Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
Na podwórze wkroczył Sun Niemowa, który poszedł po flaszkę i właśnie wrócił. Jedno spojrzenie przenikliwych oczu doświadczonego żołnierza wystarczyło, by zorientować się w sytuacji. Spokojnie postawił butelkę pod murem zachodniego skrzydła.
– Ratuj Jintonga! – zawołała matka.
Sun Niemowa błyskawicznie znalazł się za plecami egzorcysty, podniósł oba stołeczki i jednocześnie uderzył nimi w napięte z wysiłku łydki. Mistrz zwalił się na ziemię z łoskotem. Stołeczki zatańczyły w powietrzu i ugodziły go w ręce, uwalniając uszy Jintonga. Następnie, niczym dwie błyskawice, trafiły w ucho i twarz egzorcysty, który wypluł dłoń Jintonga i zwinął się z bólu, po czym chwycił drewniany miecz i zagryzł go w ustach. Sun Niemowa ryknął, egzorcysta zadygotał jak potrząsane sito. Shangguan Jintong, płacząc w głos, chciał znowu rzucić się na mistrza, rozpłatać mu brzuch i uratować Nataszę, lecz matka i Najstarsza Siostra objęły go z całej siły, nie pozwalając mu się ruszyć. Egzorcysta, omijając z daleka przyczajonego tygrysa – Suna Niemowę, uciekł jak niepyszny.
Władze umysłowe Jintongowi powoli wracały, lecz wciąż nie mógł jeść. Matka poszła do szefa okręgu, który natychmiast wysłał umyślnego po kozie mleko. Jintong ciągle leżał na kangu; wstawał jedynie od czasu do czasu na krótki spacer. Miał obojętne, zastygłe spojrzenie. Na samą myśl o Nataszy i jej zakrwawionej piersi strumienie łez tryskały mu z oczu jak strzały. Nie mówił, jedynie od czasu do czasu mamrotał coś do siebie, lecz na widok kogokolwiek milkł natychmiast.
Pewnego mglistego poranka Shangguan Jintong leżał na kangu i patrzył w sufit. Jeszcze przed chwilą wylewał łzy nad zranioną piersią Nataszy; miał zatkany nos i zamęt w głowie. Ogarnęła go gęsta, ciężka senność. Nagle usłyszał krzyk, od którego włosy jeżyły się na głowie. Krzyk dobiegał z pokoju Laidi i głuchoniemego. Senność opuściła go całkowicie; nadstawił ucha, lecz usłyszał tylko brzęczenie. Już miał z powrotem zamknąć oczy, gdy usłyszał kolejny przeraźliwy krzyk, jeszcze bardziej upiorny i przeciągły niż poprzedni. Serce waliło mu w piersi, skóra na głowie napięła się. Wiedziony ciekawością, zwlókł się z łóżka. Na palcach zbliżył się do drzwi wschodniej izby i zajrzał do środka przez szparę. Rozebrany do naga Sun Niemowa, przypominający wielkiego czarnego pająka, oplatał odnóżami miękką, smukłą talię Laidi. Jego usta, przypominające wlot otworu gębowego szarańczy, pokryte białą śliną, przysysały się to do jednego sutka Najstarszej Siostry, to do drugiego. Z długą szyją przerzuconą przez krawędź kangu, zwisająca głową w dół Laidi była blada jak liście białej kapusty. Jej obfite piersi, z którymi Shangguan Jintong zapoznał się niegdyś w oślim korycie, przypominały pożółkłe bułki, gotowane na parze i zwisały martwo z jej żeber. Z brodawek ciekła krew, ramiona i klatkę piersiową pokrywały ślady ugryzień. Sun Niemowa zamienił gładkie, śnieżnobiałe ciało Laidi w coś na kształt śniętej ryby, oskrobanej z łusek. Jej długie nogi leżały rozpostarte szeroko, jak zakute w dyby…
Shangguan Jintong zaszlochał. Słysząc to, Sun Niemowa sięgnął po flaszkę stojącą w głowach łóżka i cisnął ją w stronę drzwi. Jintong wybiegł co sił w nogach na podwórko, złapał kawałek cegły i wrzucił ją przez okno.
– Niemowo! Zginiesz straszną śmiercią! – wrzasnął dziko.
Wyrzuciwszy z siebie ten okrzyk, Shangguan Jintong poczuł straszliwe znużenie; wizja Nataszy przepłynęła mu przed oczyma i rozwiała się jak dym.
Żelazna pięść głuchoniemego roztrzaskała okno i wyskoczyła na zewnątrz. Shangguan Jintong cofnął się z przerażeniem aż pod sterkulię. Pięść zniknęła, a przez plastikową rurkę, zainstalowaną w ramie okiennej, trysnął żółty strumień moczu, kapiąc do stojącego nieopodal wiadra. Przygryzając wargi, Jintong ruszył w stronę bocznego skrzydła. Po drodze wpadł na jakieś dziwne indywiduum. Mężczyzna szedł zgarbiony, ciągnąc za sobą długie, obwisłe ręce. Miał ogoloną głowę, siwe brwi i wielkie czarne oczy, otoczone siecią drobnych zmarszczek. Ich spojrzenie miało w sobie coś, co zmuszało do spuszczenia wzroku. Jego twarz pokrywały różnych rozmiarów sinawe blizny, uszy nosiły ślady poparzeń i odmrożeń; obwisłe i zniszczone, przypominały uszy małpy. Był ubrany w źle dopasowaną szarą marynarkę w stylu Sun Yat-sena, która rozsiewała woń naftaliny. Przy udach zwisały mu duże, trzęsące się, kościste dłonie z połamanymi paznokciami.
– Pan do kogo? – spytał Jintong ze złością, sądząc, że ma przed sobą towarzysza broni Suna Niemowy.
Mężczyzna ukłonił się z szacunkiem i wybełkotał nieporadnie:
– Dom… Shangguan Lingdi… Ja jestem jej… Han… Ptaszek…
39
Pojawienie się Hana Ptaszka w naszym domu było dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Mgliście przypominałem sobie coś na temat Ptasiej Nieśmiertelnej, lecz miało to związek z jej romansem z głuchoniemym oraz skokiem w przepaść. Nie pamiętałem nic na temat jej przedziwnego narzeczonego. Odsunąłem się na bok, pozwalając mu wejść na podwórze. W tej samej chwili z domu wybiegła Laidi, naga od pasa w górę, z biodrami owiniętymi białą tkaniną. Głuchoniemy wybił pięścią wielką dziurę w papierowym pokryciu okna i wychylił się na zewnątrz. „Zdjąć! Zdjąć!" – pokrzykiwał. Shangguan Laidi potknęła się i upadła z płaczem; białe prześcieradło było splamione jej krwią. Taka właśnie, półnaga i zbolała, ukazała się Hanowi Ptaszkowi. Zauważywszy, że na podwórzu jest ktoś obcy, okryła się pośpiesznie; krew spływała jej po kostce i wsiąkała w ziemię.
Wróciła matka, poganiając kozę i prowadząc Ósmą Siostrę. Nie wyglądała na zbytnio zaskoczoną widokiem Najstarszej Siostry, lecz ujrzawszy Hana Ptaszka, osunęła się na ziemię.
Później powiedziała mi, że wtedy sądziła, że Han Ptaszek wrócił po swój dług i że trzeba będzie zapłacić mu z nawiązką za te wszystkie ptaki, które zjedliśmy piętnaście łat wcześniej. Przybycie Hana Ptaszka oznaczało koniec dobrobytu, którym cieszyła się rodzina Shangguan w zamian za poświęcenie jej najstarszej córki. Mimo to matka powitała go wspaniałym posiłkiem. Ten przedziwny ptak, który spadł nam z nieba, siedział na naszym podwórzu, obserwując matkę i Laidi, krzątające się przy kuchni. Poruszona opowieściami o jego niezwykłych przeżyciach, Laidi powoli zapomniała o cierpieniach, jakich doznawała od głuchoniemego. Niemowa wyszedł na podwórze i przyglądał się Hanowi Ptaszkowi prowokująco.
Przy stole Han Ptaszek trzymał pałeczki tak niezdarnie, że za nic w świecie nie mógł chwycić nimi kawałka kurzego mięsa, toteż matka zabrała mu je, dając do zrozumienia, że może jeść rękoma. Podniósł głowę.
– Ona… moja… żona? – spytał.
Matka rzuciła nienawistne spojrzenie głuchoniememu, który chciwie ogryzał kurzy łeb.
– Odeszła. Odeszła daleko – rzekła matka.
Matka w swojej dobroci nie potrafiła odmówić prośbie Hana Ptaszka o możliwość zamieszkania w naszym domu, zwłaszcza że szef okręgu oraz szef powiatowego wydziału biura politycznego też byli za tym.
– On nie ma dokąd wrócić… Trzeba się zaopiekować tym człowiekiem, który powrócił do nas z samego dna piekieł, a poza tym… – zaczął szef wydziału.
– Nie ma o czym mówić. Przyślijcie mi tylko do pomocy kogoś do sprzątania pokoi we wschodnim skrzydle – przerwała mu matka.
I tak właśnie nasz bohater Han Ptaszek wprowadził się do dwóch pokoi, które niegdyś zajmowała Ptasia Nieśmiertelna. Matka zdjęła z zakurzonej krokwi jej wyblakły, nadgryziony przez mole wizerunek i zawiesiła go na północnej ścianie. Na widok obrazu Han Ptaszek oznajmił: