Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Obfite piersi, pełne biodra - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Obfite piersi, pełne biodra

Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:

Obfitymi piersiami i pełnymi biodrami natura obdarza kobiety z rodziny Shangguan, mieszkającej w małej chińskiej wiosce, w prowincji Shandong. Od obfitych piersi i matczynego mleka uzależniony jest narrator powieści, długo wyczekiwany syn, brat ośmiu starszych sióstr. Losy rodziny ukazane są na tle wydarzeń historycznych, począwszy od Powstania Bokserów w 1900 roku, poprzez upadek dynastii Qing, inwazję japońską, walki Kuomintangu z komunistami, „rewolucję kulturalną”, aż do reform gospodarczych. Na prowincji życie toczy się jednak obok wielkich przemian, rządzą tam najprostsze instynkty, a podstawową wartością jest przetrwanie.
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
1 ... 137 138 139 140 141 142 143 144 145 ... 185
Перейти на страницу:

Rok klęski powodzi spowodowanej przez katastrofalne deszcze był czasem wielkiego rozkwitu wierzb płaczących. Z czarnych pni wyrastało całe mnóstwo czerwonych korzeni powietrznych, podobnych do czułków jakiegoś morskiego zwierzęcia, z których po ułamaniu mogłaby polać się krew. Wielkie korony drzew przypominały głowy rozzłoszczonych wariatek z burzą potarganych włosów. Delikatne, sprężyste witki wierzb były porośnięte młodymi mięsistymi listkami, zwykle żółtymi jak małe gąski, a teraz głównie różowymi. Jintongowi wcześniej przyszła do głowy myśl, że młode gałązki i listki wierzb z pewnością mają świeży, wyborny smak, toteż w czasie gdy rozgrywały się przed nim wiadome sceny, usta miał akurat pełne wierzbowych pędów. W końcu Zhang Ospowaty cisnął bułkę na ziemię. Qiao Qisha rzuciła się na nią i natychmiast wepchnęła ją sobie do ust, nie zdążywszy się nawet wyprostować. Zhang Ospowaty zaszedł ją od tyłu, zadarł jej spódnicę, ściągnął brudne, różowe majtki aż do kostek i z wielką wprawą uniósł jedną nogę Qisha, jakby odgarniał na bok nieistniejący ogon. Następnie wyjął swój organ, któremu klęska głodu w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym najwidoczniej ani trochę nie zaszkodziła, i wetknął go do środka. Nie zważając na ten zaciekły, bolesny atak z tyłu, Qiao Qisha, niczym wykradający jedzenie pies, połykała bułkę łapczywie; nie przestała przełykać nawet wtedy, gdy już cała bułka zniknęła w jej żołądku. Być może ból, jaki odczuwała, był niczym w porównaniu z rozkoszą, której doznawała, jedząc. Zhang Ospowaty bombardował jej pośladki jak szalony, szarpiąc całym ciałem, a ona pochłaniała bulkę z niezmienną żarłocznością. Jej oczy wypełniły się łzami – fizjologiczna reakcja, spowodowana krztuszeniem się, bez żadnej emocjonalnej przyczyny. Gdy skończyła jeść, ból tylnej części ciała zapewne dotarł do jej świadomości; wyprostowała się i odwróciła głowę. Kawałek bułki stanął jej w gardle, więc wyciągnęła szyję do przodu jak kaczka. Zhang Ospowaty wcale nie zamierzał jej puścić – objął ją ramieniem w pasie, a drugą ręką wyciągnął z kieszeni spodni jeszcze jedną bułkę i rzucił na ziemię przed Qiao Qisha. Dziewczyna schyliła się po nią, a on stanął wyprostowany za jej plecami. Gdy podnosiła bułkę, jedną ręką przyciągnął do siebie jej biodro, a drugą przytrzymał nisko ramię. I tym razem, póki usta były zajęte jedzeniem, reszta ciała Qiao Qisha pozwoliła Zhengowi Ospowatemu używać sobie do woli.

Jintong żuł zapamiętale wierzbowe liście i gałązki, dochodząc do wniosku, że są one niesłusznie zapomnianym przez ludzkość przysmakiem. Z początku czuł słodki smak, później jednak dotarła do niego cierpka gorycz, która sprawiła, że nie był w stanie niczego przełknąć. Więc jednak istniała przyczyna, dla której ludzie nie jadali wierzbowych gałązek i liści. Póki były słodkie, żuł je tak wytrwale, że jego oczy wypełniły się łzami. Jak przez mgłę obserwował rozgrywające się przed nim końcowe sceny. Wreszcie Zhang Ospowaty poszedł sobie, a Qiao Qisha rozejrzała się wokół nieprzytomnie, po czym, zahaczając co chwila o długie gałęzie wierzb, odeszła również.

Obejmując pień drzewa, Shangguan Jintong oparł skołataną głowę o szorstką korę.

Długa wiosna wreszcie miała się ku końcowi. Proso dojrzewało; gospodarstwo przeżywało ostatnie dni głodu. Żeby wzmocnić siły robotników, potrzebne do sprawnego przeprowadzenia żniw, władze przysłały partię placków fasolowych, po cztery liangi na głowę. Podobnie jak Huo Lina, która zmarła, zjadłszy zbyt dużo grzybów, Qiao Qisha pożegnała się z tym światem na skutek przejedzenia plackami – jej brzuch po śmierci był napęczniały i wielki jak beczka.

Ludzie ustawili się w długiej kolejce. Wydzielaniem racji zajmował się Zhang Ospowaty i kucharz. Qiao Qisha stała przed Jintongiem z pojemniczkiem na ryż w dłoni. Jintong zauważył, że Zhang mrugnął do niej, nakładając porcję, lecz zapach jedzenia odurzył go tak mocno, że nie przyjrzał się uważnie. Niczym głodne wilki robotnicy awanturowali się z kucharzem o równą wielkość racji, a Shangguan Jintong odniósł niejasne wrażenie, że Zhang Ospowaty okazał Qiao Qisha specjalne względy. Posmutniał. Według poleceń kierownictwa cztery liangi miały wystarczyć robotnikom na dwa dni, lecz oni do wieczora zjedli wszystko do ostatniego okruszka. Przez całą noc biegali do studni i pili zimną wodę. Suche fasolowe placki pęczniały w żołądkach; Shangguan Jintong doświadczył dawno zapomnianego uczucia sytości. Nieustannie bekał i puszczał wiatry, gazy opuszczające jego ciało z obu końców miały woń fasoli. Następnego ranka ustawiła się kolejka do toalety. U wygłodniałych ludzi suszone placki fasolowe spowodowały przeciążenie układu pokarmowego.

Nikt nie wiedział, ile placków zjadła Qiao Qisha, oprócz Zhanga Ospowatego, który oczywiście nic nie mówił. Shangguan Jintong też nie chciał psuć reputacji swojej nieszczęśliwie zmarłej Siódmej Siostry. Doszedł do wniosku, że prędzej czy później wszyscy i tak umrą z przejedzenia albo z głodu, więc nie ma się nad czym zastanawiać.

Ponieważ przyczyna śmierci była oczywista, nie wszczęto żadnego śledztwa. Przy upalnej pogodzie zwłoki nie mogły długo czekać, więc wydano polecenie szybkiego urządzenia pogrzebu. Nie było ani trumny, ani konduktu pogrzebowego. Kobiety prawicowcy wyszukały kilka nieco ładniejszych ubrań zmarłej, chcąc ją przebrać, lecz na widok jej napęczniałego brzucha i paskudnie cuchnącej piany na ustach wycofały się. Mężczyźni prawicowcy zawinęli ciało w płachtę brezentu, znalezioną w brygadzie traktorzystów, związali brezent drutem z obu końców, załadowali zwłoki na wózek i zaciągnęli na zarośnięty wysoką trawą spłachetek ziemi na wschodnim skraju cmentarzyska broni. Tam wykopali dół, włożyli do niego ciało i usypali kopiec. Qiao Qisha spoczęła tuż obok Huo Lina. Za ich grobami wcześniej pogrzebano szkielet Long Qingping – z wyjątkiem czaszki zabranej przez lekarza sądowego.

43

O zmierzchu Shangguan Jintong przekroczył próg domostwa, w którym nie był już od roku. W kołysce podwieszonej pod sterkulią, osłoniętej przed słońcem i deszczem daszkiem z impregnowanej tkaniny i zniszczonej plastikowej folii, zobaczył syna Shangguan Laidi i Hana Ptaszka. Chłopczyk stał wyprostowany, trzymając się brzegu kołyski. Był ciemnoskóry i chudy, lecz w tamtych czasach uchodził za bardzo krzepkie i zdrowe dziecko.

– Kto ty jesteś? – spytał Shangguan Jintong, odkładając na ziemię rulon pościeli.

Chłopczyk mrugnął czarnymi oczkami, podobnymi do ziarenek fasoli i przyglądał mu się zdumiony.

– Nie znasz mnie? – spytał Jintong. – Jestem twoim wujaszkiem.

– Baba… jaojao… – gaworzył malec niewyraźnie; po spiczastym podbródku ciekła mu ślina.

Jintong usiadł w progu i czekał na powrót matki. Była to jego pierwsza wizyta w rodzinnym domu, odkąd wysłano go do gospodarstwa. Nie musiał tam wracać. Na samą myśl o tysiącach mu prosa ogarniała go złość. Tuż przed zbiorami, po których robotnicy mogliby wreszcie najeść się do syta, zredukowano go razem z kilkunastoma innymi młodymi ludźmi. Po paru dniach jego rozżalenie straciło sens – zanim prawicowcy z brygady traktorzystów zdążyli wyjechać na pole czerwonymi kombajnami, burza gradowa bezlitośnie wbiła całe dojrzałe proso w błoto.

Chłopczyk szybko przestał zwracać uwagę na siedzącego w progu Jintonga. Kilka szmaragdowych papużek sfrunęło z drzewa i otoczyło kołyskę. Malec wodził za nimi spojrzeniem roziskrzonych oczu. Nie był ani trochę wystraszony, gdy kilka ptaszków przycupnęło na brzegu kołyski; parę nawet przysiadło mu na ramionach i zakrzywionymi dziobkami skubało go w uszy. Skrzeczały ochryple, a chłopczyk próbował naśladować ich głosy.

1 ... 137 138 139 140 141 142 143 144 145 ... 185
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)