Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
– Tobie za złe? A to czemu?
Shangguan Jintong leżał dwa dni. Jego umysł powoli odzyskiwał równowagę, lecz wizja Nataszy od czasu do czasu stawała mu przed oczyma. Kiedy mył twarz w glinianej misie, widział ją płaczącą na dnie. Kiedy przeglądał się w lustrze, śmiała się do niego. Gdy tylko zamknął oczy, słyszał jej oddech, czuł nawet muśnięcia jej miękkich włosów na twarzy i dotyk ciepłych dłoni na całym ciele. Shangguan Lu, wystraszona dziwacznym zachowaniem syna, chodziła za nim krok w krok, gestykulując nerwowo i popłakując jak dziecko.
Odbicie własnej pożółkłej twarzy spojrzało na Jintonga z beczki pełnej wody.
– Ona tam jest! – oznajmił.
– Kto? – spytała matka. – Ona!
– Jaka ona?
– Natasza! Jest nieszczęśliwa!
Matka patrzyła na syna, który włożył rękę do beczki. Nie było tam nic oprócz wody, Jintong jednak, wielce poruszony, mamrotał coś w niezrozumiałym języku. Shangguan Lu odciągnęła go na bok, lecz gdy zakrywała beczkę drewnianą pokrywą, Jintong klęczał już przed miednicą i wypowiadał zaklęcia do mieszkającego tam wodnego ducha. Matka wylała wodę z miednicy – Shangguan Jintong po chwili stał z twarzą przyklejoną do szyby w oknie, przyciskając do niej wargi, jakby całował własne odbicie.
Matka objęła Jintonga, szlochając rozpaczliwie.
– Synku, synku, co się z tobą stało?! Matka tyle się natrudziła, żeby cię wychować, żyły sobie wypruwała… A tu coś takiego…
Na twarzy Shangguan Lu lśniły kryształowe łzy. Shangguan Jintong ujrzał tańczącą Nataszę, przeskakującą z jednej kropli w drugą.
– Tam jest! – powiedział nieprzytomnie, pokazując palcem twarz matki. – Natasza, nie uciekaj!
– Gdzie? – spytała matka.
– W twoich łzach – odrzekł Jintong. Matka czym prędzej otarła łzy.
– Teraz wskoczyła do twoich oczu! – krzyknął Jintong. Shangguan Lu nareszcie pojęła. Natasza zjawiała się we wszystkim, co odbijało światło. Zakryła więc wszystkie naczynia z wodą, zakopała lustra, zakleiła szybę w oknie czarnym papierem, byle tylko Jintong nie mógł nigdzie zobaczyć jej oczu.
Jintong jednak zaczął widzieć Nataszę nawet w ciemności. Z fazy unikania jej za wszelką cenę przeszedł do gorączkowych poszukiwań, Natasza natomiast przestała ukazywać mu się uporczywie co chwila – dla odmiany to kryła się, to wyskakiwała mu nagle przed oczami.
– Natasza, posłuchaj mnie! – krzyknął w stronę ciemnego kąta, po czym zderzył się ze ścianą.
Natasza schowała się w mysiej dziurze pod szafką, a on przyłożył do niej oko, wytężył siły, próbując wcisnąć się do środka i poczuł, że rzeczywiście udało mu się tam wśliznąć. Gonił Nataszę krętym korytarzem, wołając:
– Natasza, nie uciekaj, dlaczego uciekasz?
Natasza wybiegła przez inny otwór i zniknęła. Szukał jej wszędzie, aż znalazł ją rozpłaszczoną jak kartka papieru, przyklejoną do ściany. Przytulił się do niej, gładząc mur rękoma, jakby głaskał jej policzki. Natasza schyliła się i przeszła mu pod pachą. Wpełzła do komina; jej twarz od razu pokryła się sadzą. Jintong ukląkł przed piecem, wyciągnął rękę, chcąc wytrzeć policzki dziewczyny z sadzy, lecz bezskutecznie – za to jego twarz zrobiła się czarna.
Matka była bezsilna. Padła na kolana i złożyła czołobitny pokłon. Następnie poprosiła o pomoc mistrza Ma, wielkiego egzorcystę, który już od dawna nie praktykował swojej sztuki.
Mistrz Ma przyszedł odziany w czarną szatę, z potarganymi włosami, boso; stopy miał pomalowane na czerwono, w ręku trzymał miecz z brzoskwiniowego drewna i ciągle coś niezrozumiale mamrotał. Na widok egzorcysty Shangguan Jintong przypomniał sobie różne zasłyszane historie na jego temat i nagle poczuł się, jakby wypił łyk octu – jego świadomość doznała wstrząsu, w opętanym umyśle otworzyła się szczelina i obraz Nataszy go opuścił. Mistrz miał czerwoną twarz i wyłupiaste oczy; wyglądał złowrogo. Odkaszlnął i splunął flegmą podobną do rzadkiego kurzego stolca. Następnie, wymachując swoim drewnianym mieczem, odtańczył dziwaczny taniec. Kiedy się zmęczył, zbliżył się do miednicy, wyrecytował zaklęcie i splunął do środka, po czym chwycił miecz oburącz i jął mieszać wodę. Po pewnym czasie woda zabarwiła się czerwonawo. Mistrz odtańczył kolejny taniec. Zmęczywszy się, znowu zamieszał w miednicy, aż woda nabrała barwy świeżej krwi. Porzucił miecz i siadł na podłodze zdyszany. Następnie przyprowadził Jintonga i rzekł:
– Spójrz w tę misę i powiedz, co tam widzisz.
Jintong wyczuł aromat leczniczych ziół. Przyjrzał się uważnie spokojnej, czerwonej powierzchni wody. Zdumiał go widok twarzy, którą tam zobaczył. Jak to się stało, że pełen życia Shangguan Jintong zamienił się w tego zwiędłego, pomarszczonego brzydala? – pomyślał ze smutkiem.
– Widzisz coś? – dopytywał się mistrz.
Zakrwawiona twarz Nataszy powoli uniosła się z dna miednicy, zlewając się z odbiciem Jintonga. Natasza zdjęła suknię, pokazała krwawą ranę na piersi i oświadczyła niskim głosem:
– Shangguan Jintong, jesteś taki okrutny!
– Natasza! – krzyknął rozpaczliwie Jintong, zanurzając twarz w miednicy.
Usłyszał, jak mistrz zwraca się do matki i do Laidi:
– Gotowe, możecie go teraz zaprowadzić z powrotem do jego pokoju.
Jintong skoczył na równe nogi i rzucił się na egzorcystę. Po raz pierwszy w życiu kogoś zaatakował. Podniesienie ręki na osobę, która rozmawia z demonami, było aktem ogromnej odwagi – a wszystko to dla Nataszy. Lewą ręką chwycił siwą bródkę egzorcysty i z całej siły pociągnął w dół; usta mistrza zamieniły się w owalny czarny otwór, z którego pociekła Jintongowi na rękę cuchnąca ślina. Na języku mistrza siedziała Natasza, podtrzymując dłońmi piersi i spoglądała z podziwem na Jintonga. Ten po takiej zachęcie jeszcze mocniej pociągnął za bródkę, dołączając prawą rękę. Mistrz Ma zgiął się boleśnie wpół; wyglądał jak sfinks z obrazka w podręczniku geografii. Drewnianym mieczem niezgrabnie ugodził Jintonga w nogę. Ten jednak dzięki Nataszy nie poczuł żadnego bólu, a gdyby nawet poczuł i tak nie rozluźniłby chwytu – w ustach egzorcysty była przecież Natasza. Przeraziła go myśl, co by się stało, gdyby puścił – Natasza zostałaby przeżuta na papkę i zniknęłaby w brzuchu Mistrza Ma. Kiszki egzorcysty były takie brudne! Okazał się złym demonem, który poprzez swoje obrzydliwe magiczne sztuczki krzywdził i zabijał kobiety, diabłem, który zmuszał piękne, małe duszki, żeby kręciły jego młyńskim kołem! Umiał, co prawda, składać gołąbki z papieru, puszczać papierowe łódeczki w misce z wodą, płynąć nimi do Japonii i wracać następnego dnia ze skrzynką japońskich pomarańczy dla teścia – to wszystko było całkiem miłe – więc dlaczego, mistrzu sztuk magicznych, chcesz skrzywdzić moją Nataszę?
– Nataszo, szybko, uciekaj! – krzyczał nerwowo Jintong.
Lecz Natasza wciąż siedziała na języku egzorcysty, głucha na jego wołania. Bródka mistrza stawała się coraz bardziej śliska – spływała na nią krew ze zranionej piersi Nataszy. Jintong przytrzymywał tę brodę uparcie, to jedną ręką, to drugą; obie były czerwone od krwi. Egzorcysta wypuścił drewniany miecz, obiema rękami złapał Jintonga za uszy i pociągnął na boki z całej siły. Jintong mimowolnie otworzył usta; usłyszał okrzyki przestrachu matki i Najstarszej Siostry, jednak nic nie mogło zmusić go do puszczenia brody mistrza. Kręcili się w kółko po podwórku, a matka i Najstarsza Siostra razem z nimi. Nagle Jintong potknął się, co spowodowało, że za późno zmienił rękę – egzorcysta skorzystał z okazji i wgryzł się w wierzch dłoni. Jintong stracił przewagę. Mistrz zaraz poobrywa mu uszy! Dłoń miał już pogryzioną do kości. Jęknął z bólu; ból serca był jednak dużo silniejszy niż ból ciała. Widział jak przez mgłę; zdesperowany, pomyślał o Nataszy. Egzorcysta połknął ją, już pływała w jego sokach trawiennych, a kolczaste ścianki żołądka napierały na nią bezlitośnie. Zamglony świat przed oczyma Jintonga zalała ciemność, czarna niczym brzuch mątwy.