Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 139 140 141 142 143 144 145 146 147 ... 163
Перейти на страницу:

– Może pani prosić o wszystko, ale tam na górze – powiedział miękko i z wielką powagą. – Idziemy czy mam się wynosić?

– Nabrałeś złych manier u Złotego Jaja – powiedziała Queta ostrym tonem.

– To znaczy, że nie – mruknął wstając ze stołka. – No więc dobranoc.

Ale ręka Quety przytrzymała go w momencie, gdy już odchodził. Zobaczyła, jak nieruchomieje, jak odwraca się do niej i bez słowa patrzy na nią, przynaglając ją wzrokiem. Dlaczego? pomyślała zdziwiona i wściekła, przez ciekawość, czy co? Czekał nieruchomy jak posąg. Pięćset plus sześćdziesiąt za pokój, i tylko jeden jedyny raz, i ledwo słyszała własne słowa, ledwo poznawała własny głos, jasne? A on, leciutko kiwając głową: jasne. Wzięła od niego pieniądze za pokój, kazała mu iść na górę i czekać pod dwunastką, a kiedy znikł na schodach, to jeszcze ten Robertito: ze złośliwym słodko-kwaśnym uśmiechem na bezwłosej twarzy zabębnił kluczykiem o kontuar. Queta cisnęła mu pieniądze.

– Coś takiego, Quetita, nie chce mi się wierzyć – wycedził rozkoszując się jej widokiem, mrużąc oczy. – Pójdziesz zabawiać czarnucha.

– Daj klucz – powiedziała Queta. – I nie odzywaj się do mnie, ty pedale, dobrze wiesz, że to na mnie nie robi wrażenia.

– Ale się nadymasz, odkąd masz stosunki z najbliższą rodziną pana Bermudeza – powiedział ze śmiechem Robertito. – Prawie tu nie przychodzisz, a jak już przyjdziesz, to nas traktujesz jak psy, Quetita.

Wyrwała mu klucz. W połowie schodów otarła się o Malvine, która zanosiła się od śmiechu: tam jest ten Murzyn, co to w zeszłym roku, Quetita. Wskazywała ręką w jego stronę, i nagle oczy jej zabłysły, aha, on przyszedł do ciebie, i klepnęła ją po ramieniu. Ale co ci strzeliło do głowy, Queta.

– To przez tego gówniarza Robertita – powiedziała Queta. – Nie mogę ścierpieć jego bezczelnych dowcipasów.

– Zazdrosny, nie zwracaj na niego uwagi – roześmiała się Malvina. – Wszyscy ci teraz zazdroszczą, Quetita. Tym lepiej dla ciebie, głupia.

Czekał przed drzwiami dwunastki. Queta otworzyła, a on wszedł i przysiadł na brzegu łóżka. Przekręciła klucz w zamku, przeszła do pomieszczenia z umywalką, zaciągnęła firankę, zapaliła światło i dopiero teraz wsunęła głowę do pokoju. Siedział spokojny i poważny pod jarzącą się żarówką z okrągłym kloszem, ciemny na tle różowej narzuty.

– Czekasz, żebym cię rozebrała? – powiedziała ze złością. – Chodź, to ci umyję.

Zobaczyła, jak się podnosi i podchodzi, nie spuszczając z niej wzroku, stracił swoją pewność siebie, już mu się nie spieszyło, był tak samo pokorny jak za pierwszym razem. Kiedy stał przed nią, szybkim i niemal roztargnionym ruchem włożył rękę do kieszeni, jakby sobie przypomniał o czymś ważnym. Powoli, trochę zawstydzony, podał jej banknoty, płaci się z góry, prawda? Jakby jej wręczał list zawierający złe wiadomości: jest, jak trzeba, niech policzy.

– Widzisz, jak drogo cię kosztuje ten kaprys – powiedziała Queta wzruszając ramionami. – Co mi tam, sam wiesz, co robisz. No, zdejmuj spodnie i daj się wreszcie umyć.

Przez chwilę jakby się zawahał. Ostrożnie podszedł do krzesła, widać było, jak bardzo jest zmieszany, i Queta, zerkając znad umywalki, zobaczyła, że siada, zdejmuje buty, marynarkę, sweter, spodnie i układa to wszystko nieskończenie powolnymi ruchami. Zdjął krawat. Podszedł do niej stąpając z taką samą ostrożnością, rytmicznie, w napięciu stawiając długie nogi, wysuwające się spod białej koszuli. Kiedy się znalazł koło niej, ściągnął kalesony, trzymał je chwilę w rękach, a potem, już nie składając, rzucił na krzesło. Kiedy go mydliła i polewała wodą, nie próbował nawet jej dotknąć. Stał wyprężony tuż koło niej, jego broda ocierała się o nią, oddychał równo i głęboko. Podała mu papier toaletowy, żeby się wytarł, a on zrobił to z drobiazgową dokładnością, tak jakby chciał zyskać na czasie.

– Teraz ja – powiedziała Queta. – Idź tam i zaczekaj na mnie.

Usłuchał i zobaczyła w jego oczach niewypowiedziane ukojenie, zanikający, ulotny cień zawstydzenia. Zasunęła firankę i napełniając umywalkę gorącą wodą słyszała jego długie urywane kroki na drewnianej podłodze i skrzypnięcie łóżka, kiedy się położył. Skubaniec, zaraził mnie swoim ponuractwem, pomyślała. Umyła się, wytarła, weszła do pokoju i zbliżając się do łóżka zobaczyła, że leży twarzą do góry, zasłoniwszy ramionami oczy, ciągle jeszcze w koszuli, na pół goły pod stożkiem światła, pomyślała jak na sali operacyjnej, jakby zaraz mieli go wziąć pod lancet. Zdjęła spódnicę i bluzkę i w pantoflach podeszła do niego; ciągle leżał nieruchomo. Spojrzała na jego brzuch: kępka włosów, których czerń odcinała się od barwy skóry tylko dlatego, że połyskiwały na nich kropelki wody, a niżej członek, miękki i sflaczały pomiędzy nogami. Podbiegła do kontaktu i zgasiła światło. Wróciła i położyła się koło niego.

– Tak się spieszyłeś, żeby tu przyjść, żeby zapłacić, a teraz guzik z tego – powiedziała widząc, że nie robi najmniejszego gestu. – Tylko po to?

– Bo pani mnie źle traktuje – usłyszała jego głos, zduszony i tchórzliwy. – Nawet pani nie udaje. A ja nie jestem zwierzę, mam swoją dumę.

– Zdejmij koszulę i przestań się wygłupiać – powiedziała Queta. – Myślisz, że się ciebie brzydzę? Skąd, mnie tam wszystko jedno, czy z chińskim cesarzem, czy z tobą, czarnuchu.

Usłyszała, że się podnosi, odgadła w ciemnościach jego posłuszne ruchy, mignęła biała plama koszuli, którą rzucił na krzesło oświetlone wątłym blaskiem sączącym się z okna. Nagi znów znalazł się obok niej. Słyszała oddech, teraz już nieco szybszy, poczuła, że jej chce, że ją dotyka. Upadła na plecy i w chwilę później przygniotło ją jego spocone ciało. Dyszał niespokojnie tuż nad jej uchem, jego wilgotne dłonie sunęły po jej skórze, i poczuła, jak miękko w nią wchodzi. Chciał jej zdjąć stanik, więc mu pomogła, obracając się lekko na bok. Jego zwilgotniałe wargi błądziły po jej szyi i ramionach, słyszała, jak sapie, czuła jego ruchy; objęła go nogami i głaskała jego plecy, jego spocone pośladki. Pozwoliła się całować w usta, ale zacisnęła zęby. Po urywanych, zdyszanych odgłosach poznała, że to już koniec. Zsunęła go z siebie, a on odtoczył się na bok jak nieżywy. Po ciemku włożyła pantofle, poszła do umywalki, a kiedy wróciła i zapaliła światło, on znowu leżał na plecach, ramionami zasłoniwszy twarz.

– Od dawna o tym marzyłem – usłyszała wkładając biustonosz.

– Teraz pewnie będziesz żałował tych pięciuset solów – powiedziała Queta.

– Co mam żałować – usłyszała, jak się śmieje, ciągle z zasłoniętą twarzą. – Nigdy lepiej nie wydałem forsy.

Wkładając spódnicę usłyszała znowu jego śmiech i zdziwiła się, brzmiał tak szczerze.

– Naprawdę źle cię traktowałam? – powiedziała Queta. – To nie o ciebie mi chodziło, to przez Robertita. Cały czas gra mi na nerwach.

– Mogę teraz zapalić papierosa, tak jak jestem? – powiedział. – Czy muszę już iść?

– Zapal sobie nawet trzy, jeżeli chcesz – powiedziała Queta. – Tylko najpierw idź się umyj.

Kawalerski wieczór, pożegnanie, jakiego jeszcze nie było: miało się zacząć w południe, w „Rinconcito Cajamarquino”, od kreolskiego obiadu, na którym mieli być tylko Garlitos, Norwin, Solórzano, Periquito, Milton i Darío; potem mieli pójść w kurs po knajpach, a o siódmej mały cocktailik z kilkoma dziewczynami i z dziennikarzami z innych redakcji, w mieszkaniu Chinki (wtedy akurat byli z Carlitosem w zgodzie); i wreszcie Garlitos, Norwin i Santiago mieli, już tylko we trójkę, zakończyć noc w jakimś kabarecie. Ale w wieczór poprzedzający pożegnanie Garlitos i Santiago wróciwszy po obiedzie do redakcji zobaczyli nagle, jak Becerrita wali się na swoje biurko, rozpaczliwie bełkocąc jakieś przekleństwo. To jego padające tłuste ciało i biegnący w jego stronę dziennikarze. Podnieśli go: twarz miał ściągniętą w grymasie nieopisanego niesmaku, a skórę siną. Wlali mu w usta alkoholu, rozluźnili krawat, wachlowali go. Leżał nieprzytomny, bez ruchu, i rzęził. Arispe i dwóch z kryminalnego zawieźli go samochodem do szpitala; w dwie godziny później zadzwonili, że umarł na wylew krwi do mózgu. Arispe zredagował nekrolog, który wydrukowano w żałobnej ramce: „Na posterunku”, myśli. Redaktorzy z kryminalnego wymyślili kupę epitetów i pochwalnych frazesów: jego zawsze żywy umysł, jego wkład w rozwój dziennikarstwa peruwiańskiego, pionier w dziedzinie kronik i reportaży kryminalnych, ćwierć wieku na szańcach dziennikarstwa.

1 ... 139 140 141 142 143 144 145 146 147 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)