodków, pozwalając wędrować ze sobą najpotężniejszym z nich niczym stadu półdzikich psów. Tak jak za dawnych, dawnych czasów.
A teraz doszło do bitwy, i było dziecko, które zapewne kiedyś wyrosłoby na wielką czarownicę, było też cierpienie, nie tylko jej, bo tysiące umierały przez cały dzień, aż duchy, które lubią krew, zaczęły dostawać szału. A ona zaczęła się Otwierać. Dla tych, co umarli, to silniejsze od wszystkiego, ta żądza, by znów mieć ciało, oddychać, czuć deszcz na twarzy i wino szumiące w głowie. A potem…
Potem?
Przerwano Przebudzenie. Ktoś zajął się dziewczynką, zanim duchy weszły w jej ciało, choć dzieliło je od tego kilka chwil. Gdyby tego nie zrobiono… Ten miecz za twoimi plecami pożarł kilkaset, może tysiąc dusz i już ma aspiracje do boskości. Na tamtym polu bitwy było pięćdziesiąt, może sto tysięcy duchów. Nawet jeśli tylko co dziesiąty wszedłby w to dziecko, żywa noga nie pozostałaby w promieniu trzydziestu mil. Widziałeś kiedyś tłum ogarnięty szałem? Taki, który nie da się kontrolować, a pragnie tylko krwi i zniszczenia? Duchy zalałyby jej umysł, pamiętając jedynie cierpienie i ból, a ona…