Moja znajomość z Pauliem, a tak naprawdę Paulem Lee, miała nietypowy charakter.
Jej nietypowość polegała na tym, że spotykaliśmy się raz na dwa miesiące wyłącznie na stopie towarzyskiej — wyjście do pubu, na kolację, do teatru lub do opery, którą Paulie darzy! uwielbieniem — a mimo to obaj bylibyśmy gotowi w każdej chwili przyznać, że nie darzymy się cieniem sympatii. Nawet najmniejszym. Gdyby nasze uczucia osiągnęły poziom nienawiści, moglibyście zinterpretować to jako specyficzną formę sympatii. Ale nie pałaliśmy do siebie nienawiścią. Po prostu się nie lubiliśmy, to wszystko.
Uważałem Pauliego za ambitnego, chciwego zarozumialca, a on mnie za leniwego, niegodnego zaufania flejtucha. Jedyna pozytywna rzecz, jaką moglibyśmy powiedzieć o naszej „przyjaźni”, to że była wzajemna. Spotykaliśmy się, spędzaliśmy w swoim towarzystwie jakąś godzinę, po czym rozstawaliśmy się, a każdy z nas dziękował w myślach Bogu, że nie spotkał go taki los, jak tego drugiego. Płacąc pięćdziesiąt funtów za mój lunch składający się z pieczeni wołowej i czerwonego wina claret, Paulie twierdził, że odzyskiwał równowartość tej kwoty w lepszym samopoczuciu.
Po przybyciu do Simpson's musiałem poprosić maitre d'hotel o pożyczenie krawata. Ukarał mnie, dając do wyboru fioletowy i fioletowy, niemniej jednak o dwunastej czterdzieści pięć siedziałem już przy stoliku, topiąc niektóre z nieprzyjemnych zdarzeń poranka w dużej ilości wódki z tonikiem. W restauracji znajdowało się wielu Amerykanów, co wyjaśniało, dlaczego pieczeń wołowa sprzedawała się szybciej niż pieczeń z baraniny. Idea jedzenia owiec jakoś nigdy nie zyskała uznania wśród Amerykanów. Myślę, że uważają baraninę za jedzenie dla cykorów.
Paulie pojawił się punktualnie co do minuty, ale wiedziałem, że i tak przeprosi za spóźnienie.
— Przepraszam za spóźnienie — powiedział. — Co tam masz? Wódkę? Biorę to samo.
Kelner zniknął bezszelestnie, a Paulie rozejrzał się, wygładzając krawat i podrzucając w górę podbródek, aby zmniejszyć ucisk kołnierzyka na fałdy skóry na szyi. Jego włosy były puszyste i jak zawsze świeżo umyte. Twierdził, że robi to dobre wrażenie na ławie przysięgłych, ale miał słabość do włosów odkąd pamiętam. Prawdę powiedziawszy, Bóg nie obdarzył go urodą, ale w ramach zadośćuczynienia za karłowate, zaokrąglone ciało, dał mu wspaniałą czuprynę, którą Paulie prawdopodobnie zachowa, w zmieniających się odcieniach, do osiemdziesiątki.
— Czołem — rzuciłem, po czym wlałem sobie do gardła łyk wódki.
— No, hej. Co tam? — Paulie nigdy nie patrzył na rozmówcę. Nawet jeżeli ten opierał się plecami o ścianę z cegieł, Paulie patrzył w punkt nad jego ramieniem.
— Świetnie, świetnie — powiedziałem. — A u ciebie?
— Udało mi się wybronić pedała — pokręcił głową ze zdumieniem. Człowiek nieustannie zaskakiwany własnymi umiejętnościami.
— Nie wiedziałem, że bronisz pedałów, Paulie.
Nie uśmiechnął się. Uśmiechał się tylko w weekendy.
— Ależ skąd. To ten gość, o którym ci opowiadałem. Zarąbał bratanka na śmierć łopatą. Wybroniłem go.
— Ale przecież mówiłeś, że to zrobił.
— Bo zrobił.
— W takim razie, jak ci się udało go wybronić?
— Łgałem jak najęty — odparł. — Co zamówiłeś?
Czekając na zupę, wymieniliśmy się informacjami na temat naszych karier. Mnie znudziły opisy jego triumfów, I on rozkoszował się moimi porażkami. Zapytał, czy radzę sobie finansowo, mimo że obaj wiedzieliśmy, że nie ma najmniejszego zamiaru w jakikolwiek sposób mi pomóc. Ja z kolei zapytałem go o wakacje, przeszłe i planowane. Paulie przywiązywał wielką wagę do wypoczynku.
— Zamierzamy w kilka osób wynająć łódź na Morzu Śródziemnym. Nurkowanie, windsufring, czego sobie zażyczysz. Będziemy mieli doskonałego kucharza i w ogóle wszystko.
— Żagiel czy motor?
— Żagiel.
Zmarszczył brwi i nagle jakby postarzał się o dwadzieścia lat.
— Chociaż, jak teraz o tym myślę, to pewnie będzie miała też motor. Ale i tak wszystkim ma się zajmować załoga. Jedziesz gdzieś na wakacje?
— Jeszcze się nad tym nie zastanawiałem — odpowiedziałem.
— Ty w sumie zawsze jesteś na wakacjach, co nie? Nie masz od czego sobie zrobić przerwy.
— Ładnie to ująłeś, Paulie.
— A źle mówię? Czym się zajmowałeś od czasu odejścia z armii?
— Doradztwem.
— Doradź mi, jak się zesrać z wrażenia.
— Nie sądzę, bym mógł sobie na to pozwolić, Paulie.
— No tak. Zapytajmy lepiej naszego doradcę do spraw jedzenia, gdzie się, do kurwy nędzy, podziała zupa.
Kiedy rozglądaliśmy się w poszukiwaniu kelnera, dostrzegłem parę tajniaków, którzy od jakiegoś czasu za mną chodzili. Zajmowali stolik przy drzwiach. Pili wodę mineralną i odwrócili głowy, kiedy spojrzałem w ich kierunku. Starszy wyglądał, jakby zaprojektował go ten sam architekt, co Solomona, a i młodszy starał się zmierzać w tym samym kierunku. Obaj wydawali się solidnie zbudowani i na razie cieszyłem się, że mam ich w pobliżu.