Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Takich pasażerów, co nie mają biletów – powiedział kiedyś Amalii. – Takich, co nie są pasażerami firmy „Morales”, tylko firmy Ambrosio Pardo.
– A jak don Hilario się dowie? – powiedziała na to Amalia.
– Szefowie wiedzą, jak jest – Pantaleón mu to wytłumaczył, Amalio. – I udają głupich, bo i tak wychodzą na swoje płacąc nam głodowe pensje. Między nami złodziejami, kapujesz, bracie.
W Tingo Maria Pantaleón przygadał sobie jedną wdowę, która nie wiedziała, że on ma w Pucallpa żonę i troje dzieci, ale zdarzało się, że nie szedł do wdowy, tylko razem z Ambrosiem przegryźć coś w taniej restauracyjce „Światło Dnia”, a potem czasami do burdelu, gdzie jakieś okropnie wychudzone mizeroty brały po trzy sole. Ambrosio towarzyszył mu z przyjaźni, nie rozumiał, jak Pantaleónowi mogą się podobać te kobiety, on nigdy by się z nimi nie zadawał ani by im nie płacił. Naprawdę, Ambrosio? Naprawdę, Amalio: krępe, brzuchate, szkaradne. A poza tym przyjeżdżał taki zmęczony, że choćbym nawet chciał, to i tak bym cię nie mógł zdradzić, Amalio.
Na początku Amalia bardzo poważnie traktowała pilnowanie zakładu z trumnami. Właściciel był inny, ale nic się nie zmieniło. Don Hilario nigdy nie przychodził do sklepu; był tu ten sam pracownik co przedtem, chłopiec o chorowitej twarzy, który przez cały czas siedział na balustradzie i gapił się głupio na sępy wygrzewające się na dachu szpitala i kostnicy. Jedyne pomieszczenie sklepowe było zapchane trumnami, przeważnie maleńkimi i białymi. Były nie heblowane i ordynarne, tylko od czasu do czasu trafiała się jakaś lepiej zrobiona i lakierowana. W pierwszym tygodniu sprzedano tylko jedną. Mężczyzna bez butów í bez marynarki, ale w czarnym krawacie i ze ściągniętą smutkiem twarzą, wszedł do zakładu i zaraz wyszedł dźwigając na ramieniu małą trumienkę. Minął Amalię, a ona przeżegnała się. W drugim tygodniu nikt nic nie kupił; w trzecim sprzedano dwie: jedną dziecięcą i jedną dużą. Nie wygląda to na taki świetny interes, Amalio, zaczynał się niepokoić Ambrosio.
Po miesiącu Amalia zarzuciła pilnowanie sklepu. Nie może spędzać całego życia na progu chaty, z Amalitą Hortensją na ręku, zwłaszcza że trumny wynoszono tak rzadko. Zaprzyjaźniła się z doña Lupe, ciągle ze sobą rozmawiały, razem jadły obiad, spacerowały po rynku, po ulicy Comercio, zaglądały na przystań. Kiedy było bardzo gorąco, szły nad rzekę i kąpały się w koszulach, a potem jadły słodycze w cukierni Wong, gdzie sprzedawano lody. W niedzielę Ambrosio odpoczywał; całe rano spał, a po obiedzie wybierał się razem z Pantaleónem na mecz piłki nożnej do Yarinacocha. Po południu zostawiali
Amalitę Hortensję u doñi Lupe i szli do kina. Ludzie już ich znali, pozdrawiali ich na ulicy. Doña Lupe wchodziła do ich chaty jak do siebie; kiedyś napatoczyła się na Ambrosia, jak całkiem nagi myl się w ogrodzie, i Amalia pękała ze śmiechu. Oni też, kiedy chcieli, wchodzili do domu doñi Lupe, pożyczali to czy tamto. Kiedy mąż doñi Lupe przyjeżdżał do Pucallpa, siadał razem z nimi na ulicy w wieczornym chłodzie. Był już stary i otwierał usta tylko wtedy, kiedy chciał pogadać o swojej fermie i o długach, jakie ma w Banku Rolnym.
– Jestem zadowolona, tak mi się zdaje – powiedziała pewnego dnia Amalia do Ambrosia. – Już się przyzwyczaiłam. I ty nie jesteś już teraz taki oschły jak na początku.
– Jasne, że się przyzwyczaiłaś, to widać – odparł Ambrosio. – Chodzisz bez butów i z parasolem, już z ciebie prawdziwa góralka. Tak, ja też jestem zadowolony.
– Najważniejsze, że już mało co myślę o Limie – powiedziała Amalia. – Już prawie mi się nie śni moja pani, prawie nigdy nie myślę o policji.
– Jakeście tu przyjechali, pomyślałam jak ona może z nim żyć – powiedziała raz doña Lupe. – Ale teraz ci mówię, miałaś szczęście, żeś go sobie znalazła. Wszystkie kobiety z tego miasta chciałyby go za męża, chociaż taki czarny i w ogóle.
Amalia się śmiała: to prawda, dobrze się z nią obchodził, o wiele lepiej niż w Limie, i dla Amality Hortensji też był bardzo czułym ojcem. Ostatnio był o wiele weselszy i odkąd mieszkali w Pucallpa, ani razu się z nim nie pokłóciła.
– Byliśmy szczęśliwi, ale do czasu – mówi Ambrosio. – Cała rzecz w tym, że nam nie starczało pieniędzy, paniczu.
Ambrosio myślał, że dzięki dodatkowym zarobkom uzyskiwanym bez wiedzy don Hilaria uda im się zawsze dociągnąć do pierwszego. Ale nie, raz że pasażerów było niewielu, a po drugie don Hilario wpadł na pomysł, że koszty reperacji wozu pokrywa w połowie przedsiębiorstwo, a w połowie kierowca. Don Hilario oszalał, Amalio, jeżeli on się na to zgodzi, to zostanie bez grosza. Spierali się i stanęło na tym, że Ambrosio będzie płacił dziesięć procent reperacji wozu. Ale w drugim miesiącu don Hilario kazał mu zapłacić piętnaście, a kiedy poszło zapasowe koło, chciał, żeby Ambrosio zapłacił za nowe. Ale jak to, don Hilario, co pan sobie myśli. Don Hilario zmierzył go wzrokiem: lepiej się nie kłóć, bo wyjdą na jaw wszystkie twoje sprawki, a co, może Ambrosio nie zarabia dodatkowo za jego plecami? Ambrosio nie wiedział, co na to odpowiedzieć, ale don Hilario wyciągnął do niego rękę: no, no, jesteśmy przecież w przyjaźni. Zaczęli pod koniec miesiąca żyć z pożyczek i zaliczek, które dawał swoim pracownikom sam don Hilario. Pantaleón, widząc, że mają kłopoty, poradził im nie wynajmujcie tego domu, tylko sprowadźcie się na przedmieście i wybudujcie sobie chatkę obok mojej.
– Nie, Amalio – powiedział wtedy Ambrosio. – Nie chcę, żebyś zostawała sama, jak ja będę na trasie, na przedmieściach pełno różnej hołoty. A poza tym stamtąd nie mogłabyś pilnować zakładu pogrzebowego.
IV
– Kobieca mądrość – powiedział Garlitos. – Nawet gdyby Anna to robiła z premedytacją, nigdy by jej się tak nie udało. Ale ona tego nie reżyserowała, kobiety nigdy sobie z góry nie aranżują takich spraw. Dają się nieść instynktowi i to ich nigdy nie zawodzi, Zavalita.
Czy to wtedy, gdy Anna przeniosła się do Ica, powrócił ów błogosławiony, nieustający smutek, Zavalita, ów nieokreślony niepokój, który spadał na ciebie nieoczekiwanie, kiedy jadąc miejskim autobusem liczyłeś dni do niedzieli? Musiał przesunąć swoje rodzinne obiady, teraz bywał w domu w soboty. W niedzielę wyjeżdżał wczesnym rankiem mikrobusem sprzed samego pensjonatu. Przez całą drogę spał, do późnego wieczora był razem z Anną i potem wracał. Te cotygodniowe wyprawy biły cię po kieszeni, myśli, teraz już zawsze Garlitos stawiał piwo w „Negro-Negro”. Czy to jest miłość Zavalita?
– A niech cię – powiedział Garlitos. – A niech was oboje, Zavalita.
Poznał też w końcu rodziców Anny. Ojciec pochodził z Huancayo, był to gadatliwy grubas, który przez większą część swego życia uczył historii i języka hiszpańskiego w liceach państwowych, matka była Mulatką, miłą i w natarczywy sposób życzliwą. Ich dom przylegał do rozgrodzonego podwórka szkoły; kiedy się tam zjawiał, przyjmowali go z hałaśliwą, przesadnie wylewną gościnnością. Te obfite obiady, które zatruwały ci każdą niedzielę, te pełne niepokoju spojrzenia, które wymieniałeś z Anną zastanawiając się, kiedy wreszcie się skończy triumfalna parada najróżniejszych dań. Kiedy się kończyła, wychodzili i spacerowali po pustych, zalanych słońcem ulicach, szli do kina, żeby móc się popieścić, na rynku kupowali sobie coś do picia, wracali do domu, gdzie mogli pogadać i wymieniać szybkie pocałunki w saloniku pełnym glinianych figurek. Czasami Anna jechała na sobotę i niedzielę do krewnych i wtedy mogli spędzić parę godzin w jakimś hoteliku w śródmieściu.