Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Wiem, że nie lubisz niczego wyjaśniać — mruknął Bashere — ale byłbym rad, gdybyś mnie jednak trochę oświecił. — Poprawiwszy swój miecz z płomienistą głownią, rozsiadł się na drugim krześle i przerzucił nogę przez oparcie. Zawsze zdawał się swobodny i odprężony, ale w razie konieczności potrafił rozprostować się prędzej niż bicz. — Tamten Asha’man nie chciał powiedzieć nic więcej oprócz tego, że potrzebujesz mnie na wczoraj, a jednak zakazał zabierać więcej niż tysiąc ludzi. Miałem przy sobie tylko połowę takiej liczby, ale przywiozłem ich. I widzę, że tu wcale nie zanosi się na bitwę. Połowa godeł, które tu zauważyłem, należy do ludzi, którzy ugryźliby się w język, gdyby zobaczyli za twoimi plecami jakiegoś rzezimieszka z nożem, a wśród pozostałych większość starałaby się odwrócić twoją uwagę. Nie mówiąc o tym, że zapewne opłaciliby nożownika.
Rand, który siedział w samej koszuli za stolikiem do pisania, zmęczonym gestem przycisnął wnętrza dłoni do oczu. Nie zabrał Boreane Carivin, toteż knoty świec nie były przycięte jak należy i w powietrzu wisiała mgiełka dymu. Ponadto prawie wcale nie spał tej nocy, bo studiował mapy rozesłane na stole. Mapy południowej Altary. Nie znalazł dwóch jednakowych.
— Jeśli zamierzasz toczyć bitwę — powiedział do Bashere’a — to kim lepiej zapłacić rachunek rzeźnikowi, jak nie ludźmi, którzy życzą ci śmierci? Tak czy owak, w tej bitwie to nie żołnierze będą zwycięzcami. Ich zadaniem będzie jedynie pilnowanie, by nikt nie wziął podstępem Asha’manów. I co ty na to?
Bashere parsknął tak głośno, że aż mu się wzburzyły wąsy.
— To śmiercionośny gulasz, takie jest moje zdanie. I ktoś udławi się nim na śmierć. Oby Światłość sprawiła, abyśmy to nie byli my. — I wybuchł śmiechem, jakby właśnie powiedział znakomity dowcip.
Lews Therin też się roześmiał.
22
Gromadzą się chmury
Z nieba nieprzerwanie siąpiła mżawka, gdy niewielka armia Randa formowała kolumny na niskich pofałdowanych wzgórzach wypiętrzających się równolegle do szczytów Nemarellin, ciemnych i wyrazistych na tle zachodniego nieba. Nic wprawdzie nie nakazywało stawać twarzą do kierunku, w którym zamierzało się Podróżować, a jednak Rand czuł zawsze, że jakoś nie godzi się postępować inaczej. Mimo deszczu gwałtownie rzednące szare chmury przepuszczały zaskakująco jasne promienie słońca. A może to tylko w porównaniu z ostatnimi mrokami ten dzień zdawał się taki świetlisty.
Na czele czterech kolumn stali Saldaeanie Bashere’a, odziani nie w zbroje, tylko krótkie kaftany. Czekali cierpliwie obok swych wierzchowców pod niewielkim lasem lśniących lanc; na czele pozostałych pięciu znajdowali się mężczyźni odziani w niebieskie kaftany ze Smokiem wyhaftowanym na piersi — dowodził nimi niski, umięśniony Jak Masond. Zazwyczaj zaskakująco żywy, stał teraz w bezruchu, z nogami w rozkroku i rękoma splecionymi na plecach. Wszyscy jego ludzie zeszli się już, gdzie im kazano, podobnie Obrońcy i Towarzysze, którzy zrzędzili, że przydzielono im miejsce z tyłu za piechotą. Za to arystokraci i ich ludzie kręcili się niespokojnie, jakby nie bardzo wiedzieli, gdzie się mają ustawić. Gęste błocko kleiło się do kopyt i butów, grzęzły w nim koła, coraz częściej słychać było przekleństwa. I dlatego trochę to potrwało, zanim udało się sformować sześć tysięcy przemoczonych mężczyzn, którzy z każdą chwilą mokli coraz bardziej. A jeszcze pozostawały tabory i remonty.
Rand wdział swoje najprzedniejsze ubranie, dzięki czemu wyróżniał się na pierwszy rzut oka. Muśnięciem Mocy wypolerował grot Berła Smoka, który teraz błyszczał niczym lustro, oczyścił też starannie Koronę Mieczy. Pozłacana sprzączka od pasa w kształcie Smoka lśniła pochwyconym światłem i podobnie jak złote hafty na kaftanie z niebieskiego jedwabiu. Przez chwilę żałował, że pozbył się klejnotów, które swego czasu zdobiły rękojeść i pochwę jego miecza. Ciemna skóra dzika była praktyczna, ale z taką mógł paradować byle żołnierz. A niech ludzie wiedzą, kim jest. A niech Seanchanie wiedzą, kto przybywa, żeby ich rozgromić.
Siedział na grzbiecie Tai’daishara, na samym środku rozległej polany, i zniecierpliwiony obserwował arystokratów kłębiących się wśród wzgórz. Nieco dalej dosiedli koni Gedwyn i Rochaid, na czele swych podkomendnych uformowanych w idealny czworobok, Oddani w przednim szeregu, Żołnierze za nimi. Wyglądało to tak, jakby szykowali się do parady. Siwowłosych albo łysych było wśród nich tyle samo co młodych — kilku było równie młodych jak Hopwil czy Morr — ale wszyscy co do jednego dysponowali siłą wystarczającą do utworzenia bramy. Tak brzmiał wstępny warunek. Flinn i Dashiva czekali za plecami Randa, w jednej gromadce z Adleyem, Morrem, Hopwilem i Narishmą. Towarzyszyło im dwóch sztywno siedzących w siodłach chorążych, jeden Tairenianin i jeden Cairhienianin, ich napierśniki, hełmy i nawet okute stalą wierzchy rękawic zostały wypolerowane tak starannie, że aż lśniły. Purpurowy Sztandar Światłości i podłużny Sztandar Smoka zwisały bezwładnie, ociekając wodą. Rand objął Moc wcześniej, jeszcze w namiocie, gdzie nikt nie mógł zauważyć jego chwilowej słabości i teraz rzadkie krople dżdżu nie imały się ani jego, ani konia.
Tego dnia skaza na saidinie dawała się wyjątkowo we znaki, gęsty, brudny olej, który sączył się z wszystkich porów skóry i plamił aż do kości. Który plamił duszę. Już mu się wydawało, że do jakiegoś stopnia przywykł do tego plugastwa, a jednak dzisiaj przyprawiało go ono wręcz o mdłości, silniej niż zlodowaciały ogień i wrzący chłód samego saidina. Ostatnimi czasy obejmował Źródło tak długo, jak się dało, żeby się bronić przed kolejnymi napadami mdłości. Powodowały rozproszenie uwagi, którego skutki mogły się okazać śmiertelne. Niewykluczone, że to wszystko było efektem tych zawrotów głowy. Światłości, nie mógł oszaleć już teraz, nie mógł umrzeć. Jeszcze nie teraz. Jeszcze tyle pozostało do zrobienia.
Przycisnął lewą nogę do boku Tai’daishara, po to tylko, by poczuć podłużny tobołek przymocowany między strzemieniem i szkarłatnym czaprakiem. Za każdym razem, kiedy to robił, coś dziwnego zaczynało pełznąć po skorupie Pustki. Jakieś uczucie, wyczekiwanie jakby i może szczypta strachu. Koń, doskonale wyszkolony, zaczął z miejsca skręcać w lewo i Rand musiał go powstrzymać. Kiedyż ci arystokraci wreszcie się ustawią? Aż zazgrzytał zębami ze zniecierpliwienia.
Pamiętał z dzieciństwa, jak ludzie sobie żartowali, że gdy pada deszcz i jednocześnie świeci słońce, to znaczy, że Czarny bije Semirhage. Nie raz jednak słyszało się przebijający z tych żartów niepokój, a chuderlawy stary Cenn Buie złowieszczym tonem dopowiadał, że po czymś takim Semirhage będzie obolała i zła i dlatego chętnie dobierze się do skóry małym chłopcom, którzy wchodzą w drogę starszym. Rand zawsze rzucał się do ucieczki, kiedy słyszał coś takiego. A teraz żałował, że Semirhage nie przyjdzie dobrać mu się do skóry właśnie w tej chwili. Już on doprowadziłby ją do płaczu.
„Nic nie wyciśnie łez z oczu Semirhage” — mruknął Lews Therin. — „To ona doprowadza innych do płaczu, sama płakać nie potrafiąc”.