Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 124 125 126 127 128 129 130 131 132 ... 151
Перейти на страницу:

– Nic byś nie zrobił. Było już za późno.

– Skąd wiesz? Skąd możesz to wiedzieć?

Wzruszyła ramionami. I tak nie mieli szans, jakby sam Los grał przeciw nim. Nawet gdyby Laweneres uspokoił tlący się ogień mądrymi prawami, ktoś postarałby się, by go rozdmuchać. Wystarczyłaby jakaś łapanka albo pomniejsza rzeź. Powstanie musiało wybuchnąć, by Obrar Płomienny wszedł z armią w środek ogarniętego zamętem kraju i wystąpił w roli zbawcy.

– Ludzie z wizją bywają oślepieni własnymi marzeniami. Sam tak powiedziałeś. Ciebie to też dotyczy, trucicielu. Pójdę już.

Uniósł kielich w ironicznym toaście.

– Twoje zdrowie, dziewczyno. Laweneres jest…

– Sama go znajdę. Jeśli zechcę poszukać. Będzie walczył jutro o świcie?

– Tak. Nie. Stawi się o świcie przy Oku. Zanim skrzyżują broń, odbędzie się przedstawienie, kapłani odczytają jego linię krwi, a to z pięćdziesiąt nazwisk, linię krwi Obrara, potem ten rzuci uroczyste wyzwanie, wymieniając wszystkie swoje tytuły. To potrwa jakiś czas. Potem dopiero dadzą im broń.

– Jaką?

– Tradycyjne szable. Nieco dłuższe niż twoje talhery, trochę cięższe. Potem modlitwa, błaganie Agara, by wsparł sprawiedliwość… – Kaszel mężczyzny przypominał rzężenie rannego zwierzęcia. – Sprawiedliwość. Gdyby ten ognisty sukinsyn wiedział, co to znaczy. Nieważne. Wszyscy w mieście poczują, gdy książęta wejdą do Oka. Ono ich przywita. Będziesz tam?

– Do Oka może wejść tylko ten, kto ma w sobie krew Agara, prawda? Albo ten, kto domaga się vasagar?

Po raz pierwszy nim wstrząsnęła.

– Nie możesz…

– Zamierzasz wskazywać mi drogę, ślepy mężczyzno? Swojego księcia przywiodłeś do zguby.

Wymierzyła mu ten ostatni policzek, z ponurą złośliwością obserwując, jak czerwienieje. Po czym wstała, ukłoniła się głęboko, krzyżując dłonie na rękojeściach szabel.

– Nie hołubię żalu ani krzywdy, przechodzący, więc nasze drogi mogą się rozejść, a moja broń nie będzie płakać za twoją krwią. Oby Matka była łaskawa dla każdego naszego kroku.

Nie sądziła, by rozumiał k’issari, ale był bystry. Jak na mężczyznę oślepionego własną wizją.

Wyszła na pusty korytarz.

Rozdział 18

Światło.

Zdumiewające, jak niewiele trzeba, by w człowieka wstąpiła otucha. W jednej chwili stoi w ciemnościach z dłońmi wyciągniętymi na boki, starając się nie dotykać zimnej klingi za plecami, a głowę wypełniają mu myśli, które sprawiają, że ma wrażenie, jakby zapadał się w posadzkę. A w następnej – jest w pełni pobudzony i gotowy do działania.

Światło oznacza ludzi. A ludzie to nadzieja. Na odmianę losu, jakakolwiek by ona była.

W dziurze w ścianie, gdzie kiedyś musiały być drzwi, rozbłysnął ciepły blask, który wlał się do komnaty i polizał kamienne ściany. Za światłem pojawił się mężczyzna. Wysoki, szczupły, siwowłosy, ubrany w skromny strój w brązach i czerni. Altsin wygrzebał jego imię z pamięci.

Bendoret Terleach. Hrabia. Cóż za zaszczyt.

Nadzieja skuliła się w kącie i zaczęła popłakiwać. Bendoret Terleach z pewnością nie zwiastuje najmniejszej szansy na wyjście z tego bagna.

Arystokrata popatrzył na niego z twarzą wyglądającą jak pośmiertna maska odlana w kiepskiej jakości gipsie. Plamy bieli i szarości walczyły ze sobą o lepsze na tym obliczu, a złodziej wiedział, że hrabia od wielu dni nie dosypia, jada byle co i pije zbyt wiele wina. To była twarz człowieka, w którym coś pęka, powoli łamiąc jego wolę i wiarę.

Zwłaszcza wiarę.

– Miałem cię w ręku.

Przez chwilę Altsin nie bardzo wiedział, co te słowa znaczą.

– W czasie pojedynku, gdy zabiłeś sekGressa. Powinienem się domyślić, kapitan mittarskiej galery, za którego się podawałeś, pokonuje najbardziej utalentowanego szermierza, jakiego widziałem przez ostatnie lata. Powiedziałem ci nawet wtedy, że widziałem w tobie Naszego Pana. Gdybym wiedział, jak blisko jestem prawdy.

Złodziej popatrzył szlachcicowi w oczy, świadomy, że żadne kłamstwa i wykręty nie mają sensu. On wie wszystko.

– Jak… się tu znalazłem?

O Matko Łaskawa. Ależ miał głos. Jakby ktoś przeciągnął mu przez gardło tuzin związanych, walczących ze sobą kotów.

– Nie pamiętasz? Sam do mnie przyszedłeś. Do świątyni.

Te słowa wywołują ciąg obrazów.

Delegacja. Rządek ubranych w błękitne szaty sług Bliźniąt kieruje się w stronę wysokiego mężczyzny w czerni. Wokół jest pełno ludzi, część szybkim krokiem zmierza w konkretnym kierunku, a część stoi w grupkach, milczących i zgodnie ponurych. Czekają, aż mężczyzna w czerni wezwie ich do siebie gestem lub spojrzeniem, ale on stoi na środku sali, nieruchomy, z grzywą białych włosów wznoszącą się nad szlachetną, arystokratyczną twarzą, i najwyraźniej czuje się świetnie, znajdując się w centrum uwagi. Wydaje polecenia. Powietrze przepełnione jest napięciem, ale napięciem podszytym ekscytacją i niecierpliwym oczekiwaniem. Szmer i do sali wnoszą młodego chłopca ubranego jak portowy tragarz, leżącego, z twarzą ściągniętą bólem, na płaszczu trzymanym za rogi. Z rozbitej głowy leje mu się krew, złamana noga błyska kością, ale dzieciak nie płacze. W tłumie, jak wyrojona nożem, otwiera się aleja, na której końcu stoi on, hrabia Terleach. Niosą ku niemu chłopca, a on krótkim gestem zatrzymuje zbliżających się kapłanów w błękitnych szatach i sam rusza ku rannemu.

Nie słychać słów, które szepcze do ucha chłopaka, ale zakrwawiona twarz rozjaśnia się, jakby ktoś podświetlił ją od spodu, zakrwawiona dłoń łapie za rękę arystokraty, a usta zostawiają szkarłatny ślad na mankiecie czarnej koszuli. Lecz nikt w sali nie krzywi się, nie rzuca pogardliwych spojrzeń ani nie wydyma z niesmakiem ust na widok plebejskiej krwi znaczącej szlachetny jedwab.

To krew męczennika za wiarę.

Wspomnienie tej sceny błysnęło i uciekło, zostawiając posmak żelaza w ustach i gorzkie przeczucie zdrady.

Aonel, coś ty zrobiła?

Altsin poczuł drżenie. Zatrzęsły się płyty czarnego granitu, tworzące ściany i posadzkę, zawibrowała czarna klinga, a wraz z nią zamigotało światło pochodni trzymanej przez hrabiego. Przez twarz mężczyzny przebiegł dziwny skurcz.

Zmierzyli się wzrokiem, arystokrata i miejski szczur.

– Co się dzieje w mieście? – Altsin rzucił pytanie, które nagle zaczęło go dręczyć. Musiał znać odpowiedź.

– Wierni atakują matriarchistów. Nie chciałem tego, nie teraz, ale skoro mam ciebie, wszystko ulegnie zmianie. Skończył się czas pokory. – Siwowłosy mężczyzna potrząsa głową. – Nie będziemy więcej pełzać na kolanach.

Złodziej zerknął na lewą rękę szlachcica. Tę, która trzymała pochodnię. Ręka wydawała się wykonywać lekkie, mimowolne ruchy w rytm drgania klingi za plecami.

– Nosisz Durwon? – zapytał.

Jako jedyną odpowiedź otrzymał pełen wyższości uśmieszek. Głupie pytanie. Jakim cudem najważniejszy człowiek w Świątyni Reagwyra miałby nie nosić znaku swojego boga?

– Durwon? – coś w głosie hrabiego kazało Altsinowi jednak zmienić zdanie. – Durwon to za mało. Durwon jest dobry dla prostaczków. Durwon to…

Słowa nie wystarczą, zresztą Bendoret Terleach nie zamierzał ich tracić na kogoś takiego jak ten męt, który zupełnym przypadkiem wszedł w posiadanie największego skarbu Świątyni. Hrabia szarpnął niecierpliwym ruchem koszulę, aż trzasnął materiał, a kilka guzików prysnęło w kąt. Jeden ruch i wszystkie tajemnice i plany ujawniają się z całkowitą bezwzględnością.

1 ... 124 125 126 127 128 129 130 131 132 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)