Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Tym razem brama przeniosła ich na szeroki gościniec wykuty skroś niskich, porośniętych krzakami podnóży gór położonych na zachodzie. Góry Nemarellin. Nie dorównywały Górom Mgły, a Grzbietowi Świata nie dostawały w ogóle, ale ich ciemne szczyty rysowały się surową linią na tle nieba, ostre wierzchołki, które ograniczały niczym mur zachodnie wybrzeże Illian. Za nimi znajdowała się Głębia Kabala, a jeszcze dalej...
Nie minęło wiele czasu i ludzie zaczęli rozpoznawać te szczyty. Gregorin Panar raz omiótł wzrokiem otoczenie i pokiwał głową, ni stąd, ni zowąd z czegoś zadowolony. Pozostali trzej członkowie Rady oraz Marcolin ściągnęli wodze, by podjechać do niego bliżej i zamienić słowo, gdy tymczasem z bramy wciąż wylewał się potok konnicy. Semaradrid potrzebował tylko odrobinę czasu więcej, by rozszyfrować zagadkę; również Tihera i inni mieli takie miny, jakby już się połapali.
Srebrna Droga łączyła Miasto z Lugard i stanowiła główną trasę handlu lądowego z zachodem. Istniała również Złota Droga, która wiodła do Far Madding. Te drogi i ich nazwy wywodziły się jeszcze z czasów poprzedzających powstanie Illian. Przez całe wieki koła, kopyta i buty ubiły ich powierzchnię na kamień, tak że podczas cemaros jedynie z wierzchu pokrywało ją błoto. Zaliczały się do tych nielicznych dróg w Illian, po których duże grupy ludzi mogły przemieszczać się również zimą. Wszyscy dowiedzieli się o Seanchanach już w Ebou Dar, przy czym z opowieści, których Rand nasłuchał się z ust ludzi tworzących armię, wynikało, że najeźdźcy to kuzyni trolloków, tylko znacznie od nich wredniejsi. Jeżeli Seanchanie zamierzali uderzyć na Illian, to Srebrna Droga stanowiła znakomite miejsce, z którego można je było bronić.
Semaradridowi i innym wydawało się, że rozumieją jego strategię: na pewno się dowiedział, że nadciągają Seanchanie, a Asha’mani są tu po to, by ich zniszczyć. Żaden nie wyglądał na specjalnie zmartwionego tym, że to im pozostawiało niewiele do roboty, co wcale nie dziwiło, jeśli wziął pod uwagę krążące o Seanchanach historie. Zmartwił się tylko Weiramon, któremu oczywiście musiał to wszystko wytłumaczyć Tihera, aczkolwiek usiłował to ukryć za pompatyczną tyradą poświęconą mądrości oraz militarnemu geniuszowi Lorda Smoka, której towarzyszyło zapewnienie, że to on, osobiście, poprowadzi pierwszą szarżę na Seanchan. Nadęty dureń. Może szczęście dopisze i wszyscy, którzy dowiedzą się o koncentracji sił na Srebrnej Drodze nie okażą się o wiele bystrzejsi od Semaradrida albo Gregorina. Może szczęście dopisze i nikt, kto się liczył, nie dowie się o niczym, zanim nie będzie za późno.
Rand nastawił się na czekanie, przekonany, że to potrwa dzień czy dwa, a jednak mijał tak dzień za dniem i już zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest takim samym durniem jak Weiramon.
Większość Asha’manów rozproszyła się po Illian, Łzie i Równinach Maredo, szukając ludzi, których kazał im znaleźć Rand. Szukali, mimo że szalał cemaros. Niby mogli posługiwać się bramami i Podróżować, a jednak nawet Asha’mani potrzebowali czasu, by znaleźć tych, których szukali, bo ulewne deszcze nie pozwalały widzieć dalej niż na pięćdziesiąt kroków, a powstałe trzęsawiska niemal całkiem zatamowały obieg plotek. Asha’man pokonywał milę i dowiadywał się, że poszukiwani przezeń ludzie znowu przemieścili się dalej. Niektórych czekała jeszcze dłuższa przejażdżka za bramą, musieli bowiem dosłownie gonić ludzi, którym bynajmniej nie w smak było spotkanie z nimi. Minęło wiele dni, zanim pierwszy Asha’man przywiózł jakieś wieści.
Wysoki Lord Sunamon, który przyłączył się do Weiramona, był tłustym mężczyzną o nienagannych manierach, przynajmniej w stosunku do Randa. Wytworny w swym jedwabnym kaftanie, zawsze uśmiechnięty, chętnie deklarował lojalność, a jednak spiskował przeciwko Randowi od tak dawna, że zapewne robił to nawet podczas snu. Przybył też Wysoki Lord Torean, z tą swoją bulwiastą twarzą farmera i nieprzebranym bogactwem, bąkał coś o honorze, jaki go spotyka, skoro oto może znowu jechać u boku samego Lorda Smoka. Toreana nic nie interesowało bardziej niż złoto, z wyjątkiem być może przywilejów, jakie Rand odebrał arystokratom z Łzy. I zdruzgotała go wieść, że w obozie nie ma ani jednej posługaczki, w okolicy zaś żadnej wioski, gdzie dałoby się znaleźć jakieś potulne dziewczęta. Torean spiskował przeciwko Randowi z takim samym zapamiętaniem jak Sunamon. Być może z jeszcze większym niż Gueyam, Maraconn czy Aracome.
Systematycznie przybywali pozostali. Był wśród nich Bertome Saighan, niski i przystojny mężczyzna, który golił sobie przód czaszki. Powiadali, że nie opłakiwał zbyt żarliwie śmierci swej kuzynki Colavaere, bo teraz to on został nową Głową Domu Saighan, a poza tym musiały do niego dotrzeć pogłoski, jakoby egzekucję przeprowadzono na rozkaz Randa: Albo że to sam Rand ją zamordował. Bertome kłaniał się i uśmiechał, uśmiechem, który nigdy nie obejmował jego ciemnych oczu. Niektórzy powiadali, że bardzo lubił swoją kuzynkę. Przybyła też Ailil Riatin, szczupła, pełna godności kobieta o dużych ciemnych oczach, niemłoda, ale dość jeszcze ładna, która protestowała, że nie zamierza sama ruszać w pole, bo od dowodzenia swymi zbrojnymi ma Kapitana Lansjerów. Ona też zapewniała o swej lojalności względem Lorda Smoka. Niemniej jednak jej brat Toram rościł sobie prawo do tronu, który Rand chciał przekazać Elayne, i szeptano, że zrobiłaby dla Torama wszystko, dosłownie wszystko. Że nawet przyłączyłaby się do jego wrogów, żeby im coś utrudnić albo przeciwko nim szpiegować, albo jedno i drugie, rzecz jasna. Przyjechali też Dalthanes Annalin, Amondrid Osiellin i Doressin Chuliandred, lordowie, którzy wsparli Colavaere na Tronie Słońca, bo im się wydawało, że Rand nigdy nie wróci do Cairhien.
Cairhienianie i Tairenianie zjawiali się jedno po drugim, każde ze wsparciem świty liczącej co najwyżej pięćdziesięciu czy w najlepszym razie stu ludzi. Mężczyźni i kobiety, którym ufał jeszcze mniej niż Gregorinowi albo Semaradridowi. Przeważnie jednak byli to mężczyźni, nie dlatego, by uważał kobiety za mniej nie bezpieczne — nie był aż tak wielkim durniem; kobieta potrafiła zabić dwa razy szybciej niż mężczyzna i zazwyczaj z mało istotnego powodu! — ale dlatego, bo nie potrafiłby zabrać tam, dokąd się wybierał, jakiejkolwiek kobiety z wyjątkiem tych najbardziej niebezpiecznych. Ailil potrafiła uśmiechać się ciepło i jednocześnie kalkulować, jak najbardziej poręcznie wsadzić ci nóż między żebra. Wysoka Lady Anaiyella, smukła i gibka, która znakomicie udawała piękną idiotkę, wróciła do Łzy z Cairhien i zaczęła otwarcie mówić o sobie jako o kandydatce do wciąż jeszcze nie istniejącego tronu Łzy. Być może była głupia, ale udało jej się zdobyć spore poparcie, zarówno wśród arystokracji, jak i na ulicach.
I takim to sposobem wreszcie zebrał ich przy sobie, tych wszystkich ludzi, których dawno temu spuścił z oka. Nie był w stanie obserwować ich wszystkich przez cały czas, ale nie mógł dopuścić, by zapomnieli, że czasami rzeczywiście tak się działo. Zebrał ich i czekał. Przez dwa dni. Zgrzytał zębami i czekał. Pięć dni. Osiem.
Deszcz tłukł w płótno jego namiotu stłumionym werblem, kiedy nareszcie przybył ostatni człowiek, na którego czekał.
Davram Bashere strząsnął z nieprzemakalnej peleryny niewielką strugę wody, z obrzydzeniem dmuchnął w swe gęste, przetkane siwizną wąsy i cisnął pelerynę na fotel o wysokim oparciu. Był niskim mężczyzną, obdarzonym wydatnym, orlim nosem, a jednak sprawiał wrażenie roślejszego. Nie dlatego, że się prężył, ale dlatego, że zakładał, iż dorównuje wzrostem wszystkim obecnym i zresztą inni rzeczywiście tak uważali. W każdym razie czynili tak ci roztropni. Na swoją zakończoną wilczym łbem, rzeźbioną z kości słoniowej buławę Marszałka-Generała Saldaei, wetkniętą teraz beztrosko za pas od miecza, Bashere zasłużył sobie na dziesiątkach pól bitewnych i przy tyluż stołach obrad. Zaliczał się do tych nielicznych, którym Rand powierzyłby własne życie.