Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Słowa są zbędne.
Ciało hrabiego pokrywają tatuaże. Znane Altsinowi ze wspomnień tego drugiego, tego, który w nim mieszka i był kiedyś awenderi Bitewnej Pięści Reagwyra. Rysunki są niemal identyczne, tu i tam widzi niewielką różnicę, bo – to znów pamięć tego drugiego – dostosowywano je do indywidualnych cech każdego awenderi. Ale ogólny wzór się zgadza. Te tatuaże powinny zapobiec zmieszaniu się duszy człowieka z kawałkiem duszy boga.
To wyjaśnia też bladość i wyczerpanie arystokraty. Większość jego ciała jest opuchnięta, niektóre fragmenty skomplikowanego wzoru ledwo dają się rozpoznać, całość musiano skończyć niedawno, wczoraj, może przedwczoraj. Hrabia ze wspomnień, pochylający się nad rannym dzieciakiem, z pewnością wyglądał lepiej.
Nagle mężczyzna zrobił trzy szybkie kroki do przodu i z rozmachem walnął go w żebra. Powietrze uciekło Altsinowi z płuc, a przygryziony język wypełnił usta krwią.
– Więzisz mojego pana – głos Terleacha drży, zupełnie niepodobny do tego, którym odzywał się do tej pory. – Wyrwę go z twojego konającego ścierwa i zaoferuję godne naczynie.
Drugie uderzenie było równie potężne, żebra poddają się i pękają z dźwiękiem, który zdaje się rezonować złodziejowi w czaszce. Krzyknąłby, gdyby udało mu się złapać oddech.
– Gdy to ciało przestanie się nadawać do użytku, on wyjdzie. Będzie musiał. A ja oddam mu się cały i staniemy się jednością, tak jak to było zaplanowane. Ukradłeś go, tak powiedziała, zwiodłeś i oszukałeś, a potem więziłeś przez ostatnie lata.
Cios w szczękę poderwał Altsina na równe nogi. Złodziej walnął potylicą w czarną klingę, splunął krwią. Zassał powietrze i niezdarnie spróbował uchylić się przed kopniakiem wymierzonym w kolano. Nie udało się i nie wiadomo, co jest gorsze, ból eksplodujący z uszkodzonej rzepki czy szarpnięcie, z jakim jego ramiona przyjęły na siebie ciężar upadku. Stawy barkowe zapłonęły jasnym ogniem.
W tej pozycji nie ma najmniejszych szans na unik czy obronę, a kolejne uderzenia są tak precyzyjne, jakby ten sukinsyn pół życia ćwiczył, jak pobić człowieka, by ten nie stracił przytomności.
A ON nie reaguje. Zawsze do tej pory przychodził, kiedy jego „naczynie” znajdowało się w tarapatach. Nawet wtedy, gdy Altsin dałby sobie radę sam. A teraz… jakby go nie było.
– Więzisz mojego boga – podobny do syku głos szlachcica zdaje się dochodzić z daleka i wysoka. – Wytłukę go z ciebie, wypalę, jeśli będzie trzeba.
Złodziej wyprostował się nieco, uniósł głowę. Ten kutas nawet się nie zadyszał i wygląda, jakby miał ochotę na więcej.
– Twój bóg – język zaczynał puchnąć Altsinowi w ustach, więc powoli wymawia każde słowo – jest za mną. To temu czemuś się kłaniasz.
Nadeszła nieunikniona odpowiedź, a jemu wydawało się, że cios płynie przez powietrze zgęstniałe jak miód, lecz i tak nie ma szansy na unik. Trafienie w skroń powinno pozbawić go przytomności, ofiarując błogosławioną ucieczkę w ciemność, lecz – to tak cholernie niesprawiedliwe – jedynym efektem jest błysk za oczyma i kolejne szarpnięcie. Obciążone stawy barkowe wyją.
Gdy mógł już skupić się na patrzeniu, zamrugał i zobaczył, że hrabia trzyma w ręku pochodnię z taką miną, jakby właśnie odkrył ogień. Uśmiech mężczyzny stał się ciężki.
– Podobno poparzona skóra może przyprawić człowieka o obłęd, gdy zwija się i odchodzi płatami od ciała. Choć znajomy kat twierdzi, że dla skazańców najgorszy jest zapach spalenizny.
Znajomy kat. Altsin uśmiechnąłby się, gdyby mógł.
– Wystarczy – nowy głos w pomieszczeniu zatrzymał pochodnię zbliżającą się do boku złodzieja. – Bawisz się w niebezpieczne gry, mój drogi. Jeśli on nie otworzy się, lecz umrze, zostanie tu tylko wielka dziura w ziemi.
Altsin nie znał tego głosu. Mówiła kobieta, sądząc po tonie, w średnim wieku, przyzwyczajona do wydawania rozkazów. Mężczyzna odwrócił się, sięgając po sztylet u pasa, ale nagle nogi mu się splątały i runął na ziemię. Uderzenie potylicy o kamień poniosło się echem po komnacie.
Złodziej dźwignął głowę. Kobieta miała na sobie czarne szaty i czarną chustę na głowie, jak zwykła wieśniaczka.
Patrzyła na hrabiego z taką miną, jakby nie wiedziała, czy uśmiechnąć się, czy splunąć.
– Nadmierne ambicje potrafią każdemu namieszać w głowie. Awenderi, też coś. – Przeniosła wzrok na Altsina, nie zmieniając wyrazu twarzy. – Więc to ciebie szuka nasza Kanayoness.
Imię, długie i obce, nie wywołało w złodzieju żadnego skojarzenia. Jedno oko zaczyna zachodzić mu mgiełką.
– Nie znam jej – ostrożnie dobierał słowa. – Nie wiem, o kim mówisz.
– Ona za to zna ciebie. I zależy jej na spotkaniu z tobą tak bardzo, że jest gotowa na wiele. Nawet na oszukiwanie w grze w kości. Powinna pamiętać, że moja pani tego nie lubi.
Te słowa kryją swój sens zbyt głęboko, by zdołał go rozszyfrować.
– I wiem, że jej nie znasz. Gdybym sądziła inaczej, kazałabym cię obedrzeć ze skóry, żebyś tylko powiedział, co kombinuje. Dlaczego nagle w Konoweryn zapadła cisza? Dlaczego nie słychać już cichego pochlipywania Oka Agara?
Kobieta patrzyła na niego tak, że nagle zapomniał o całym bólu, którego doświadczył.
– Gdybym miała choć cień podejrzeń…
Rozdział 19
W jej komnacie nic się nie zmieniło. Zupełnie jakby Deana opuściła ją wczoraj. Ktoś nawet ścierał regularnie kurz i zamiatał podłogę. Mimo wszystko uśmiechnęła się. Najwyraźniej dla przełożonej Domu Kobiet to, że dzika wojowniczka znikła z pałacu, nie miało znaczenia. W królestwie Owiyi porządek musiał być zachowany bez względu na taki drobiazg jak czyjaś obecność lub jej brak.
Zamknęła drzwi, ściągnęła wierzchnią szatę. Odłożyła pas z bronią na stół. Nalała wody do miski i obmyła twarz. Znalazła belę miodowego jedwabiu i przybory do szycia. Każdą z tych czynności wykonywała powoli, dokładnie, bez pośpiechu.
Lustro czekało.
Usiadła przed nim, krzyżując nogi i kładąc dłonie na kolanach, wyrównała oddech, sięgnęła po sani. Pojawił się od razu, jakby spędziła ostatnie godziny na głębokich medytacjach i trenowaniu oddechu.
Spojrzała na kobietę w lustrze. Zdumiała się, widząc cienie pod oczyma, ostry nos, mocniejszy niż pamiętała zarys podbródka i kości policzkowych. Twarz jak wyrzeźbiona kilkoma uderzeniami dłuta trzymanego przez niezbyt wprawnego rzemieślnika, który na dodatek strasznie się spieszył. Dni spędzone na plaży, posty i ciężkie ćwiczenia z dietą typową dla ubogich rybaków wyszczupliły jej ciało. I pomyśleć, że do tej pory uważała, że jest za chuda. Tylko oczy…
Miała oczy kogoś, kto odbył już swoją pielgrzymkę.
Uśmiechnęła się, dziwnie nieśmiało i oszczędnie. Kiedyś słyszała opowieść o człowieku, który nauczał Praw Harudiego, objaśniał je i tłumaczył. Aż pewnego dnia zawistnicy rozpowszechnili plotkę, że nie jest on prawdziwym mędrcem, bo nigdy nie odbył pielgrzymki do Kan’nolet. Starzec uśmiechnął się na te słowa i zapytał: „Czy Kan’nolet było świętym miejscem, zanim Harudi do niego przybył?”. Nie, odpowiedzieli. „Czyż w takim razie nie mógł głosić swych Praw w każdym innym miejscu na świecie?”. Tak, odparli. „Cóż więc jest ważniejsze, miejsce czy prawda? Kamień, z którego zbudowano mało znaną osadę, czy słowo, które stworzyło nas, Issaram?”. Zawistni ludzie opuścili głowy w zawstydzeniu i wrócili do siebie.