Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 129 130 131 132 133 134 135 136 137 ... 197
Перейти на страницу:

— Wzrusza mnie twoja troska — powiedział Rand do Weiramona — ale ilu osobistych strażników potrzebuje jeden człowiek? Nie chcę wszczynać żadnej wojny. — Byłaby to może trafna uwaga, cóż z tego, skoro wojna i tak toczyła się już na dobre. Wybuchła w Falme, o ile nie wcześniej. — Każ swoim ludziom gotować się do drogi.

„Ilu pomarło przez moją pychę?” — jęknął Lews Therin. — ”Ilu pomarło przez moje błędy?”

— Czy wolno mi spytać, dokąd się wybieramy? — Pytanie Weiramona, wypowiedziane jedynie umiarkowanie zirytowanym tonem, zagłuszyło głos w głowie Randa.

— Do miasta — odwarknął Rand. Nie wiedział, ilu umarło przez jego błędy, ale bez wątpienia nikt nie umarł przez jego pychę. Tego był pewien.

Weiramon otworzył usta, zupełnie nie wiedząc, czy ma on na myśli Łzę, Illian czy może Cairhien, ale Rand odprawił go machnięciem Berła Smoka, gwałtownym ruchem naśladującym pchnięcie nożem, który wprawił w kołysanie zielono-białe frędzle. Niemal żałował, że nie jest w stanie zadźgać Lewsa Therina.

— Nie zamierzam siedzieć tu cały dzień, Weiramon! Idź do swoich ludzi!

Niecałą godzinę później objął Prawdziwe Źródło i przygotował się do utworzenia bramy. Musiał zwalczyć zawroty głowy, które ostatnimi czasy dopadały go za każdym razem, gdy zaczerpywał albo uwalniał Moc; nieledwie zakołysał się w siodle Tai’daishara. Od płynnego brudu unoszącego się na powierzchni saidina, od tego zamarzniętego szlamu każde dotknięcie Źródła powodowało skurcze wymiotne. Przez chwilę widział podwójnie, co utrudniało tkanie splotów, o ile wręcz nie uniemożliwiało, a nie mógł kazać Dashivie, Flinnowi albo któremuś z pozostałych, by to zrobili za niego, bo Gedwyn i Rochaid przystanęli razem ze swymi końmi obok odzianych na czarno Żołnierzy, tych wszystkich, którzy nie udali się na poszukiwania. Stali tam i czekali cierpliwie. I obserwowali Randa. Rochaid, niższy od niego zaledwie o dłoń i na oko dwa lata młodszy, był także pełnym Asha’manem, również odzianym w jedwabny kaftan. Na jego wargach pełgał nieznaczny uśmieszek, jakby wiedział o czymś, o czym inni nie wiedzieli, i znakomicie się tym bawił. Co wiedział? Na pewno coś o Seanchanach, a może nawet znał treść Randowych planów w związku z nimi. Co jeszcze? Może nic, ale Rand nie zamierzał zdradzać słabości przy tych dwóch. Zawroty głowy osłabły prędko, chwilę później przestało mu się dwoić w oczach i szybko ukończył splot, po czym, nie zwlekając, uderzył konia piętami i przejechał przez otwór powstały w powietrzu.

Celem jego wyprawy było Illian, ale brama otwarła się na północ od miasta. Wbrew rzekomemu zaniepokojeniu Weiramona nie pojechał tam całkiem bez ochrony. Przez wielki kwadratowy otwór w powietrzu przeszło blisko trzy tysiące ludzi, którzy zatrzymali się na łące nieopodal szerokiej, błotnistej drogi wiodącej do Brodu Północnej Gwiazdy. Mimo że każdemu lordowi wolno było zabrać jedynie garstkę zbrojnych — dla ludzi nawykłych do dowodzenia tysiącem, jeśli nie tysiącami, stu podkomendnych mogło się wydawać garstką — to razem tworzyli sporą rzeszę. Tairenianie, Cairhienianie i Illianie, Obrońcy Kamienia pod dowództwem Tihery i Towarzysze pod dowództwem Marcolina, Asha’mani pod Gedwynem. Dashiva, Flinn i pozostali trzymali się blisko Randa. Wszyscy prócz Narishmy, który jeszcze nie wrócił. Narishma wiedział wprawdzie, gdzie ich szukać, ale Randowi to się wcale nie podobało.

Każda formacja trzymała się tak daleko od pozostałych, jak to tylko było możliwe. Gueyam, Maraconn i Aracome jechali razem z Weiramonem, przy czym bardziej obserwowali Randa niż drogę, a Gregorin Panar z trzema innymi z Rady Dziewięciu, wychylali się z siodeł, by o czymś rozmawiać ściszonymi i pełnymi niepokoju głosami. Semaradrid i towarzysząca mu grupka cairhieniańskich lordów o zawziętych twarzach przyglądali się Randowi niemal równie uważnie jak Tairenianie. Rand wybrał tych, którzy jechali z nim tak samo starannie, jak tych, których odesłał, i to nie zawsze z tych samych powodów.

Gdyby tam byli jacyś gapie, to zapewne z ochotą oglądaliby teraz ów imponujący pokaz męstwa, dodatkowo ubarwiony kolorowymi sztandarami, proporcami i niewielkimi con, które wystawały zza pleców Cairhienian. Barwni, odważni i bardzo niebezpieczni. Niektórzy spiskowali przeciwko niemu, dowiedział się niedawno, że Dom Semaradrida Maravin łączyły dawne sojusze z Domem Riatin, który wszak wszczął przeciwko niemu otwarty bunt w Cairhien. Semaradrid nie wypierał się tych związków, ale nie wspomniał też o nich z własnej woli. A Rady Dziewięciu nie poznał jeszcze na tyle, by ryzykować i pozostawić ich za sobą. Z kolei Weiramon był durniem. Gdyby pozwolić mu polegać na własnym rozumie, to niewykluczone, że próbowałby wkraść się w łaski Lorda Smoka, maszerując ze swoją armią na Seanchan, czyli Murandy albo Światłość tylko wiedziała, na kogo jeszcze czy dokąd. Zbyt głupi, by go zostawiać, zbyt potężny, by go odepchnąć, i dlatego towarzyszył teraz Randowi, przekonany zresztą, że tym samym oddano mu należny honor. Aż żal brał, że nie jest aż tak głupi, by zrobić to, co zasługiwało na egzekucję.

Tuż za nimi jechali słudzy oraz zwykłe fury — nikt nie potrafił pojąć, dlaczego Rand odesłał wszystkie wozy z pozostałymi, a on nie zamierzał nikomu się tłumaczyć — potem długie szeregi zapasowych koni prowadzone przez stajennych, a następnie niezborne zastępy mężczyzn w pogiętych napierśnikach, które nie zawsze na nich pasowały, albo w skórzanych kamizelach z naszytymi zardzewiałymi kółkami, uzbrojeni w łuki, kusze, włócznie, a kilku nawet w piki; była to większa część tych, którzy usłuchali wezwania „lorda Brenda” i postanowili, że nie wrócą do domów bez broni. Dowodził nimi Eagan Padros, człowiek, któremu wiecznie ciekło z nosa i który był znacznie bystrzejszy, niż wyglądał, ten sam, z którym Rand rozmawiał na skraju lasu. Człowiekowi z gminu trudno było zajść daleko, a jednak Rand wyróżnił Padrosa, któremu teraz udało się nawet zebrać swoich ludzi w jednym miejscu, ale kręcili się niespokojnie i poszturchiwali wzajem łokciami, żeby móc lepiej widzieć południe.

Grobla Północnej Gwiazdy, szeroki trakt z ubitej na kamień ziemi przerywany płaskimi kamiennymi mostami, ciągnęła się przez wiele mil, po linii prostej jak lot strzały, przecinając brunatne bagna otaczające Illian. Południowy wiatr niósł morską sól i woń garbarni. Illian było wielkim miastem, z pewnością równie dużym jak Caemlyn czy Cairhien. Kolorowe dachówki i setki smukłych połyskujących w słońcu wież były ledwie widoczne zza morza traw, po którym brodziły długonogie żurawie i skąd ulatywały stada krzykliwych białych ptaków. Illian nigdy nie potrzebowało murów. Aczkolwiek zwykłe mury z kamienia na pewno by nie zatrzymały Randa.

Wszyscy mocno się rozczarowali na wieść, że Rand nie zamierza wjeżdżać do Illian, aczkolwiek nikt nie wypowiedział ani słowa skargi, w każdym razie nie w taki sposób, by on mógł usłyszeć. A jednak rozbijaniu prowizorycznych obozowisk towarzyszyło wiele ponurych spojrzeń i kwaśnych pomruków. Podobnie jak większość dużych miast, Illian słynęło ze swych egzotycznych tajemnic, hojnych barmanów i wyuzdanych kobiet. Przynajmniej wśród ludzi, którzy nigdy go nie widzieli, a do tych zaliczali się też obywatele ziem mieniących Illian swą stolicą. W każdym razie jedynie Morr pogalopował przed siebie groblą. Mężczyźni prostowali się nad kołkami od namiotów albo palikami dla koni i śledzili go zazdrosnymi oczyma. Arystokraci obserwowali go z ciekawością, starając się udawać, że wcale tego nie robią.

Asha’mani z Gedwynem nie zwrócili uwagi na Morra, zajęci organizowaniem własnego obozu, którego główny punkt stanowił czarny jak smoła namiot dla Gedwyna i Rochaida, jego zaś otaczały niewielkie poletka, gdzie wilgotna, zbrązowiała trawa i błoto zostały dokładnie sprasowane i osuszone. Na tak przygotowanym gruncie mieli spać pozostali, otuleni w swoje płaszcze. Rzecz jasna, wykorzystali do tego Moc; Asha’mani wykorzystywali Moc do — wszystkich czynności, nawet się nie trudząc rozpalaniem ognisk. Niektórzy mieszkańcy innych obozów przyglądali im się wielkimi oczyma, zwłaszcza wtedy, kiedy czarny namiot wyrastał jakby mocą własnej woli, a od siodeł frunęły wiklinowe kosze, większość jednak odwracała głowy w przeciwną stronę, gdy do nich docierało, co się tam dzieje. Dwóch albo trzech odzianych w czarne kaftany Żołnierzy mamrotało chyba coś do siebie.

1 ... 129 130 131 132 133 134 135 136 137 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)