Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 128 129 130 131 132 133 134 135 136 ... 197
Перейти на страницу:

Rand zepchnął te słowa na sam skraj pola świadomości i odtąd brzmiały nie głośniej niż brzęczenie muchy. Od czasu swego ponownego pojawienia się w głowie Randa Lews Therin rzadko kiedy milkł, jeśli Rand go nie uciszył. Przeważnie zdawał się jeszcze bardziej szalony i bardziej gniewny. I niekiedy też silniejszy. Potrafił wdzierać się nawet do snów, snów, w których Rand często widział siebie, ale za to z obcą twarzą. I nie zawsze też była to twarz, którą nawykł rozpoznawać jako należącą do Lewsa Therina. Czasami była zamazana, a jednak jakby znajoma i Lews Therin też zdawał się zaskoczony jej widokiem. To świadczyło o tym, jak dalece posunęło się szaleństwo tego człowieka. A może jego własne.

„Jeszcze nie” — pomyślał Rand. — „Jeszcze za wcześnie, bym miał popaść w obłęd”.

„W takim razie kiedy?” — szepnął Lews Therin, zanim Rand zdążył go znowu zagłuszyć.

Wraz z przybyciem Gedwyna i Asha’manów nabrał kolorów jego plan przegnania Seanchan na zachód. Machina przygotowań została wprawiona w ruch i pełzła teraz powoli niczym znużony wędrowiec po jednej z tych błotnistych dróg. Natychmiast przeniósł obozowisko, nie starając się maskować swoich poczynań. Nie było sensu silić się na zachowanie tajemnicy. Wraz z nadejściem cemaros wieści niesione przez gołębie podróżowały powoli, a jeszcze wolniej, gdy przekazywali je kurierzy, a jednak Rand nie miał wątpliwości, że jest obserwowany, obserwowany przez Białą Wieżę, przez Przeklętych, przez tych wszystkich, którzy dopatrywali się zysku albo straty w związku z wyprawami Smoka Odrodzonego i mogli wcisnąć ukradkiem monetę jakiemuś żołnierzowi, bo było ich na to stać. Może nawet Seanchanie go obserwowali. Jeśli on mógł prowadzić wśród nich zwiady, to czemu oni nie mieli szpiegować jego poczynań? Ale nawet Asha’mani nie wiedzieli, dlaczego pozostaje w ciągłym ruchu.

Właśnie stał i przyglądał się bezczynnie, jak ludzie pakują jego namiot na furę, gdy pojawił się Weiramon na jednym ze swych licznych wierzchowców, tym razem był to roztańczony biały wałach z najlepszej taireniańskiej hodowli. Deszcz zelżał, ale szare chmury nadal zasnuwały popołudniowe słońce i zdawało się, że można wyżymać wodę z powietrza. Przemoczone płaty Sztandaru Smoka i Sztandaru Światłości zwisały bezwładnie z drzewc.

Towarzyszy zastąpili taireniańscy Obrońcy Łzy i kiedy Weiramon przejeżdżał przez utworzony przez nich pierścień, spojrzał krzywo na Rodrivara Tiherę, mężczyznę szczupłego, nawet jak na Tairenianina, smagłego, z krótką bródką przyciętą w bardzo ostry szpic. Tihera, przedstawiciel najpośledniejszej szlachty, który zapewne awansował za sprawą swych talentów, był obowiązkowy do przesady. Gęste białe pióra kołyszące się na jego hełmie z okapem dodatkowo nadały ceremonialności skomplikowanemu ukłonowi, który złożył przed Weiramonem. Grymas na twarzy Wysokiego Lorda pogłębił się.

Kapitan Kamienia nie musiał dowodzić strażą przyboczną Randa osobiście, ale często to czynił, podobnie jak Marcolin, któremu również zdarzało się wydawać rozkazy Towarzyszom. Między Obrońcami a Towarzyszami często dochodziło do zażartej rywalizacji o to, kto będzie chronił Randa. Tairenianie twierdzili, że to ich prawo, ponieważ dłużej władał Łzą, a Illiańczycy przypominali, że przecież jest królem Illian. Do Weiramona prawdopodobnie dotarły przebąkiwania Obrońców, że czas najwyższy, by Łza miała swojego króla, a kto byłby lepszy niźli człowiek, który obronił Kamień? Weiramon całą duszą zgadzał się z taką potrzebą, ale nie z wyborem tego, kto miał nosić koronę. I nie był w tym odosobniony.

Weiramon ukrył grymas niezadowolenia, gdy tylko spostrzegł, że Rand patrzy, po czym zeskoczył z okutego złotem siodła i wykonał ukłon, przy którym ukłon Tihery zdawałby się prostacki. Z tym swoim sztywnym karkiem potrafiłby nadymać się i kroczyć dumnie nawet przez sen. Aczkolwiek skrzywił się nieznacznie, gdy wdepnął wypolerowanym do połysku butem w błoto. Miał na sobie pelerynę chroniącą jego znakomite odzienie przed deszczem, ale nawet ją zdobił złoty haft i kołnierz z szafirów. Jak najbardziej byłoby pewnie usprawiedliwione przypuszczenie, że to do niego należy Korona Mieczy, a nie do Randa, mimo jego kaftana uszytego z ciemnozielonego jedwabiu i ozdobionego na rękawach i klapach szeregami złotych pszczół.

— Lordzie Smoku — zagrzmiał Weiramon. — Nie potrafię wyrazić, jaki jestem szczęśliwy, widząc, że strzegą cię Tairenianie. Świat zapłakałby z pewnością, gdyby doszło do jakiegoś niefortunnego zdarzenia. — Był zbyt inteligentny, by się odkryć i nazwać Towarzyszy niegodnymi zaufania. Ale dzielił go od tego włos.

— Prędzej czy później zapłacze — odparł sucho Rand. Kiedy spora jego część przestanie już świętować. — Ty na pewno płakałbyś z całego serca, Weiramonie.

Mężczyzna autentycznie się napuszył, gładząc swą siwiejącą bródkę. Usłyszał to, co chciał usłyszeć.

— O tak, mój Lordzie Smoku, możesz być pewien mojej stałości. Dlatego właśnie nie dają mi spokoju rozkazy, które dziś rano dostarczył twój człowiek. — Tym człowiekiem był Adley; wielu arystokratów uważało, że jeśli będą udawali, że Asha’mani to tylko słudzy Randa, tamci staną się dzięki temu jakby mniej niebezpieczni. — Bardzo to z twojej strony roztropne, żeś odesłał większość Cairhienian. I oczywiście także Illian, to się rozumie samo przez się. Potrafię nawet pojąć, dlaczego nie dopuszczasz do siebie Gueyama i innych. — Buty Weiramona plaskały w błocie, gdy podszedł bliżej, a głos nabrał poufnej barwy. — Jestem bowiem osobiście przekonany, że niektórzy z nich... nie powiem, że spiskowali przeciwko tobie, ale tak sobie myślę, że ich lojalność niekoniecznie zawsze była bezsporna. Czyli taka jak moja. Bezsporna. — Jego głos znowu się zmienił, tym razem był silny i pewny, był głosem człowieka, którego interesują wyłącznie potrzeby tego, komu służy. Czyli tego, który bez wątpienia ukoronuje go na pierwszego króla Łzy. — Pozwól, że sprowadzę tu moich zbrojnych, Lordzie Smoku. Razem z nimi i z Obrońcami zapewnię nienaruszalność honoru i bezpieczeństwa Pana Poranka.

We wszystkich obozach pakowano dobytek na wozy i fury, siodłano konie. Większość namiotów została już rozebrana. Wysoka Lady Rosana odjeżdżała w stronę północy, jej sztandar wiódł kolumnę dostatecznie potężną, by mogła wzniecić popłoch wśród bandytów i sprawić, by Shaido przynajmniej dwa razy się zastanowili. Nie dość jednak potężną, by natchnąć Rosanę jakimiś dzikimi pomysłami, tym bardziej że połowę owej kolumny tworzyli ludzie Gueyama i Marconna oraz Obrońcy Kamienia. Zasadniczo to samo tyczyło się Spirona Narettina, który z kolei podążał po wysokiej grani w stronę wschodu, wiodąc za sobą tyluż Towarzyszy i ludzi, którzy poprzysięgli lojalność pozostałym z Rady Dziewięciu, co własnych wasali, nie wspominając już setki innych, którzy wlekli się pieszo z tyłu. Była to część ludzi, którzy poddali się poprzedniego dnia w lesie za tamtą granią. Zadziwiająco liczna rzesza chciała przyłączyć się do Smoka Odrodzonego, ale Rand nie ufał im na tyle, by utworzyć z nich jedną formację. Z podobną zbieraniną wyruszał właśnie na południe Tolmeran, a reszta jeszcze ładowała dobytek na wozy i zaraz potem też mieli wymaszerować. Obie grupy w przeciwne strony, przy czym tworzący je ludzie do tego stopnia nie ufali sobie wzajem, że nie mieli odwagi nie wypełniać rozkazów Randa. Zaprowadzenie pokoju w Illian było zadaniem doniosłym, a jednak wszyscy lordowie i lady żałowali, że się ich odrywa od Smoka Odrodzonego, najwyraźniej się zastanawiając, czy to przypadkiem nie oznacza, że zawiedli jego zaufanie. Aczkolwiek niektórzy zapewne zastanawiali się również, dlaczego postanowił kilku zatrzymać przy sobie. Rosana z pewnością myślała o tym.

1 ... 128 129 130 131 132 133 134 135 136 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)