Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Przed obliczem Dengothaaga, Miecza Reagwyra.
Obliczem? – sam się zdumiał. Dlaczego pomyślał: obliczem?
Bo ona tak powiedziała. Aonel. Miał stanąć przed obliczem Miecza i odwrócić to, co się stało. Ofiarować bytowi, który w nim tkwił, alternatywę. Albo będą walczyć, aż to ciało się rozpadnie, albo ten sukinsyn odejdzie drogą, którą przyszedł. Nieważne, co czeka go po drugiej stronie.
Ten plan był równie obłędny, jak zamiary Czarnych Wiedźm dotyczące przyszłości Amonerii. Teraz je rozumiał. Nadzieja wcale nie umiera ostatnia, po niej do głosu dochodzą szaleństwo i desperacja.
Odkleił plecy od miecza. Nie. Jeszcze nie czas na jedno ani drugie. Najpierw musi sobie przypomnieć, jak tu trafił.
Wrócił myślami do Kamany. To pamiętał. Trochę mętnie, ale im bardziej skupiał się na przeszłości, tym wyraźniej ją widział. W klasztorze powitano go niczym cudownie zmartwychwstałe dziecko. Domah i Naywir przypłynęli dziesięć dni przed nim, przynosząc wieści o jego pewnej śmierci, bo z doliny Dhawii żaden cudzoziemiec jeszcze nie wyszedł żywy; a tu taka niespodzianka. Altsin pamiętał powitanie, zdumienie na wszystkich twarzach i swoje zawstydzenie. A najlepiej pamiętał przyczynę swojego zawstydzenia. Kłamstwo, którym poczęstował przeora.
Kłamał, bo taka była umowa między nim a Oumem. Nikt nie miał prawa się dowiedzieć, co wydarzyło się w dolinie, i nikt nie miał prawa poznać prawdy o bogu Seehijczyków i jego słabości. Do tej pory kłamstwa nigdy nie były dla Altsina problemem, ale siedząc przed wiekowym starcem, który okazał mu tyle serdeczności, a teraz zdawał się spijać każde słowo z jego ust, czuł się podle. Zasłonił się niepamięcią, banalną wymówką o ciężkiej chorobie i majakach, które jakoby towarzyszyły jego podróży.
Powiedział Enrohowi, że nie dotarł do doliny, lecz spotkał się z wiedźmą, której szukał, kilka mil od niej. Tak. Czuł tamtejszą moc, drzemiącą wewnątrz potęgę. Nie, nie ma pojęcia, co tam jest, może wyjątkowo silne Źródło Mocy o nieznanym aspekcie? Nie wie. Nie zna się na tym. Dlaczego przeżył? Tutaj posłał przeorowi porozumiewawczy uśmiech i powiedział prawdę: Czarne Wiedźmy mają interes do klasztoru. Chcą kupić broń, ale tak, by żadne z północnych plemion się o tym nie dowiedziało. Nie zdradziły po co. Oto ich oferta, kilku zaufanych kupców zarobi krocie, dostarczając morzem broń do Doliny Dhawii. Same powiedzą, ile jej potrzebują.
Pamiętał zdumienie Enroha, jego niepewność i podejrzliwość, i rozumiał je. Z punktu widzenia starego żołnierza to nie miało sensu, po co najpotężniejszej sile na wyspie broń, o której nikt nie może wiedzieć? Co się właściwie dzieje?
Altsin nie pozwolił mu nad tym zbyt długo rozmyślać, wyjawiając drugą część żądań wiedźm. A właściwie własnych żądań. On i towarzysząca mu osoba muszą jak najszybciej dostać się do PonkeeLaa. Tak. To wiedźma. Tak, ta sama, która była sprawczynią jego problemów. Nie. Nie ufa jej, ale nie ma wyjścia. To dla niego jedyna szansa.
W tym momencie twarz przeora spoważniała. Dlaczego klasztor miałby spełnić te żądania? Co dostanie w zamian?
Nic.
Dolina Dhawii wiedziała, kto kogo trzyma za jaja w tych negocjacjach. Jeśli Enroh się nie zgodzi, każdy mnich Wielkiej Matki będzie za murami Kamany traktowany tak samo, jak kapłani innych bogów. Już na zawsze.
W ten sposób Altsin i Aonel znaleźli się na kodze płynącej do PonkeeLaa, zaopatrzeni w habity, pielgrzymie kostury, pieczęcie i pisma, głoszące, że są dwoma Oczekującymi, którzy odbywają pielgrzymkę, by nieść pociechę potrzebującym. To było przebranie doskonałe, bo nikt nie zagląda pod mnisie kaptury, a jeśli próbuje, wystarczy podsunąć mu pod nos żebraczą miseczkę, by szybko odwrócił wzrok i udawał zainteresowanie innymi sprawami.
Pamiętał podróż, monotonną i spokojną. I pamiętał PonkeeLaa, dżdżyste i mgliste w dniu, gdy przypłynęli.
A potem?
Poszli coś zjeść. To on zaproponował wizytę w tawernie; wydawało się to wtedy dobrym pomysłem.
Pamiętał, że gdy stanęli w progu, wszystkie rozmowy ucichły, a znajdujący się za szynkwasem nieogolony drab w brudnym fartuchu zrobił minę, jakby miał ochotę wykopać ich za drzwi. Ale zawahał się, rzuciwszy okiem na sporą grupkę szkutników i marynarzy siedzących w jednym kącie sali. Altsin pamiętał ciszę wypełniającą salę, gdy zasiedli za stołem i zamówili posiłek. Pamiętał miskę cienkiej zupy rybnej i łyżkę łowiącą w niej małe kawałki dorsza z cierpliwością żebraka przeszukującego odpadki. I pamiętał napięcie, niemal namacalne, jakie unosiło się w powietrzu.
Zjedli i wyszli z tawerny najprędzej, jak się dało, a potem szybkim krokiem zanurzyli się w labirynt przyportowych uliczek. Jakby próbowali zgubić trop.
Nagle we wspomnieniach mignęło mu wejście do Świątyni Reagwyra, potężne wrota strzeżone przez ośmiu halabardników w ciężkich kolczugach. Nałożone na pancerze błękitne jaki ozdabiał Durwon, wokół którego wiły się liście dębu – nowa symbolika, której Altsin nie znał. Wierni wchodzili do środka pod czujnymi spojrzeniami strzelającymi spod kapalinów, ale nie zatrzymywano nikogo. Nawet kalek i żebraków, którzy do tej pory mieli zakaz przekraczania progu tej świątyni.
I tyle. Nie pamiętał, czy wszedł do środka, czy zrezygnował.
Potrząsnął głową w ciemności. To do niczego nie prowadzi.
Niech to szlag!
Rozdział 17
Wejście na teren pałacowych ogrodów było ukryte z boku, między gęsto rosnącymi krzewami pokrytymi bujnym listowiem. Właściwie ukryte to złe słowo, nie może być ukryte coś, przed czym stoi tuzin uzbrojonych jak do bitwy wojowników w żółtych szatach.
Samiy miał rację. Pilnowali, żeby nie uciekł.
Na widok Deany kilka szabel błysnęło klingami, drzewce strzał oparły się na cięciwach.
– Odejdź stąd. Nie wolno przyjść tu.
Dowódca wartowników odezwał się łamanym k’issari, wskazując jej drogę powrotną. Uśmiechnęła się pod ekchaarem. Wziął ją za zwykłą wojowniczkę Issaram, która zabłądziła w mieście. Minął ledwo miesiąc, a już o niej zapomniano.
– Mam sprawę do księcia. – Uniosła dłoń, błyskając rubinowym wisiorkiem. – Zatrzymasz mnie?
Słowik zawahał się, błysk zrozumienia pojawił się w jego oczach.
– Jeśli tam wejdziesz, nie opuścisz pałacu, póki on nie uda się na sąd – wyjaśnił już w suanari. – Takie są rozkazy.
Sąd. Ładnie to nazywali.
– On? Czyli kto, wojowniku? Zapomniałeś już imienia własnego księcia?
Nie odpowiedział, ale wykonał krótki gest i szable reszty schowały się do pochew, a strzały wróciły do kołczanów.
– Możesz przejść. W pałacu ktoś wskaże ci drogę.
Opowieść.
Idąc w stronę pałacu, niosła ją ze sobą. Ta opowieść, gdy Samiy ją skończył, zamknęła jej usta na długą chwilę. Historia o uporze, głupocie, miłości, dumie prawie rozbiła na kawałki wszystko, co udało jej się osiągnąć przez ostatni miesiąc, prawie odebrała dary medytacji, modlitw i spokoju, jakim obdarowało ją morze.
To ta opowieść kazała jej odwrócić się plecami do aktorów, objąć rękoma kolana i kołysać się w tył i w przód, zagryzając wargi. W końcu zadała pytanie, które ją nurtowało, i kiedy już wszystko jej powiedział, została nazwana głupią, za co nawet nie mogła się obrazić. Przecież w tej łagodnej kpinie kryła się prawda.
Głupia, głupia dziewczyna.
Popełniła błąd. A teraz zrobi kolejny.
Bo każdy ma swoją drogę do Domu Snu.
Więc potem zapytała Samiyego, jak najłatwiej dostać się do pałacu.
– A po co? W pałacu nie jest już bezpiecznie dla nikogo. – Wzruszył ramionami. A później wyciągnął zza koszuli mały wisiorek, taki sam, jak podarował jej Laweneres. – Zresztą masz. Nie będę go już potrzebował. Tylko nie wchodź głównym wejściem. Głównej bramy nawet to może nie otworzyć. – Uśmiechnął się smutno. – I nie patrz tak na mnie…