Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Rand zaśmiał się cicho. Gdyby pojawiła się akurat dzisiaj, to na pewno doprowadziłby ją do płaczu. Ją i wszystkich Przeklętych, gdyby to dzisiaj miało się stać. Za to Seanchanie z całą pewnością zapłaczą.
Nie wszystkich zachwyciły jego rozkazy. Przymilny uśmiech na twarzy Sunamona gasł, gdy mu się wydawało, że Rand nie patrzy. Torean trzymał flaszkę w swoich sakwach, bez wątpienia wypełnioną brandy, a może było to kilka flaszek, bo pił bez ustanku i jakoś nigdy mu nie brakowało. Semaradrid, Marcolin i Tihera stanęli przed Randem z ponurymi twarzami i jęli się wykłócać o liczby. Jeszcze kilka lat wcześniej blisko sześciotysięczna armia mogłaby stanąć do każdej wojny, ale od tego czasu napatrzyli się na armie liczące dziesiątki, nawet setki tysięcy, zupełnie jak za Artura Hawkwinga, toteż przeciwko Seanchanom chcieli ruszać na czele jeszcze liczniejszej. Mieli bardzo niezadowolone miny, kiedy ich odesłał. Nie rozumieli, że pięćdziesięciu paru Asha’manów to młot najlepszy z możliwych. Zastanawiał się, jak by zareagowali, gdyby im oznajmił, że sam jest dostatecznie tęgim młotem. Wcześniej rozważał nawet pomysł, by zrobić to w pojedynkę. I niewykluczone, że tak się w końcu stanie.
Pojawił się Weiramon, niezadowolony, że ma słuchać rozkazów Bashere, że jadą w góry — w górach nie dało się poprowadzić szarży jak należy — i z jeszcze kilku innych powodów, z których Rand nie pozwolił mu się zwierzyć.
— Ten Saldaeanin to chyba sobie myśli, że powinienem jechać na prawej flance — mruknął lekceważącym tonem Weiramon. Napiął ramiona, jakby ta prawa flanka to była jakaś wielka obelga, nie wiedzieć zresztą czemu. — No i ta piechota, mój Lordzie. Uważam, że doprawdy...
— A ja uważam, że powinieneś przygotować swoich ludzi — przerwał mu chłodnym tonem Rand. Ten chłód był częściowo, spowodowany unoszeniem się w pozbawionej emocji pustce. — Bo inaczej nie znajdziesz się na żadnej flance. — Dał mu tym samym do zrozumienia, że nie zabierze go ze sobą, jeśli nie będzie gotów na czas. Z pewnością taki dureń nie dałby rady narobić szkody w całkiem odosobnionym miejscu z pomocą zaledwie garstki żołnierzy. Nie zdążyłby dojechać do jakiejkolwiek ludzkiej osady większej od wioski przed jego powrotem.
Weiramonowi krew odpłynęła z twarzy.
— Jak Lord Smok rozkaże — powiedział, jak na niego, dość żarliwym tonem i zawrócił konia, zanim te słowa na dobre opuściły jego usta. Tego dnia dosiadał wysokiego gniadosza o szerokiej piersi.
Po chwili przed Randem ściągnęła wodze bladolica lady Ailil. Towarzyszyła jej Wysoka Lady Anaiyella, ale nie tylko dlatego obie stanowiły dziwaczną parę, że ich narody nienawidziły się wzajemnie. Ailil była wysoka, jak na Cairhieniankę, i stanowiła samo wcielenie godności i doskonałości, poczynając od łuku brwi, przez ruch dłoni odzianej w czerwoną rękawicę, a kończąc na sposobie, w jaki peleryna od deszczu z kołnierzem naszywanym perłami układała się na zadzie jej myszatej klaczy. W odróżnieniu od Semaradrida czy Marcolina, Weiramona czy Tihery, nawet nie zamrugała, gdy spostrzegła, że krople deszczu ściekają po nim i nie zostawiają ani śladu. Za to Anaiyella nie potrafiła stłumić mimowolnej reakcji. I głośno zaparło jej dech. A potem zachichotała, ukrywając usta dłonią. Anaiyella była wiotka i piękna mroczną urodą, miała na sobie pelerynę od deszczu z kołnierzem z rubinów i haftowaną złotem, ale na tym kończyło się wszelkie podobieństwo do Ailil. Anaiyella kryła w sobie moc afektowanej elegancji i sztucznego wdzięku. Ukłoniła się i razem z nią jej biały koń, uginając przednie nogi. Roztańczony rumak mógł wywoływać podziw, ale Rand podejrzewał, że brak mu charakteru. Podobnie jak jego pani.
— Lordzie Smoku — rzekła Ailil — muszę raz jeszcze zaprotestować przeciwko wcielaniu mnie w poczet tej... ekspedycji. — Mówiła głosem chłodnym i neutralnym, choć nie całkiem nieprzyjaznym. — Poślę moich dworzan tam, gdzie każesz i kiedy rozkażesz, ale nie mam chęci znaleźć się w wirze jakiejś bitwy.
— Och, tylko nie to! — dodała Anaiyella, subtelnie się wzdrygając. Ta kobieta mizdrzyła się nawet tonem głosu! — Bitwy to obrzydliwość. Tak twierdzi mój Mistrz Koni. Z pewnością nie każesz nam jechać, Lordzie Smoku? Słyszałyśmy, że kobiety otaczasz wyjątkową troską. Nieprawdaż, Ailil?
Rand był tak zdumiony, że dopuścił, by Pustka się roztrzaskała, a saidin gdzieś się zapodział. Krople deszczu zaczęły przeciekać przez włosy i przesączać się pod kaftan, ale przez tę chwilę, gdy ściskał łęk siodła, by utrzymać się w pozycji pionowej, i widział cztery kobiety zamiast dwóch, był zbyt zamroczony, by to zauważyć. Ile one wiedziały? Usłyszały o tym? Ilu ludzi wiedziało? Skąd ktokolwiek to wiedział? Światłości, krążyły pogłoski, że zamordował Morgase, Elayne, Colavaere i jeszcze sto innych kobiet, przy czym każdą kolejną rzekomo zabijał w coraz to brutalniejszy sposób! Przełknął ślinę, żeby nie zwymiotować.
„Ażebym sczezł, ilu szpiegów mnie obserwuje?” — Myśl, która zabrzmiała jak warknięcie.
„Martwi patrzą” — wyszeptał Lews Therin. — „Martwi nigdy nie zamykają oczu”. — Rand zadygotał.
— Rzeczywiście, staram się troszczyć o kobiety — zapewnił je, kiedy już był w stanie zapanować nad swoim głosem. — Dlatego właśnie chcę mieć was blisko siebie przez kilka następnych dni. Ale jeśli ten pomysł aż tak wam się nie podoba, to mógłbym oddelegować jednego z Asha’manów. W Czarnej Wieży będziecie bezpieczne. — Anaiyella pisnęła melodyjnie, ale twarz jej zszarzała.
— Dziękuję, ale nie skorzystam — odparła po chwili Ailil z całkowitym spokojem. — Przypuszczam, że powinnam raczej rozmówić się z moim Kapitanem Lansjerów o tym, czego należy się spodziewać. — Zawracała już swoją klacz, ale zatrzymała się jeszcze i spojrzała z ukosa na Randa. — Mój brat Toram jest... porywczy, Lordzie Smoku. Wręcz krewki. Mnie to nie dotyczy.
Anaiyella uśmiechnęła się o wiele za słodko do Randa i w rzeczy samej zadygotała nieznacznie, zanim poszła w ślady tamtej, ale gdy już była odwrócona tyłem do niego, uderzyła konia piętami i zdzieliła go harapem z rękojeścią wysadzaną klejnotami, po czym prędko minęła drugą kobietę. Biały koń okazał się zaskakująco chyży.
W końcu wszystko było gotowe i uformowane kolumny wężowym ruchem jęły się wciskać między wzgórza.
— Zaczynaj — powiedział Rand do Gedwyna, który zawrócił konia i jął wykrzykiwać rozkazy w stronę swoich ludzi. Ośmiu Oddanych wysforowało naprzód, po czym zsiadło z koni na terenie wyuczonym zawczasu na pamięć, stając twarzami w stronę gór. Jeden z nich wyglądał znajomo, szpakowaty mężczyzna z taireniańską bródką dziwacznie nie harmonizującą z pomarszczoną, wieśniaczą twarzą. Osiem pionowych kresek ostrego, błękitnego światła obróciło się i przeobraziło w otwory; za każdym roztaczał się inny krajobraz: rzadko zalesiona górska dolina zamknięta z jednej strony stromą przełęczą. W Altarze. W górach Venir.
„Zabij ich” — załkał błagalnie Lews Therin. — „Są zbyt niebezpieczni, by żyć!”
Rand nie myśląc nawet, stłumił ten głos. Przenoszący obok mężczyzna często wywoływał taką reakcję ze strony Lewsa Therina, zdarzało się, że wywoływał ją mężczyzna, który tylko potrafił przenosić. Przestał się już zastanawiać, dlaczego tak jest.
Rzucił półgłosem rozkaz i Flinn najpierw zamrugał ze zdziwieniem, a dopiero potem pospiesznie przyłączył się do szeregu i utkał dziewiątą bramę. Żaden nie potrafił uformować tak dużej bramy jak Rand, ale i tak w każdej zmieściłaby się fura, nawet jeśli z trudem. Tę dziewiątą zamierzał wcześniej utworzyć sam, ale nie chciał ryzykować, że znowu będzie obejmował saidina na oczach wszystkich. Zauważył, że Gedwyn i Rochaid go obserwują, z tymi samym chytrymi uśmieszkami. I podobnie obserwował go Dashiva, krzywiąc się, poruszając wargami, jakby gadał do siebie. Czy to tylko jego wyobraźnia, czy Narishma również przyglądał mu się z ukosa? Adley! On też? I Morr?