Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Obrar robi jeszcze dwa kroki, odwraca się i wyciąga w jej stronę stalową rurkę wydobytą z rękawa. Szczęka sprężyna, mała strzałka mknie ku Deanie, talhery kreślą zawiły, niemożliwy do powtórzenia taniec i pocisk znika gdzieś pod kopulastym sufitem.
To nie jest przeciwnik dla niej, dopada go więc w dwóch skokach, wiąże sztych krótkim młynkiem, a drugą szablą tnie w nadgarstek. To jej sztuczka, to ona nauczyła swoich braci tego ciosu, po którym wróg zazwyczaj wrzeszczy i odskakuje, trzymając się za kikut dłoni.
Tak jak teraz Obrar z Kambehii.
Krew z przedramienia tryska jasnym strumieniem i dymi, gdy pada na czarne kamienie Oka.
Pomruk burzy nasila się.
Deana patrzy na taniec rannego księcia, widzi szok na jego twarzy, niewiarę w spojrzeniu, strach, po czym uznaje, że już dość, więc skacze i w płytkim zwodzie celuje w twarz, a gdy mężczyzna odruchowo unosi ręce w górę, drugą szablą trafia go w pierś.
Przytula się do niego, blisko, podtrzymuje. Pragnienie, by patrzeć na śmierć tego, który omalże nie odebrał jej wszystkiego, jest silne i… jakby nie jej. Ale patrzy. Obrar otwiera usta, kaszle i pluje krwią, oczy uciekają mu w głąb czaszki, nogi się uginają. Trzepocze się na jej szabli, aż w końcu ona, niezdolna dłużej go utrzymać, cofa się i wyrywa ostrze.
Oko eksploduje ogniem i przygasa.
Odszedł kolejny z potomków awenderi.
Plac, mury domów, dachy zapadają w otchłań ciszy, jakby nagle nikt nie wiedział, co robić.
Deana też nie wie. Łomotanie, rytm Oka cichnie w niej, a wraz z nim gaśnie sani. Czuje się wypalona, pusta i lekka jak wylinka zostawiona na piasku przez węża. Dłonie jej drżą, nogi się trzęsą. Ktoś woła jej imię, wychodzi naprzeciw temu głosowi. Mija granicę Oka, mija żołnierzy, którzy patrzą na nią jak na dziwne zjawisko spoza tego świata, niezdolni do ruchu. Słowiki, Trzciny i Bawoły przemieszane z gwardią Obrara zamieniły się chwilowo w kamienne posągi.
Staje na szczycie schodów.
Słyszy pojedynczy głos, przebijający się dwoma słowami przez szum tysięcy innych, dwoma słowami, które biją w całe miasto.
Agares achi! Agares achi! Agares aaachiiii!!!
Lekcje, których udzielał jej Samiy, powracają. Ognik – vaschi, żar – sanachi, płomień – achien. Mowa Ognia nie wyprze się pokrewieństwa z suanari.
Achi – płomień.
Płomień Agara.
Zerka na siebie, ciemnożółta ta’chaffda aż do kolan jest schlapana krwią, zacieki rozmazują się na kształt trawiących ją od dołu płomieni.
Szczerzy się uśmiechem, który mógłby przerazić szaleńca.
– Agares achi!!! – Dobiega ze wszystkich stron.
*
– Agares achi – powtarza chłopiec będący Okiem Boga. – Płomień Agara. I zgodnie z umową nie ma w tym wydarzeniu boskiej interwencji, są tylko śmiertelnicy, wiara i płomień trawiący ich dusze. – Unosi głowę i patrzy wyzywająco po wszystkich. – Czy ktoś uważa inaczej?
Dwie rzeczy dzieją się w sali jednocześnie.
Mężczyzna w czerwonym pancerzu puszcza rękę kobiety i sięga po jej laskę. Wyrywa do przodu, laska uderza o posadzkę i pryska na wszystkie strony rdzawym pyłem, uwalniając długie na cztery stopy, lśniące ostrze. Jego sztych mknie ku piersi siedzącego na tronie chłopca, lecz nagle staje mu na drodze huragan bieli.
To ta druga kobieta, cała w bieli, która do tej pory nie odezwała się ani słowem i wydawała się drzemać.
Jej szata opada na ziemię, odsłaniając czarne jak heban ciało, obleczone tylko w przepaskę biodrową i przystrojone w kilka złotych łańcuszków. Imponujący widok, zwłaszcza gdy patrzy się na trzymaną przez nią broń, przypominającą ciężką szablę z rozszerzonym sztychem i rękojeścią dwuręcznego miecza.
Atakujący mężczyzna stęka, gdy próbuje sparować cios zadany z góry, bo teraz wyraźnie widać, że kobieta jest od niego wyższa o głowę. Jej broń przełamuje niezgrabną zastawę i muska maskę przypominającą zasychający strup.
Maska pęka na tysiąc kawałków z odgłosem tłukącego się kryształu, odsłaniając…
Drugą.
Otwory na oczy przesłaniają dwa kawałki czegoś, co wygląda jak wulkaniczne szkło, pionowa szczelina, szeroka na ćwierć cala, zaczyna się pod podbródkiem i kończy tam, gdzie u człowieka jest nos. Ta maska nie jest maską, takie oblicza wyłaniają się z mroków pamięci, choć pamięć próbuje zepchnąć je w kąt przeznaczony dla legend i bajek.
Mężczyzna odskakuje, chwieje się na nogach. Jedną ręką wykonuje skomplikowany młynek bronią, drugą szarpie się za bok. Pancerz spada z niego z suchym szelestem, okazując się niczym więcej, jak kilkoma kawałkami cienkiej, pokrytej laką skóry. To maskarada, a skoro maski opadły, wojownik zamierza wystąpić we własnej postaci.
Czarnoskóra kobieta pozwala mu na to, przyglądając się spokojnie. Nie boi się, jej piękna twarz z wyraźnie rzeźbionymi kośćmi policzkowymi i pełnymi ustami nie wyraża nic poza podszytą obrzydzeniem ciekawością.
Pancerz jej przeciwnika ukazuje się w całej krasie. Jest biały, a w miejscach, gdzie pracują stawy, przechodzi w kolor starej kości słoniowej. To słabsze punkty i kobieta wpatruje się w nie uważniej.
– Venleggo – mówi cicho czarnoskóra olbrzymka. Słowo pada po raz pierwszy i tylko wojownik z pustyni, stojący obok gospodarza z mieczami w ręku, wydaje się zaskoczony. – To źle, że się wtrącacie.
Biały pancerz milczy, co teraz jest zrozumiałe, bo kobieta, z którą przyszedł, cofnęła się o kilka kroków i nikt nie może być jego ustami. Trzymana przez niego oburącz broń mierzy w pierś ciemnoskórej. Przegrał. Musi wiedzieć, że przegrał, bo tutaj, w komnacie pod świątynią Pana Ognia, tylko niespodziewany atak mógł dać mu szansę na zabicie tego chłopca. Jego towarzyszka stoi obok i patrzy na czarną olbrzymkę hardo, bez strachu.
– Nie udawaj, że jesteś zaskoczona, Demenayo. Wiedziałaś, kim jesteśmy. Odmówiono nam praw, więc bierzemy, co nasze.
Gospodarz wstaje z tronu i mijając swoją obrończynię, wychodzi im naprzeciw.
– Bierzecie? Nie wydaje mi się. Mieliście szansę, ale przegraliście. Uczciwie. A w zamian próbowaliście skrytobójczego zamachu.
Wąska klinga drży, lecz nie zbliża się do Samiyego nawet na włos.
Każdy chce żyć.
– Odejdziesz. Przez pamięć dawnych sojuszy i rozpacz po kaaf. Ale nie obowiązują nas już żadne obietnice ani przyrzeczenia. Chcecie wojny, będziecie ją mieli. A jak ona wygląda, patrz.
*
Krzyczy plac, mury domów, dachy. Tłum ogarnia religijna ekstaza. Ktoś wyrywa się za kordon żołnierzy, tańczy, kręci się i wiruje, jakiś pawężnik zamierza się włócznią, ale nagle przewraca – pchnięty dłońmi, wieloma dłońmi – a jego towarzysze szarpią się chwilę, po czym zbijają w ochronny krąg, zamykają za ścianą tarcz jak w twierdzy, gdzieś za plecami Deany wybucha szczęk ostrzy, odwraca się powoli, gdyby ktoś zamierzył się na nią, padłaby od pierwszego ciosu, bo talhery ma ciężkie jak kowadła, ledwo może utrzymać je w dłoniach, ale nie, to nie ona jest celem ataku, to żółć, zieleń, brąz i czerwień zwarły się w walce, każdy przeciw każdemu, takie ma wrażenie, choć czerwone tuniki gwardii Obrara padają częściej, a wokół niej wyrasta nagle mur dwóch, trzech szeregów zbrojnych, to Słowiki oddzielają ją od świata, znalazły wreszcie swoją lojalność, swoją chwilę, zerka na twarze młode i stare, odziane w strach, uwielbienie i poczucie winy, i wie, że są jej, nie na zawsze, o nie, ale teraz, w tym momencie, trzyma ich życie w dłoni, choć żaden nawet nie pomyśli, by podejść, podtrzymać, pomóc, a ona zaraz się przewróci…