Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Tak. Gorzki smak. Czuł go na języku i podniebieniu, zupełnie jakby ktoś poczęstował go nalewką z gorczycy.
Kula żółci podjechała mu do gardła, gdy z namiotu wyszła jasnowłosa niewolnica.
– Ile? – zapytała lekko, a on w pierwszej chwili nie zrozumiał, o co chodzi, zajęty rozmyślaniem, jak wielu spośród otaczających go wojowników zauważyło, że Yawenyr wysłał do niego niewolnicę.
– Ile...? – I przypomniał sobie ostatnie polecenie starego pryka. – Jakieś pięćset. Stracili pięćset rydwanów.
Przez chwilę wyglądała, jakby się zastanawiała, jakby – na Garść Piorunów! – to od niej zależało, czy ta odpowiedź jest zadawalająca.
– Ojciec wysłucha twojej relacji. – Odsunęła się na bok.
Yawenyr poświęcił mu kilka minut, siedząc na wilczej skórze rzuconej wprost na ziemię. Co oznaczało, że on, Kyh Danu Kredo, musiał przed nim klęczeć, półzgięty, gdyż w czasie posłuchania głowa Syna nie może znajdować się wyżej niż głowa Ojca.
Istnieją setki sposobów, by zgiąć niepokorny kark, a on miał wrażenie, że żaden nie zostanie mu oszczędzony.
– Dobrze. Ale drugi raz nie uda ci się tak łatwo odciągnąć rydwanów od karawany. Teraz będziesz musiał stoczyć bitwę przy ścianie pancernych wozów, pod gradem strzał i bełtów. Posłałeś już ludzi do ataku?
– Tak, Ojcze. Następne pięć Skrzydeł.
– Dobrze. Jak szybko idzie obóz?
– Nie szybciej niż maszerujący człowiek.
– Dużo ich, prawda? To dobrze. Zbyt wiele wozów, za mało doświadczonych woźniców. Nie mogą jechać szybciej, bo tak wielką karawanę trudno kontrolować i chronić jednocześnie. Gdy jeden bok zwolni, drugi pójdzie naprzód i szyk się rozerwie.
– Rozumiem, Ojcze.
– To dobrze. – Wódz Wolnych Plemion skinął z namysłem głową. – Moi Źrebiarze mówią, że dziś nie spadnie deszcz. Kurz cały czas będzie zasłaniał pole bitwy.
– Tak, Ojcze. Wydam rozkazy.
Yawenyr pokiwał głową.
– Dobrze. Do zachodu słońca zostały ci jakieś trzy godziny. Masz do zniszczenia jeszcze pięćset rydwanów – powiedział cicho, uśmiechając się ze zwodniczą łagodnością. – Spiesz się, mój Synu.
* * *
Boliboliboli...
Oddychanie staje się męką ponad siły, haki zmieniają się w rozpalone do białości kły dzikich bestii, wczepionych w pierś i plecy, próbujących rozerwać ją na strzępy. Każdy oddech jeszcze je rozdrażnia, prowokuje do kolejnych ataków. Każde drgnienie mięśni, spazmatyczny, czasem bezwiedny ruch, odzywa się ogniem w ranach, szarpie trzewia, wbija rozpalone ostrza między połamane żebra.
Key’la ma zamknięte oczy, zagryzione z całej siły zęby, dłonie zaciśnięte w pięści tak mocno, że paznokcie chyba przebiły skórę.
Nie będzie krzyczeć.
Nie będzie patrzeć.
Nie na te kilkanaście okrągłych kształtów, rozrzuconych wokół jej trójnogu jak piłki zostawione przez niesforne dzieci.
Mimo zaciśniętych powiek wciąż miała przed oczami jeźdźców wracających z pierwszej bitwy. Zwycięskich, uśmiechających się, żartujących. Nawet ci z nich, którzy brocząc krwią, chwiali się w siodłach, mieli zadowolone miny. Za nimi, na przedpolu karawany zostało kilkaset rydwanów, rozbitych, połamanych, pozbawionych zaprzęgów. Fala, która próbowała kontratakować, zawróciła nagle i pomknęła w stronę pancernych wozów, jakby szukając ochrony w ich cieniu. Na ten widok w obozie za jej plecami wybuchły krzyki i śmiechy, które paliły jej duszę niczym krople wrzącej smoły. Plemiona Kyh Danu Kreda brały odwet za nocną bitwę przy rampie, a gdy zaskoczenie nie stało po stronie Verdanno, konnica zwyciężała ich z łatwością.
Ostatnia grupa konnych zatrzymała się i cisnęła w jej stronę jakieś okrągłe rzeczy. Wiedziała, co to jest, oczywiście że wiedziała, lecz świadomość wzbraniała się przed nazwaniem ich, jakby nadanie tym kształtom nazwy mogło jeszcze coś zmienić. Wyłowiła wśród jeźdźców swojego „właściciela”, tego, który ją tu powiesił. Uśmiechnął się tylko i rzucił jej pod nogi jeszcze jedną głowę. Nie spojrzała w dół, choć warkocz musnął jej kostki. I tak wiedziała, że do końca życia nie zapomni wyrazu cierpienia, który zastygł na twarzy widzianej w ruchu, przez mgnienie oka.
Do końca życia, czyli do wieczora.
Może do świtu.
Może on wreszcie przyjdzie i... i da jej odpocząć.
Widziała coraz gorzej, krawędzie przedmiotów rozmywały się, zasnuwały czerwoną mgiełką, uciekały w szarość.
Dlatego zamknęła oczy.
Niczego nie pragnęła bardziej niż tego, by odpłynąć w ciemność.
Krzyknęła, krótko, zaraz zagryzając wargi. Uderzenie trafiło ją w splot słoneczny, zmuszając do nagłego szarpnięcia, wypuszczenia powietrza i próby gwałtownego nabrania tchu.
Starszy ze strażników wpatrywał się w nią, marszcząc czoło w zabawnym grymasie. Widząc, że otworzyła oczy, warknął coś i szturchnął ją raz jeszcze, trafiając precyzyjnie w jeden z haków, aż ogień rozszedł się po całym ciele. Krzyknęła, niech Pani o Szarych Włosach jej wybaczy, krzyknęła, bo to było tak, jakby rozpalony pręt przebił jej serce. A strażnik pokiwał głową i wskazał nieckę, wypluwając kilka słów w swoim języku. Nie potrzebowała tłumacza, gest był jasny. „Patrz!”. Masz patrzeć, bo inaczej znów uderzę.
Więc uniosła głowę i spojrzała.
Wnętrze niecki tonęło w kurzu. O ile wcześniejsze starcie wznieciło tuman pyłu o średnicy może mili, o tyle teraz miało się wrażenie, że burzowa chmura opadła nad ziemię, by poczochrać swój brzuch o trawy. Nie było widać nic dalej niż na kilkadziesiąt kroków, na jej oczach kolumna może dwudziestu konnych wjechała w kurzawę i nim zanurzył się w niej ostatni jeździec, pierwszy już znikł. Wyglądało na to, że koczownicy postanowili stoczyć bitwę na ślepo, tylko oni raczej nie musieli się martwić, iż zgubią wroga, nie można przecież zgubić czegoś wielkości miasta.
Och, nigdy tak naprawdę nie wędrowała taką karawaną, ale łatwo mogła sobie wyobrazić, co dzieje się wewnątrz. Konie się boczą, woźnice próbują utrzymać szyk, widząc tylko trzy wozy przed i trzy za sobą, załogi wozów bojowych wpatrują się w szarą ścianę, usiłując dostrzec koczowników, nim ci wyskoczą nagle przed nimi, zasypią strzałami i znikną. Największa przewaga, jaką mieli kusznicy – zdolność do rażenia wroga z dużej odległości, nim zdoła on podjechać na tyle blisko, by ranić konie – przepadła. Rydwany... Obserwowała kilka razy ćwiczenia Strumieni i Fal, tuż przed tym, zanim wyruszyli na północ, i wiedziała, jak wiele miejsca potrzebuje duży oddział rydwanów, by skutecznie walczyć. O wiele więcej niż podobnej liczebności oddział jazdy. Jako dziecko wyrosłe w przygranicznym miasteczku, pełnym konnych zabijaków, potrafiła łatwo dostrzec różnicę. Żadna Fala nie zdoła też walczyć, nie widząc wroga, Der’eko powiedział jej kiedyś, że najważniejsze dla dowódcy rydwanów są oczy, bo nie ma nic gorszego niż wozy, które zderzają się ze sobą, zamiast wykonywać manewr.
A koczownicy wyłupili im te oczy. I to w najprostszy z możliwych sposobów, o czym przekonała się, gdy z kurzu wyjechała galopem grupka dziesięciu jeźdźców ciągnących za sobą sterty powiązanych gałęzi. Zatoczyli koło, wzniecając chmurę pyłu, i znikli.
Och... Pani Stepów, ześlij im deszcz.