Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 151
Перейти на страницу:

– Skąd wiesz, że patrzę?

– Zawsze tak zastygasz, gdy się komuś przyglądasz. Jak czapla polująca na ryby. Co chcesz zrobić?

– Porozmawiać… pożegnać się… napić wina. Nie uwierzysz, ale tu nie ma…

– Kocham go – przerwał jej niespodziewanie. Ciche słowa, takie, które najłatwiej wypowiedzieć nie do kogoś, ale o kimś, najlepiej szeptem, najlepiej tak, by nikt nie usłyszał, bo to przecież wstyd, patos, żałosne rozczulanie się.

– Nic nie mów.

– Ale nie mogę z nim jutro być. Złożyłem obietnice.

Nie czuła już do niego żalu. Kto mógł lepiej rozumieć więzy nałożone przez przysięgi i zobowiązania, jak nie Issaram?

– Więc opowiedziałeś mi tę historię, żebym poszła tam za ciebie? – złagodziła te słowa żartobliwym szturchnięciem.

– Nie. Opowiedziałem ci ją, bo jeśli usłyszałabyś ją dopiero jutro albo pojutrze, albo za miesiąc, rzuciłabyś się na miecz.

Nie miał racji, ale są sprawy, o których nie mówi się nawet laagvara.

Na pierwszy rzut oka w pałacu nie było nikogo. Żadnej służby, strażników ani dworzan. Opustoszałe korytarze i komnaty witały ją echem kroków, i tylko bezcenne wazy, meble i kobierce czekały w ciszy, aż pojawią się nowe tłumy, gotowe je podziwiać. Albo rozkradać. Deana uśmiechnęła się kwaśno. Zapewne tylko dzięki Słowikom pilnującym każdego wyjścia te skarby wciąż były na miejscu.

Rozejrzała się. Wojownik powiedział, że ktoś wskaże jej drogę, więc pałac nie mógł być całkiem wyludniony. Ale na razie nie potrzebowała przewodnika.

Suchiego znalazła w jego komnatach. Siedział przy stole ubrany w bijącą po oczach mieszaninę czerni i złota. Na jej widok uniósł kryształowy kielich w ironicznym salucie.

– Zguba się znalazła… Mówiłem mu, żeby cię nie szukać, bo sama wrócisz. Jak kot, któremu znudziła się wolność.

Nie wyglądał na zdumionego, zaskoczonego czy przestraszonego, choć nie rozstali się jak przyjaciele. Nie wyglądał też na pijanego. Spojrzała mu w oczy. Tak trzeźwy nie był chyba nigdy w życiu.

– Nie upijam się – wyjaśnił łagodnie, bezbłędnie odczytując jej myśli. – Nie poprawiam sobie nastroju żadnym z moich leków, tym do picia, do wdychania czy tym, które wciera się w skórę. To byłoby… tchórzostwo.

– A odwaga jest najważniejsza?

Uśmiechnął się.

– Dlaczego to pytanie w twoich ustach nie brzmi pretensjonalnie? Issaram. Określenie plemienia, narodu, wiary, sposobu życia, przyjęcia pewnej perspektywy wobec świata. Sposobu… bycia. Mówicie „jestem Issaram”, i to tłumaczy wam rzeczywistość. Zasłanianie twarzy, zabijanie bez krzty wahania, poddawanie mniej lub bardziej bezsensownym rytuałom… Zawsze patrzyłem na ciebie z pewną wyższością, na ten prosty świat, proste zwyczaje, proste zasady. Nawet gdy znikłaś, łamiąc mu serce, potrafiłem to zrozumieć, choć byłem na ciebie zły, że zrobiłaś to tak bezceremonialnie. Ale wiesz co? Teraz trafiłaś w sedno. Dziś i jutro odwaga jest najważniejsza. Z łatwością mógłbym uciec. – Wskazał na stojące na półkach butelki, buteleczki, dzbanuszki i skrzyneczki. – Na tysiąc sposobów. Odebrać im… przywilej, nie, radość patrzenia. Triumf. Ale wtedy on jutro wyszedłby tam, do tego tłumu złaknionego krwi, jeszcze bardziej samotny. Więc nie upijam się, by nie uśpić własnej odwagi.

Usiadła naprzeciw, zerknęła do jego kielicha. Wnętrze wypełniała gęsta, matowa zieleń.

– Po co przyszłaś? Nie… Nie mów. Wiem. Zagroziłem ci kiedyś śmiercią, a Issaram nie puszczają takich słów płazem, co? Więc przyszłaś wypruć ze mnie flaki, zanim…

– Zamknij się, trucicielu.

Zamilkł posłusznie, ale nie przestał się uśmiechać.

– Kto został w pałacu? – zapytała.

– Ja, Owiya, Evikiat, trochę służby i… – zawahał się wyraźnie. – Varala z dziewczętami.

Deana wyszczerzyła się, widząc, jak intensywnie Suchi wpatruje się w jej ekchaar. I słysząc, z jaką kruchą, porcelanową wręcz delikatnością wypowiada ostatnie słowa.

– Myślałam, że te, hm, niech będzie, dziewczęta ukryjecie, by nic im się nie stało?

– Nic im się nie stanie. To najczystsza krew Agara, jaka jest w księstwie. Są cenniejsze niż wszystkie skarby, jakie tu mamy, więc Słowiki zastąpiły kastratów i pilnują ich jak własnego życia. Gdy… odbędzie się pojedynek, zostaną otoczone opieką i przez przynajmniej trzy miesiące nikt ich nie tknie. A potem spełnią swój obowiązek. Dla – niech to wieczny ogień pochłonie – dobra i chwały obu księstw.

Zrozumiała dopiero po chwili.

– Trzy miesiące? Więc Laweneres…

– Nie wiem. – Machnął ręką. – Nic o tym nie wiem. Ale Obrar będzie chciał mieć całkowitą pewność. Dziewictwo nie zawsze jest gwarancją.

– A jeśli – przeklinała własną ciekawość, ale musiała spytać – w którymś piecu będzie tlił się ogień?

– Na wielkich równinach żyją stada lwów. Gdy młody samiec zdobywa harem, odnajduje i zabija wszystkich potomków poprzedniego przywódcy stada. Co do jednego. – Truciciel pociągnął z kielicha.

Milczeli dłuższą chwilę, on wpatrując się w sufit, ona błądząc wzrokiem po komnacie. Półki z ciemnego drewna, na nich rzędy buteleczek i skrzynek, szklane naczynia dziwnych kształtów i nieznanego przeznaczenia. Na miedzianych tabliczkach przybitych do półek wyryto podpisy – awnee, dulst, cmanea, seruviyo… Większość nazw nic jej nie mówiła. Część zapisano w językach, których nie znała, a część oznaczono po prostu glifami, zrozumiałymi zapewne tylko dla Suchiego. Cała komnata pachniała ziołami i gorzkawą wonią palonych migdałów.

Truciciel poruszył się nagle, odchrząknął.

– Wiesz, co jest najgorsze? – rzucił. – Że byliśmy od początku tak ślepi. Ja byłem. Zakładałem, że strach, jaki Rody Wojny i Świątynia żywią przed Obrarem, sprawi, że będą skłonni do ustępstw. W końcu lepiej stracić trochę niż wszystko, myślałem. Przegapiłem jedno…

– Niewolników.

Nie odrywała wzroku od półek, więc bardziej poczuła, niż zobaczyła, jak drgnął.

– Tak. Trzeba było coś z tym zrobić.

– Oczyszczanie? Łapanki? Kontrolowany upust krwi?

Cmoknął, a jego brzydka twarz wykrzywiła się w dobrze jej znanym, złośliwym grymasie.

– No proszę, zdajesz się wiedzieć więcej o Konoweryn, niż raczyłaś to przyznać. Nie, dziecko, Laweneres nigdy by na to nie pozwolił, on… Raz na sto, na tysiąc lat rodzi się ktoś taki jak on, połączenie zdrowego rozsądku, prawości, umiaru i… uczciwości. W ciągu dwudziestu, trzydziestu lat mógł zmienić to księstwo, odmienić jego twarz. Ech… Znów gadam banały. Cieszyłem się na te zmiany… Liczyłem na nie.

Przestał się uśmiechać i po raz pierwszy, odkąd się spotkali, wyglądał na smutnego.

– Marzenia. Wiesz, co jest największym grzechem ludzi z wizją? Zdolność do ignorowania wszystkiego, co tej wizji zaprzecza. Laweneres miał wizję Konoweryn, w którym za pokolenie lub dwa nie będzie niewolników. Uważał, że część z nich wykupimy, część zostanie wyzwolona po odsłużeniu określonej liczby lat. Myślał, że większość z nich zostanie potem u nas i jako wolni ludzie będzie pracować dla dobra księstwa. Wydawało się, że wszystko mu sprzyja, że jako ostatni w rodzie trzyma każdego w szachu. Cóż… Nie byłaby to pierwsza pomyłka, jaką popełniono w tym pałacu.

Wbił w nią intensywne spojrzenie bladoniebieskich oczu.

1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)