Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Dolinin wzruszył ramionami.
– Na co „razyńcowi" ten cały chłam, gdy trafiła się prawdziwa wziątka? Zerwał z ramienia, żeby nie przeszkadzał, i wyrzucił. Poza tym po zabójstwie nie czuł się pewnie. Brak praktyki.
Wszystko się zgadzało. Pelagia była pod wrażeniem przenikliwości petersburżanina, jednak jej myśl pobiegła już dalej.
– Jak rozpoznać, który z pasażerów jest „razyńcem"? Czy mają oni jakieś cechy szczególne? Sergiusz Siergiejewicz uśmiechnął się pobłażliwie.
– Jeśli mamy tu „razyńca", a mamy niezawodnie, to już dawno ślad po nim przepadł.
– Gdzie mógł się podziać? Z parowca nikogo nie wypuszczano. Przecież „Jesiotr" nie przybijał do brzegu.
– Co z tego? Zimna woda to dla „razyńców" fraszka – pływają jak wodne szczury. Zsunął się do wody po łańcuchu kotwicznym i tyle go widzieli. Albo wyskoczył jeszcze wcześniej, zaraz po zabójstwie. To nic. Trzeba trochę czasu. Teraz, siostrzyczko, to kwestia czasu. Roześlę zapytania do wszystkich nadrzecznych urzędów. Znajdziemy go bez trudu... Czemu pani się tam przygląda?
Słuchając Dolinina, mniszka podeszła do kanapy i ostrożnie dotknęła poduszki.
– Nie zgadza się – mówiła, pochylając się nad poszewką. – W żaden sposób się nie zgadza.
– Co takiego się nie zgadza? – Śledczy zbliżył się do niej. – No, no, proszę wyjaśnić.
– Pańskie rozwiązanie rebusu nie pasuje. Nie było żadnej walki i ofiara nie chwytała zabójcy za ręce.
Zabito ją na łóżku. Proszę spojrzeć – wskazała Pelagia – na poduszce odcisnęła się twarz. To oznacza, że w momencie uderzenia Manujła leżał na brzuchu. Wokół widać owalne ślady krwi, a zatem kapała ona z góry na dół. Gdyby szarpnął się, podniósł głowę, to ślady byłyby podłużne.
Speszony Sergiusz Siergiejewicz wymamrotał:
– Bo i prawda... Zresztą zacieki krwi na twarzy także układają się w kierunku od potylicy do nosa. Ma pani rację. Przyznaję, to moje niedbalstwo. Przepraszam, ale jak wobec tego zwłoki znalazły się na podłodze, i to jeszcze w takiej pozie?
– Zabójca ściągnął je z kanapy. Zadarł koszulę i wsunął w rękę kawałek sturublówki. To jedyne możliwe wyjaśnienie. Po co to zrobił – nie podejmuję się zgadywać.
Śledczy z zakłopotaniem wpatrywał się w zakonnicę, po czym potrząsnął głową.
– To jakieś bzdury. Nie, nie, siostro, myli się pani. Sądzę, że sprawa wyglądała inaczej. Nie wyobraża sobie pani, do jakiego stopnia żywotni są tak zwani prorocy i starcy. Kryje się w nich zaiste szatańska energia, więc uśmiercenie tych opętańców nie jest takie proste. Pamiętam, miałem podobny przypadek, kiedy byłem jeszcze śledczym sądowym. Prowadziłem sprawę zabójstwa pewnego proroka skopców. Jego duchowi synowie niemal całkowicie odrąbali mu toporem głowę, wisiała tylko na jednym strzępie skóry. Prorok zaś, proszę sobie wyobrazić, jeszcze przez jakąś minutę biegał po pokoju i machał rękami. Krew bije z niego fontanną, głowa majta się z tyłu niczym plecak, a on biega. Zapewne z naszym Manujłą zdarzyło się to samo. „Razyniec" uznał, że go zabił, stanął pośrodku kajuty i wziął się do przeliczania banknotów. Nieboszczyk tymczasem nagle się ocknął i rzucił, by odebrać pieniądze.
– Z taką dziurą? Z uszkodzonym móżdżkiem? – wyraził wątpliwość lekarz. – Zresztą wszystko może się zdarzyć... Fizjologia przedśmiertnych konwulsji nie jest przez naukę dostatecznie zbadana.
Pelagia nie oponowała – wersja Sergiusza Siergiejewicza wyglądała bardziej przekonująco niż jej własna. Wydawało się, że ów rebus został mimo wszystko rozwiązany.
Wkrótce jednak pojawiły się inne.
Pasażer z trzynastki
– Jak pan sobie życzy, ale koszulę martwemu tak czy owak sprawca zadarł – powiedziała Pelagia. – Zwrócił pan uwagę na fałdy? Ułożyły się od strony piersi w literę „V". Przy upadku tak by się nie stało.
– Doprawdy? – Dolinin spojrzał na martwe ciało, ale dzięki staraniom obyczajnej zakonnicy koszula była obciągnięta, tak więc nie zachowały się żadne fałdy.
Siostry to nie stropiło.
– Zobaczy pan później na fotografiach. Wygląda na to, że zabójca nie tylko w ogóle się nie przeraził tym, co zrobił, lecz jeszcze chciał się ponaigrawać... By tak postąpić, trzeba mieć szczególną mentalność.
Sergiusz Siergiejewicz z niezwykłą uwagą popatrzył skrupulatnemu świadkowi w oczy.
– Wyczuwam, że mówi to pani nie bez powodu. Ma pani podstawy, by kogoś podejrzewać? Przenikliwość śledczego zmusiła siostrę do spuszczenia wzroku. Podstaw do podejrzeń nie miała żadnych, bo i mieć nie mogła. Ale paskudny wyczyn zbezczeszczenia martwego ciała, a jeszcze bardziej gałki oczne, które wypadły z orbit, przypomniały jej inny psikus podobnego rodzaju. Powiedzieć czy raczej nie?
– No – ponaglił ją Dolinin.
– To nawet nie podejrzenie... – zawahała się mniszka. – Po prostu podróżuje z nami pewien pasażer... Taki wysoki, wąsaty, w botfortach. Ponadto ma szklane oko... Gdyby tak dowiedzieć się, co to za człowiek...
Śledczy patrzył na Pelagię spode łba, nachmurzony, zupełnie jakby próbował wyczytać z jej twarzy to, czego nie dopowiedziała.
– Rosły, z długimi wąsami, w botfortach, ze sztucznym okiem – powtórzył opis i zwrócił się do kapitana. – Jest tu ktoś taki?
– Tak, w kajucie numer trzynaście. Pan Ostrołyżeński. Bilet ma z Niżniego do Kazania.
– W trzynastej?
Dolinin szybko odwrócił się i wyszedł.
Pozostali spojrzeli po sobie, ale powstrzymali się od uwag.
Kapitan nalał wody z karafki, przetarł chusteczką brzeg szklanki i zaczął łapczywie pić. Potem nalał sobie jeszcze. Pelagia, naczelnik policji, lekarz i fotograf patrzyli, jak nad kołnierzem białego munduru podskakuje grdyka.
Ach, niedobrze, zadręczała się Pelagia. Ni z tego, ni z owego rzuciłam cień na człowieka... Kiedy kapitan rozprawił się z drugą szklanką i sięgnął po trzecią, drzwi gwałtownie się otworzyły.
– Polecił pan wszystkim pasażerom siedzieć w kajutach? – rzucił od progu kapitanowi Dolinin. Tak.
– To dlaczego trzynasta jest pusta?
– Jak to pusta? Na własne oczy widziałem, jak pan Ostrołyżeński tam wchodził! I uprzedziłem go, żeby bez pozwolenia nigdzie się nie oddalał!
– „Uprzedziłem"! Trzeba było postawić w korytarzu marynarza!
– Ależ to absolutnie niemożliwe! Proszę pozwolić, ja... Kapitan rzucił się do drzwi.
– Proszę się nie trudzić. – Sergiusz Siergiejewicz zmarszczył się z odrazą. – Właśnie tam byłem. Bagaże na miejscu, ale pasażera nie ma. Wchodzić i dotykać czegokolwiek zabraniam. Przy drzwiach postawiłem policjanta.
– Niczego nie rozumiem... – Kapitan rozłożył ręce.
– Przeszukać parowiec! – rozkazał z ponurym skupieniem Dolinin. – Od komina aż do bunkra z węglem! Żwawo!
Kapitan i naczelnik policji wybiegli na korytarz, śledczy zaś już zupełnie innym tonem, jak do kogoś równego sobie, rzekł do mniszki:
– Zniknęło pani Szklane Oko. No i ma pani, mademoiselle Pelagia, rebus numer dwa. Siostra nie obraziła się za ironiczne mademoiselle, zrozumiała bowiem, że ów swobodny zwrot nie był kpiną, ale oznaką sympatii.
– Ten to nie „razyniec" – powiedział z zadumą śledczy. – Ci nigdy nie kupują biletów, a już zwłaszcza pierwszej klasy. To zapewne „morowiec". To ich obyczaje.
– „Morowiec" – to znaczy bandyta?