Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Z przodu, tam mniej więcej, gdzie powinna być kajuta Mitrofaniusza, powiewało coś białego. Kiedy podeszła bliżej, ujrzała, że to poruszają się zasłonki – i nie w kajucie archijereja, tylko w sąsiedniej, w której podróżuje osławiony prorok. Na pewno otworzył okno i zapomniał o tym. Sam zaś wyszedł albo zasnął.
Strasznie zachciało się choć okiem rzucić na tymczasowe przytulisko szarlatana. Jeśli przejść po prostu obok i całkiem nieznacznie zerknąć, to chyba nic takiego?
Na wszelki wypadek rozejrzała się i przekonała, że wokół nie ma żywej duszy, zwolniła więc kroku, żeby mieć czas zerknąć dokładniej.
U Manujły paliła się lampa – bardzo sposobnie.
Pelagia statecznie doszła do okienka, kątem oka spojrzała w prawo i omal się nie potknęła. Prorok był u siebie i, jak się zdawało, spał, tyle że nie na kanapie jak każdy normalny człowiek, ale na podłodze, i to z rozkrzyżowanymi rękami. Może u tych „znajd" jest to przyjęte? A może Manujła złożył jakieś szczególne śluby?
Mniszka podsunęła się nieco bliżej okna i uniosła na palcach.
Coś dziwnego – na twarzy śpiącego bielały w oczodołach dwa jajka. Pelagia przycisnęła okulary do nosa i zmrużyła oczy, żeby lepiej przyjrzeć się dziwowisku.
Chwilę później, kiedy wzrok przystosował się do przyćmionego oświetlenia kajuty, już było wiadomo: to nie jajka, ale coś tak strasznego, że usta Pelagii otwarły się same – powinny były wydać krótki, godny zakonnicy okrzyk: „O Boże!", zamiast tego jednak wyrzuciły z siebie histeryczny babski pisk.
II
ROZWIĄZUJEMY REBUSY
Jak należy fotografować zwłoki
– Prawą rękę z bliska – polecił śledczy Dolinin policyjnemu fotografowi, kiwając jednocześnie palcem na Pelagię. – Proszę przyjrzeć się, siostro, obecnym prorokom. Już prawie wyzionął ducha, a wciąż nie mógł się rozstać z pieniędzmi.
Pelagia podeszła i przeżegnała się.
Śmierć Manujły była wyjątkowo drastyczna. Ktoś zmiażdżył mniemanemu prorokowi potylicę uderzeniem o niezwykłej sile, po którym wyskoczyły mu z orbit gałki oczne. To one właśnie w półmroku wydały się mniszce kurzymi jajkami.
Fragmenty mózgu i odpryski kości znajdowały się i na poduszce, i na dywanie. Oględziny zwłok były nieprzyjemne również dlatego, że zadarta koszula nocna odsłaniała biały owłosiony brzuch i wstydliwe miejsce nieboszczyka, na które zresztą zakonnica starała się nie patrzeć. W zaciśniętych palcach Manujła trzymał strzęp sturublowego banknotu.
Błysnęła oślepiająco magnezja, ale śledczy nie był zadowolony.
– Nie, nie, mój drogi. Magnezję należy sypać po obydwu stronach aparatu, bo inaczej pojawią się cienie. I nie na kupkę, ale smugami – dłużej będzie się paliła. Statywu do zdjęć wertykalnych, rzecz jasna, nie macie? Och, prowincja ukochana...
Lekarz sądowy obracał głowę martwego, trzymając ją za włosy.
– Co za cios! – Obwiódł palcem regularną dziurkę wielkości srebrnego rubla. – Jaka siła, jaka gwałtowność! Penetracja bardzo głęboka, a obrys prawidłowy, owalny, o równych krawędziach. Nigdy nie widziałem takich obrażeń, nawet w podręczniku.
– Taak, to niezwykłe – zgodził się Dolinin i pochylił. – Może młotkiem? Ale jaka to szatańska siła! Żeby gałki oczne wypadły z orbit... no, to powiem wam...
W kajucie surowo pachniało wysychającą krwią. Pelagię mdliło. Najgorsze było to, że przykra woń mieszała się z zapachem wody kolońskiej, jaki roztaczał kapitan „Jesiotra". Obecny był przy oględzinach z racji obowiązków służbowych, ale stał skromnie z boczku i nie plątał się specjalistom pod nogami.
Siostra zamknęła oczy, walcząc z nudnościami. Nie ma na świecie widoku straszniejszego i bardziej przygnębiającego niż pozbawiona dostojeństwa i obnażona tajemnica śmierci. I jeszcze ten zmięty banknot...
– Na członku ślady obrzezania, stosunkowo niedawne – oznajmił lekarz, kontynuując oględziny. – Blizna jeszcze nie zbladła. Było to jakieś siedem, osiem miesięcy temu, nie wcześniej.
Pelagia odczekała, aż lekarz i fotograf zakończą swoją pracę i odejdą od nieboszczyka, i poprosiła śledczego, by pozwolił odmówić jej modlitwę. Uklękła i przede wszystkim okryła nagość martwego. Potem wyjęła z bezwładnej ręki świstek papieru. Oczekiwała, że zesztywniałe palce nie zechcą rozstać się ze swą własnością, tymczasem dała się ona wyciągnąć zdumiewająco łatwo.
Przekazując dowód śledczemu, Pelagia powiedziała:
– Dziwne. Czyżby spał, ściskając w dłoni pieniądze? Albo, już z rozbitą głową, próbował wyrwać je z rąk złoczyńcy?
Dolinin przez chwilę milczał, patrząc z zainteresowaniem na czernicę w okularach. Potem chrząknął i potarł nos nad pince-nez.
– W istocie. Merci za spostrzegawczość. Zgodnie z zeznaniami współtowarzyszy Manujły pieniądze – albo, jak oni to nazywają, „kasa" – znajdowały się w szkatułce pod poduszką... Szkatułki, rzecz jasna, brakuje. Hmm. Z tak rozwaloną czaszką chwytać zabójcę za ręce? Cuda. Zapiszemy pod hasłem „rebusy".
I rzeczywiście zapisał coś w oprawnym w skórę notesie. Pelagii to się spodobało: człek nie spieszy się z wyciąganiem wniosków.
W ogóle Dolinin jej się podobał, bo pracował rozumnie i dokładnie – od razu widać, że fach śledczy zna i lubi.
Można by rzec, że prorokowi Manujle poszczęściło się ze śledczym.
Mistrzowi robota posłuszna
Początkowo wszystko wyglądało inaczej. Na krzyki mniszki pod okno kajuty zbiegli się ludzie i przerażeni podnieśli harmider. Jeszcze więcej hałasu narobiły „znajdy". Dowiedziawszy się, że ich przywódca został zabity, zaczęły wrzeszczeć i lamentować.
– Rety! Gwałtu! Biada! Ratunku! Elohim!
Najczęściej jednak powtarzało się słowo: „Kasa! Kasa!"
Pojawił się kapitan, ale zamiast zaprowadzić porządek, powiększył jeszcze rozgardiasz – czy to z przestrachu, czy też z racji pewnej nietrzeźwości.
Szef parowca przeobraził się w miotającego gromy Zeusa. Przed fatalną kajutą i pod jej oknem wystawił warty złożone z marynarzy, uzbrojonych w sprzęt pożarniczy. Pasażerom pierwszej i drugiej klasy nakazał siedzieć w kajutach i nie wytykać stamtąd nosa; pokładowych spędził na rufę i umieścił pod strażą dwóch umorusanych palaczy z łopatami w rękach. Sam zaś włożył paradny biały mundur, z boku przywiesił ogromny rewolwer, a dla zabicia wódczanego zapachu wylał na siebie cały flakon wody kolońskiej.
Przystań w powiatowym Ust-Swijażsku „Jesiotr" minął i rzucił kotwicę dopiero na wysokości miasta. Wbrew rozkładowi stanął z dala od cumowiska. Do władz został wydelegowany pierwszy oficer, który opuścił pokład w szalupie.
Po godzinie pasażerowie kajut usytuowanych z prawej burty ujrzeli, jak z kłębiącej się nad wodą wieczornej mgły wynurza się łódka pełna ludzi, przeważnie w mundurach, ale byli też i cywile.
Przeprowadzić dochodzenie pofatygował się nie jakiś tam cyrkułowy i nawet nie przystaw. To znaczy, byli, rzecz jasna, wśród przybyłych i przystaw, i inne szarże, z naczelnikiem powiatowej policji włącznie, ale główną personą okazał się szczupły mężczyzna po cywilnemu. Jego mądre, bystre oczy rzucały zimne błyski poprzez pince-nez, a wąska dłoń co rusz przygładzała bródkę w klin. W klapie surduta połyskiwał uniwersytecki znaczek.
Cywil okazał się wielką figurą, członkiem Rady Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Nazywał się Sergiusz Siergiejewicz Dolinin. Później od miejscowych urzędników policyjnych dowiedziano się, że jego ekscelencja jeździł po guberni kazańskiej z ważną inspekcją. Gdy dowiedział się o zabójstwie, do którego doszło na parowcu Towarzystwa „Nord", wyraził życzenie osobiście pokierować śledztwem.