Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— Chodzi ci o miecze. To są nasi ludzie teraz, kupcze, złożyli przysięgę. — Znienacka przystanęła, wskazując na wysokiego mężczyznę o zwalistych barkach, w pokrytej gęstym haftem kamizeli i z mieczem kołyszącym się na zwykłym, skórzanym pendencie. — Ty.
Mężczyzna zatrzymał się w pół kroku, z jedną stopą zawisłą w powietrzu. Na jego twarzy pojawił się teraz wyraz przerażenia, choć twarz z natury miała mocne rysy i mężczyzna wyglądał tak, jakby miał chęć rzucić się do ucieczki. Zamiast tego obrócił się w jej stronę i ukłonił, z rękoma na kolanach i oczyma wbitymi w jej buty.
— Czymże mogę służyć kapitanowi? — spytał głosem pełnym napięcia.
— Jesteś kupcem? — spytała Egeanin. — Czy złożyłeś przysięgę?
— Tak, kapitanie. Tak. — Nie odrywał wzroku od jej stóp.
— Co mówisz ludziom, gdy wjeżdżasz swymi wozami w głąb lądu?
— Że muszą być posłuszni Zwiastunom, kapitanie, oczekiwać Powrotu i służyć Tym, Którzy Wracają.
— I nigdy ci nie przychodzi do głowy, żeby użyć tego miecza przeciwko nam?
Mężczyzna zacisnął z całych sił ręce na kolanach, aż zbielały mu od tego kłykcie; zdawał się ociekać potem.
— Złożyłem przysięgę, kapitanie. Jestem posłuszny, oczekuję i służę.
— Widzisz! — powiedziała Egeanin, zwracając się do Domona. — Nie ma powodu, by zabraniać im noszenia broni. Handel jest potrzebny, a kupcy muszą się chronić przed bandytami. Pozwalamy ludziom przyjeżdżać i odjeżdżać wedle woli, pod warunkiem, że są posłuszni, oczekują i służą. Ich przodkowie nie dotrzymali przysięgi, jednakże ci już dostali nauczkę.
Ponownie zaczęła się wspinać po zboczu, żołnierze popchnęli Domona, nakazując, by poszedł w jej ślady.
Domon obejrzał się na kupca. Mężczyzna trwał w miejscu nadal zgięty w ukłonie, dopóki Egeanin nie pokonała dziesięciu kroków w górę ulicy, wtedy wyprostował się i pośpieszył w przeciwną stronę, długimi susami schodząc w dół zbocza.
Egeanin i strażnicy nie obejrzeli się również wtedy, gdy minął ich seanchański oddział udający się pod górę. Żołnierze jechali na stworzeniach, które wyglądały jak koty, z tym że były wielkości koni, a ich skóra, nakryta siodłami, marszczyła się jaszczurczą łuską barwy spiżu. Obdarzone pazurami łapy szurały głośno na kamieniach bruku. Trójoki łeb obrócił się, by spojrzeć na Domona, gdy oddział wymijał ich w drodze na szczyt wzniesienia. Potknął się i omal nie upadł. Wzdłuż całej ulicy widać było mieszkańców Falme, którzy wciskali się w mury budynków, niektórzy zamykali oczy. Seanchanie nie zwracali na nich żadnej uwagi.
Domon rozumiał, dlaczego Seanchanie zezwalają ludziom na tyle wolności. Zastanawiał się, czy jemu starczyłoby odwagi, by stawiać opór. Damane. Monstra. Zadał sobie pytanie, czy w ogóle istnieje sposób na zatrzymanie Seanchan w ich marszu do samego grzbietu świata.
„Nie mój interes” — szorstko skarcił się w duchu i jął się głowić nad tym, w jaki sposób zapobiec udziałowi Seanchan w jego przyszłych transakcjach handlowych.
Dotarli na sam szczyt wzniesienia. Tutaj kończyło się miasto, ustępując miejsca wzgórzom. Nie było otoczone żadnymi murami. Dalej pobudowano karczmy udzielające gościny kupcom, którzy handlowali w głębi kraju, a także dziedzińce dla powozów i koni. Zabudowania mogły konkurować z rezydencjami pomniejszych lordów w Illian. Przed największym domostwem wystawiono gwardię honorową złożoną z seanchańskich żołnierzy, a ponad wszystkim powiewał niebieski sztandar ze złotym sokołem rozpościerającym szeroko skrzydła. Egeanin oddała gwardzistom miecz i sztylet, zanim wprowadziła Domona do środka. Obaj jej żołnierze zostali na ulicy. Domon zaczął się pocić. Pachniało mu to wszystko arystokracją, a z arystokratami nigdy nie załatwiało się dobrze interesów na ich własnym terenie.
We frontowym holu Egeanin pozostawiła Domona pod jakimiś drzwiami, a sama wdała się w rozmowę ze służącym, człowiekiem miejscowym, sądząc po obszernych rękawach koszuli i haftowanych spiralach zdobiących pierś. Domonowi wydało się, że posłyszał też słowa ,jego lordowska mość”. Służący oddalił się pośpiesznie, ale wnet powrócił, by zaprowadzić ich do największej bez wątpienia izby w całym budynku, z której wyniesiono wszystkie meble, łącznie z dywanami, a kamienną podłogę wypolerowano do lśniącego połysku. Ściany i okna skryte były za parawanami zdobionymi w wizerunki nieznanych ptaków.
Egeanin zatrzymała się na samym środku izby. Gdy Domon próbował ją wypytać, co to za miejsce i z jakiego powodu się tutaj znaleźli, uciszyła go wściekłym spojrzeniem i nieartykułowanym warknięciem. Nie ruszała się, nie zrobiła najmniejszego kroku, a mimo to zdawało się, że zaraz zacznie podskakiwać na czubkach palców. W dłoniach trzymała jakiś przedmiot zabrany z jego statku. Usiłował się domyślić, co to może być.
Nagle rozległo się ciche brzmienie gongu i Seanchanka padła na kolana, ostrożnie układając obok siebie owinięty w jedwab przedmiot. Pod wpływem jej spojrzenia Domon również ukląkł. Lordowie mają dziwne obyczaje i spodziewał się, że seanchańscy lordowie mają jeszcze dziwniejsze niż te, które były mu w miarę znajome.
W drzwiach po przeciwległej stronie izby stanęło dwóch mężczyzn. Jeden z nich miał Lewą część głowy wygoloną, a pozostałe jasnozłote włosy zaplecione w warkocz i założone za ucho. Warkocz opadał mu na ramię. Szata o barwie intensywnej żółci była tak długa, że wyzierały spod niej jedynie czubki żółtych kamaszy. Drugi miał na sobie szatę z błękitnego jedwabiu, przybraną brokatowymi ptakami i tak długą, że piędź materii wlokła się w ślad za nim po podłodze. Czaszkę miał całkowicie wygoloną, a paznokcie wyhodowane na długość cala, przy czym te przy palcach wskazujących były polakierowane na niebiesko.
— Znajdujecie się przed obliczem jego lordowskiej mości, Turaka — zaintonował żółtowłosy mężczyzna — który przewodzi Tym Którzy Przybyli Wcześniej i wspomaga Powrót.
Egeanin przypadła plackiem do ziemi, z rękoma przyciśniętymi do boków. Domon skwapliwie poszedł w jej ślady.
„Nawet lordowie Łzy nie wymagają czegoś takiego”. Kątem oka spostrzegł, że Egeanin całuje podłogę. Skrzywił się na widok tego i stwierdził, że są granice, do których jest skłonny ją naśladować.
„Zresztą i tak nie widzą, czy ja to robię, czy nie.”
Nagle Egeanin wstała. Zaczął się również podnosić i już klęczał na jednym kolanie, gdy warkot z głębi gardła kobiety i zgorszone spojrzenie człowieka z warkoczem kazały mu paść z powrotem twarzą do podłogi.
„Nie robiłbym tego przed Królem Illian i Radą Dziewięciu razem wziętych”.
— Nazywasz się Egeanin? — rozległ się głos należący chyba do człowieka w niebieskiej szacie. W jego bełkotliwej mowie słychać było rodzaj śpiewnego rytmu.
— Tak mnie nazwano w moim dniu miecza, wasza lordowska mość — odparła pokornie.
— To rzadki okaz, Egeanin. Bardzo rzadki. Czy życzysz sobie zapłatę`?
— Zadowolenie jego lordowskiej mości stanowi dostateczną zapłatę. Żyję, by służyć, wielmożny lordzie.
— Wspomnę twe imię cesarzowej, Egeanin. Po Powrocie nowe imiona zostaną powołane do Krwi. Spisuj się należycie, a być może zamienisz imię Egeanin na jakieś szlachetniejsze.
— Jego lordowska mość mnie zaszczyca.
— Tak. Możesz odejść.
Domon nie był w stanie zobaczyć nic więcej oprócz jej butów opuszczających izbę, które co jakiś czas robiły przystanki przeznaczone na ukłon. Drzwi zamknęły się. Zapadła długa cisza. Właśnie wpatrywał się w krople potu spadające mu z czoła na posadzkę, gdy Turak ponownie przemówił.