Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Zamiast kawalerskiego wieczoru odbyło się velorio, czuwanie nad zmarłym, myśli. Całą noc i następny dzień spędzili w domu Becerrity w zapadłym kącie dzielnicy Barrios Altos. Ta tragikomiczna noc, Zavalita, tania farsa. Reporterzy z kryminalnego siedzieli zatroskani, jakieś kobiety wzdychały nad trumną w tym pokoiku o nędznych meblach, gdzie stare fotografie w owalnych ramkach zasłonięto krepą. Po północy, jak nagły powiew zimnego wiatru, zjawiła się dama w żałobie, z małym chłopcem, i weszła do pokoju wśród przerażonych szeptów: psiakrew, pierwsza żona Becerrity; psiakrew, syn Becerrity. Pomiędzy aktualną rodziną a przybyszami zanosiło się na awanturę, padały wyzwiska przeplatane wybuchami płaczu. Obie kobiety były chyba w tym samym wieku, myśli, miały taki sam wyraz twarzy, a chłopiec był podobny jak dwie krople wody do chłopaków drugiej żony. Obie rodziny trzymały straż po obu stronach trumny i wymieniały ponad zwłokami nienawistne spojrzenia. Przez całą noc kręcili się po domu kudłaci dziennikarze jak z epoki króla Ćwieczka, przedziwne postacie w wytartych garniturach i halsztukach, a następnego dnia zleciały się na cmentarz całe tłumy zrozpaczonych kuzynów, facetów o twarzach alfonsów i lunatyków, policjanci, tajniacy, stare wysłużone kurwy o wymalowanych oczach szklących się od łez. Arispe odczytał przemówienie, po nim jakiś urzędnik z policji śledczej, i wtedy wyszło na jaw, że Becerrita od dwudziestu lat pracował dla policji. Garlitos, Norwin i Santiago wyszli z cmentarza ziewając, z bólem w kościach, i w knajpie na Santo Cristo, niedaleko Szkoły Policyjnej, zjedli placki kukurydziane, których smak zatruwał im cień Becerrity unoszący się nad nimi przez cały czas. – Arispe mi obiecał, że nie napisze ani słowa, ale mu nie ufam – powiedział Santiago. – Dopilnuj tego, Garlitos. Żeby jakiś dowcipniś nie zrobił kawału.
– Wcześniej czy później twoja rodzina i tak się dowie, że się ożeniłeś – powiedział Garlitos. – No ale niech ci będzie, dopilnuję.
– Wolę, żeby się dowiedzieli ode mnie, a nie z gazet – powiedział Santiago. – Jak wrócę z Ica, pogadam ze starymi. W miodowym miesiącu nie chcę mieć żadnych rodzinnych drak.
Tego wieczoru, w przeddzień ślubu, Garlitos i Santiago wyskoczyli po pracy do „Negro-Negro”. Trochę żartowali, wspominali różne okazje, które ich zagnały w to miejsce o tej samej porze do tego samego stolika, i Garlitos był nie w sosie, Zavalita, jakbyś wyjeżdżał na zawsze. Myśli: tego wieczora nie upił się, nie był zalany. W pensjonacie przesiedziałeś sam te kilka godzin do rana i nie spałeś, Zavalita, paliłeś, przypominałeś sobie, jaką osłupiałą minę miała pani Lucía, kiedy ją zawiadomiłeś o ślubie, starałeś się sobie wyobrazić, jak będzie wyglądało życie razem z kimś drugim w tym małym pokoiku, czy nie będzie zbyt wielkiego zamieszania, czy nie będziesz się w tym dusił i co na to wszystko powiedzą twoi starzy. Kiedy słońce wzeszło, starannie spakował walizkę. Zamyślonym spojrzeniem obrzucił pokój, łóżko, małą półeczkę z książkami. Mikrobus przyjechał o ósmej. Pani Lucía wyszła w szlafroku, żeby go pożegnać, ciągle jeszcze zdumiona i oszołomiona, tak, oczywiście, nic nie powie jego tatusiowi, po czym go uścisnęła i pocałowała w czoło. Do Ica przyjechał o jedenastej i zanim poszedł do Anny, zadzwonił jeszcze do hotelu w Huacachina i potwierdził rezerwację pokoju. Ciemny garnitur, który poprzedniego dnia przyniósł z pralni, pogniótł się w walizce i matka Anny mu go odprasowała. Rodzice Anny, aczkolwiek niechętnie, spełnili jego prośbę: żadnych gości. Tylko pod tym warunkiem godzisz się na ślub kościelny, tak ich uprzedziła Anna, myśli. We czwórkę poszli do magistratu, zaraz potem do kościoła, a w godzinę później już jedli obiad w Hotelu Turystycznym. Matka szeptała o czymś z Anną, ojciec odgrzewał stare kawały i pił, bardzo zgnębiony. I Anna, Zavalita: jej biała suknia, jej szczęśliwa twarz. Kiedy chcieli wezwać taksówkę, która ich miała zawieźć do Huacachina, matka wybuchnęła płaczem. I te trzy dni z miodowego miesiąca spędzone nad zielonkawymi, cuchnącymi wodami jeziora, Zavalita. Spacery po wydmach, myśli, głupie rozmowy z innymi nowożeńcami, długie sjesty, partie ping-ponga, które Anna zawsze wygrywała.
– Liczyłem dni, nie mogłem się doczekać, kiedy minie pół roku – mówi Ambrosio. – I jak tylko minęło, zaraz poleciałem do niego.
Pewnego dnia, nad rzeką, Amalia zdała sobie sprawę, że przyzwyczaiła się do Pucallpa bardziej, niż przypuszczała. Kąpały się razem z doña Lupe, a potem, kiedy Amalita Hortensja spała pod wetkniętym w piasek parasolem, podeszło do nich dwóch mężczyzn. Jeden był siostrzeńcem męża Dotti Lupe, a drugi komiwojażerem, który poprzedniego dnia przyjechał z Huanuco. Nazywał się Leoncio Paniagua i usiadł obok Amalii. Rozwodził się dużo nad tym, jak to podróżuje po Peru z racji swojego zawodu i opowiadał, w czym są do siebie podobne i czym się różnią Huancayo, Cerro de Pasco, Ayacucho. Chce mi zaimponować tymi podróżami, pomyślała Amalia śmiejąc się sama do siebie. Pozwoliła mu przez jakiś czas robić miny wielkiego podróżnika i znawcy i w końcu powiedziała: a ja to jestem z Limy. Z Limy? Leoncio Paniagua nie chciał wierzyć: przecież ona mówi zupełnie tak jak wszyscy ludzie tutaj, i akcent, i wyrażenia, i wszystko.
– Oszalałeś? don Hilario popatrzył na niego zdumiony. – Interes idzie dobrze, ale to całkiem normalne, że dotąd były tylko wydatki. Myślisz, że po pół roku już można mieć zyski?
Kiedy wracały do domu, Amalia spytała donę Lupe, czy to prawda, co jej mówił Leoncio Paniagua: tak, pewnie, że tak, wyraża się już tak samo jak każda kobieta stąd, możesz być dumna. Amalia pomyślała, jakby się dziwiły wszystkie jej znajome z Limy, gdyby ją teraz słyszały: ciotka, pani Rosario, Carlota i Simula. Ale ona wcale nie zauważyła, żeby coś się zmieniło w jej sposobie mówienia, doña Lupe, a doña Lupe z chytrym uśmieszkiem: ale cię czarował ten z Huanuco, Amalio. A tak, doña Lupe, i niech pani sobie wyobrazi, chciał ją nawet zaprosić do kina, ale Amalia oczywiście odmówiła. Zamiast się zgorszyć, doña Lupe zaczęła jej robić wymówki: ty głupia. Trzeba było się zgodzić, Amalia jest młoda, masz prawo się rozerwać, co, może ona myśli, że Ambrosio, jak jest w Tingo María, to się nie bawi po nocach? Amalia udała, że tym razem to ona jest zgorszona.
– Wziął wszystkie papiery i wyliczył mi się co do grosza – mówi Ambrosio. – Ażem zgłupiał, tak mnie zagiął.
– Podatki, opłaty, koszty utrzymania sprzedawcy większe, niż się spodziewałem – don Hilario grzebał w rachunkach i podtykał mi je pod nos, Amalio. – Wszystko jak w zegarku. Jesteś zadowolony?
– Żeby tak prawdę powiedzieć, to nie za bardzo, don Hilario – powiedział Ambrosio. – Przyszedłem tak, jakeśmy uzgodnili, i myślałem, że coś dostanę, don.
– A tu kwity od tego idioty – zakończył don Hilario. – Ja sam nic nie biorę za zarządzanie, ale chyba nie chcesz, żebym sprzedawał trumny, co? I chyba nie powiesz, że dużo mu płacę. Sto solów miesięcznie to tyle co nic, nawet dla idioty.